Kasia Malinowska-Sempruch, szefowa programu 'Globalnej polityki narkotykowej' w Open Society Institute
Czy masz prawo jako obywatel palić trawę lub pić i niszczyć sobie zdrowie? Odpowiedź nie jest prosta, ale według mnie nie powinna cię za to ścigać policja i wsadzać do więzienia
ZOBACZ TAKŻE
- Zero niepowrotów (14-07-09, 11:09)
- Alkoholik tak, narkoman nie! (01-07-09, 12:28)
- Miss HIV (30-11-08, 11:00)
- Nieprzystosowana (17-08-08, 11:00)
- Narkotyki biorą się z braku rozmowy? (14-05-05, 01:00)
- Co biorą nasze dzieci? Przegląd narkotyków (14-05-05, 01:00)
RAPORTY
Całe życie zawodowe poświęciłaś prewencji zakażeń HIV/AIDS i narkomanów. Dlaczego zajmujesz się sprawami przegranymi?
Bo wiem, że gdy ucywilizujemy się jako ludzkość, to będą wygrane. Może wystarczy jakieś pięćdziesiąt lat? I nie można zostawić ludzi samym sobie w ich największym nieszczęściu. Zresztą nawet najbardziej beznadziejne sprawy z czasem udaje się rozwiązać. Kiedy 20 lat temu zaczynałam się zajmować HIV, mieszkałam w Nowym Jorku. To były straszliwe czasy lat 80. - Ronald Reagan nie chciał wymówić publicznie słowa AIDS, a nowojorscy geje chodzili od szpitala do szpitala i patrzyli, jak umierają ich kochankowie, przyjaciele. Cieszę się, że tak straszne rzeczy są już za nami.
Czyli jakie?
Pamiętam chłopaka, który 15 lat żył ze swoim partnerem. Kiedy zachorował, był stale pod jego opieką, w domu. Ale gdy trafił do szpitala, nagle ze stanu Iowa przyjechali rodzice, z którymi ten chory przez te 15 lat nie utrzymywał kontaktu. I zakazali jego partnerowi wstępu do kliniki. I nic nie można było zrobić. Człowiek zmarł, nie widząc najbliższej mu osoby. A to wcale nie był ten najgorszy etap. Przynajmniej nie bała się go pielęgniarka, nie umierał w izolatce, biorąc leki przez podajnik.
To był ten czas, kiedy wyemigrowałaś do Stanów?
Moja mama wyemigrowała w '80 roku. Potem w styczniu '81 roku zmarł tata. A trzy lata później skończyłam 18 lat i w połowie czwartej klasy liceum wyjechałam.
Pół roku przed maturą.
Mama mówiła: - Po co ci polska matura, w Stanach nikt nie będzie cię pytał o papiery z polskiej szkoły. Na lotnisko jechałam zaryczana, wcześniej paliłam pamiętniki.
Koniec świata.
Tak, to był koniec świata. Niby cieszyłam się, że zobaczę matkę, ale kiedy zmarł ojciec, zostałam tu na parę lat zupełnie sama. Trochę zajmowała się mną babcia, ale tylko tyle, żebym głodna nie chodziła. Cały stan wojenny przeżyłam bez rodziców. Ta samotność nie była fajna, ale jak wielu osamotnionych nastolatków sama siebie wychowałam i szybko dorosłam. Przyzwyczaiłam się sama o sobie decydować. Wyjazd wszystko mi rujnował.
Kim byli rodzice?
Mama była księgową, a tata elektrykiem. Zawód zdobył w więzieniu, gdzie trafił w wieku 18 lat. To były lata 50., ojciec działał w jakiejś politycznej partyzantce na Białostocczyźnie. Wiem tylko tyle, że była to działalność antykomunistyczno-prokościelna. Skazali go za to na dożywocie, wyszedł po 12 latach. Mama miała 18 lat, kiedy ją poznał. Straszna dysproporcja wieku, jeszcze większa doświadczenia. Nic dziwnego, że ich związek nie był szczególnie harmonijny. Kiedy przyjaciółka mamy zaprosiła ją do Stanów, chętnie skorzystała. Potem ojciec zmarł i zdecydowała, że nie wróci.
Dlaczego zmarł?
Miał zespół Bürgera, umarł młodo w wieku 48 lat. To się zaczęło jeszcze w więzieniu: bicie, złe odżywianie. Tak jak pamiętam kłótnie rodziców, tak pamiętam, że ojciec zawsze cierpiał. Jak chodziliśmy po górach w czasie wakacji, to wiecznie słyszałam, że tatę noga boli. Do szpitala trafił, bo trzeba mu było tę nogę amputować. Okazało się, że obie. Kiedy go zobaczyłam po raz ostatni, to był dla mnie szok, miałam wtedy 14 lat, nie mogłam sobie dać z tym rady. Nie poszłam już więcej do szpitala i do dziś strasznie mnie to boli, bo ojciec zmarł dwa tygodnie później. Nie pożegnałam się.
A te parę lat samotności? Co się wtedy z tobą działo?
Zbudowałam sobie 'zastępczą' rodzinę z przyjaciół i znajomych. Z niektórymi do dziś utrzymuję kontakt, choć mieszkamy w różnych krajach. Gorzej wyszła pierwsza miłość - kiedy miałam 17 lat, chłopak zostawił mnie dla mojej przyjaciółki. A potem to już tylko pamiętam wyjazd do Stanów.
Wyrwano cię trochę przemocą.
Nigdy nie kwestionowałam tej decyzji. Poza tym od dziecka miałam chory kręgosłup, trzeba mnie było operować i mama nie chciała, żeby to zrobiono w Polsce. To był stan wyższej konieczności.
I jak wspominasz konfrontację z Ameryką?
To były czasy młodej Madonny. Styl boy-toy, panny z natapirowanymi włosami, krótkie kiecki, gigantyczne pazury oraz - tego nigdy nie zapomnę - skarpetki z falbankami plus szpilki. Miałam jasność, że wylądowałam na Marsie i te dzieciaki nie były istotami, z którymi mogłam się na poważnie zadawać. Dalej żyłam polskimi przyjaźniami. Po operacji leżałam i nasłuchiwałam dźwięku, jaki wydawała nasza skrzynka na listy. Te listy i płyty, które przysyłali mi z Polski przyjaciele, uratowały mnie wtedy od depresji. Największe wsparcie dawali mi nauczyciele, którzy do mnie przychodzili. Zadbali o to, żebym zdawała na studia. Dzięki nim wypełniłam wszystkie formularze, włącznie z prośbą o stypendium, i się dostałam. Najpierw do Rutgers College, a potem na magisterkę na Univeristy of Pennsylvania.
Bo wiem, że gdy ucywilizujemy się jako ludzkość, to będą wygrane. Może wystarczy jakieś pięćdziesiąt lat? I nie można zostawić ludzi samym sobie w ich największym nieszczęściu. Zresztą nawet najbardziej beznadziejne sprawy z czasem udaje się rozwiązać. Kiedy 20 lat temu zaczynałam się zajmować HIV, mieszkałam w Nowym Jorku. To były straszliwe czasy lat 80. - Ronald Reagan nie chciał wymówić publicznie słowa AIDS, a nowojorscy geje chodzili od szpitala do szpitala i patrzyli, jak umierają ich kochankowie, przyjaciele. Cieszę się, że tak straszne rzeczy są już za nami.
Czyli jakie?
Pamiętam chłopaka, który 15 lat żył ze swoim partnerem. Kiedy zachorował, był stale pod jego opieką, w domu. Ale gdy trafił do szpitala, nagle ze stanu Iowa przyjechali rodzice, z którymi ten chory przez te 15 lat nie utrzymywał kontaktu. I zakazali jego partnerowi wstępu do kliniki. I nic nie można było zrobić. Człowiek zmarł, nie widząc najbliższej mu osoby. A to wcale nie był ten najgorszy etap. Przynajmniej nie bała się go pielęgniarka, nie umierał w izolatce, biorąc leki przez podajnik.
To był ten czas, kiedy wyemigrowałaś do Stanów?
Moja mama wyemigrowała w '80 roku. Potem w styczniu '81 roku zmarł tata. A trzy lata później skończyłam 18 lat i w połowie czwartej klasy liceum wyjechałam.
Pół roku przed maturą.
Mama mówiła: - Po co ci polska matura, w Stanach nikt nie będzie cię pytał o papiery z polskiej szkoły. Na lotnisko jechałam zaryczana, wcześniej paliłam pamiętniki.
Koniec świata.
Tak, to był koniec świata. Niby cieszyłam się, że zobaczę matkę, ale kiedy zmarł ojciec, zostałam tu na parę lat zupełnie sama. Trochę zajmowała się mną babcia, ale tylko tyle, żebym głodna nie chodziła. Cały stan wojenny przeżyłam bez rodziców. Ta samotność nie była fajna, ale jak wielu osamotnionych nastolatków sama siebie wychowałam i szybko dorosłam. Przyzwyczaiłam się sama o sobie decydować. Wyjazd wszystko mi rujnował.
Kim byli rodzice?
Mama była księgową, a tata elektrykiem. Zawód zdobył w więzieniu, gdzie trafił w wieku 18 lat. To były lata 50., ojciec działał w jakiejś politycznej partyzantce na Białostocczyźnie. Wiem tylko tyle, że była to działalność antykomunistyczno-prokościelna. Skazali go za to na dożywocie, wyszedł po 12 latach. Mama miała 18 lat, kiedy ją poznał. Straszna dysproporcja wieku, jeszcze większa doświadczenia. Nic dziwnego, że ich związek nie był szczególnie harmonijny. Kiedy przyjaciółka mamy zaprosiła ją do Stanów, chętnie skorzystała. Potem ojciec zmarł i zdecydowała, że nie wróci.
Dlaczego zmarł?
Miał zespół Bürgera, umarł młodo w wieku 48 lat. To się zaczęło jeszcze w więzieniu: bicie, złe odżywianie. Tak jak pamiętam kłótnie rodziców, tak pamiętam, że ojciec zawsze cierpiał. Jak chodziliśmy po górach w czasie wakacji, to wiecznie słyszałam, że tatę noga boli. Do szpitala trafił, bo trzeba mu było tę nogę amputować. Okazało się, że obie. Kiedy go zobaczyłam po raz ostatni, to był dla mnie szok, miałam wtedy 14 lat, nie mogłam sobie dać z tym rady. Nie poszłam już więcej do szpitala i do dziś strasznie mnie to boli, bo ojciec zmarł dwa tygodnie później. Nie pożegnałam się.
A te parę lat samotności? Co się wtedy z tobą działo?
Zbudowałam sobie 'zastępczą' rodzinę z przyjaciół i znajomych. Z niektórymi do dziś utrzymuję kontakt, choć mieszkamy w różnych krajach. Gorzej wyszła pierwsza miłość - kiedy miałam 17 lat, chłopak zostawił mnie dla mojej przyjaciółki. A potem to już tylko pamiętam wyjazd do Stanów.
Wyrwano cię trochę przemocą.
Nigdy nie kwestionowałam tej decyzji. Poza tym od dziecka miałam chory kręgosłup, trzeba mnie było operować i mama nie chciała, żeby to zrobiono w Polsce. To był stan wyższej konieczności.
I jak wspominasz konfrontację z Ameryką?
To były czasy młodej Madonny. Styl boy-toy, panny z natapirowanymi włosami, krótkie kiecki, gigantyczne pazury oraz - tego nigdy nie zapomnę - skarpetki z falbankami plus szpilki. Miałam jasność, że wylądowałam na Marsie i te dzieciaki nie były istotami, z którymi mogłam się na poważnie zadawać. Dalej żyłam polskimi przyjaźniami. Po operacji leżałam i nasłuchiwałam dźwięku, jaki wydawała nasza skrzynka na listy. Te listy i płyty, które przysyłali mi z Polski przyjaciele, uratowały mnie wtedy od depresji. Największe wsparcie dawali mi nauczyciele, którzy do mnie przychodzili. Zadbali o to, żebym zdawała na studia. Dzięki nim wypełniłam wszystkie formularze, włącznie z prośbą o stypendium, i się dostałam. Najpierw do Rutgers College, a potem na magisterkę na Univeristy of Pennsylvania.
Źródło: Wysokie Obcasy
W numerze z 4 września
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień





więcej zdjęć




