W poczekalni jest tłoczno. Tancerze, połykacze ognia, akrobaci, niespełnieni pieśniarze czekają w kolejce na swoją szansę. Trwają eliminacje trzeciej edycji telewizyjnego show 'Britain's Got Talent', brytyjskiego odpowiednika 'Mam talent'. Susan Boyle odstaje od grupy - wiekiem (prawie 48 lat), brakiem urody i zachowaniem. Niewzruszona je kanapkę. Pcha ją do ust grubymi palcami upstrzonymi złotymi pierścionkami. Wygląda groteskowo. Pod jej usta podjeżdża mikrofon. - Mój występ wstrząśnie publicznością - zapewnia. Na razie można trząść się ze śmiechu. Co ona sobie wyobraża? Ma czerwoną twarz, podwójny podbródek i zmierzwione siwiejące włosy. I brwi, których nie powstydziłby się premier Olszewski! Susan przełyka kanapkę i wychodzi na scenę. Przed nią trójka jurorów i kilkusetosobowa publiczność. Podział ról jest jasny - jurorzy pytają, publiczność się śmieje:
- Susan, ile masz lat?
- Prawie 48. (śmiech)
- Jakie jest twoje marzenie?
- Być zawodową piosenkarką. (salwy śmiechu)
- A jak wielki chcesz odnieść sukces?
- Taki jak Elaine Paige. (śmiech i przewracanie oczami)
30 sekund później nikt się już nie śmieje. Widownia zamiera, a miliony osób, które później zobaczą to w telewizji, będą przyznawać: płakałem ze wzruszenia. Susan brawurowo wyśpiewuje 'I Dreamed a Dream' (Miałam marzenie) - piosenkę Fantyny z musicalu 'Les Misérables' (Nędznicy). Jej tłusta dłoń unosi się w powietrzu i podrywa z krzeseł publiczność. Wstaje też dwoje z trójki jurorów. Oklaskują Boyle na stojąco. Już wiadomo - narodziła się gwiazda.
Do śmiechu i do łez Po występie Susan wraca do domu w Bathgate, małej szkockiej wiosce. Jest zadowolona (wie, że przeszła do następnego etapu), ale zmęczona - na eliminacje musiała jechać aż do Glasgow, a - jak potem przyzna - za podróżami nie przepada. Ściska na powitanie swojego wiernego towarzysza Pebblesa (kota), z którym dzieli dom oraz życie, i idzie spać nieświadoma tego, że za kilka miesięcy ten występ wywróci jej życie do góry nogami.
Na razie jest jednak jesień 2008 roku i życie Susan Boyle toczy się normalnie. Wstanie rano, nakarmi kota, zrobi coś do jedzenia, włączy telewizor. Coś poczyta, potem zerknie w telewizor. Z domu raczej nie wyjdzie. Nie ma po co, nie pracuje. No, chyba że wyjdzie przed dom dać burę dzieciakom sąsiadów, które pukają do jej drzwi, a potem uciekają. Wieczorem pośpiewa przed lustrem, zamiast mikrofonu używając szczotki do włosów i wyobrażając sobie, że jest wielką piosenkarką. Znów pogapi się w telewizor, pójdzie spać. Co innego w niedzielę. W niedzielę pójdzie do kościoła na mszę - bo Susan jest praktykującą katoliczką - a w tygodniu na próbę przykościelnego chóru. Czasem jako wolontariuszka odwiedzi starych i chorych parafian. W weekend skoczy z koleżankami do lokalnego pubu i wypije lampkę wina (rzadko), a na koniec stanie na scenie i zaśpiewa karaoke. Bo Susan kocha śpiewać. I tak od 12. roku życia aż do 11 kwietnia 2009 roku.
11 kwietnia, w sobotę, telewizja pokaże jej występ. Susan obejrzy go krytycznie ('Parę rzeczy można by poprawić' - oceni potem). Nazajutrz, w Niedzielę Wielkanocną, nakarmi Pebblesa i świątecznie ubrana wyruszy do kościoła - jak zwykle. Ale od tej chwili nic już nie będzie jak zwykle. W kościele Susan witają owacje. Trochę ją to dziwi. Nie dziwiłoby, gdyby korzystała z internetu. W nim już jest gwiazdą. Ale Susan nie ma komórki, komputera ani bladego pojęcia, kim jest Ashton Kutcher. To on poprzedniego wieczora na społecznościowym serwisie Twitter umieścił link do jej występu i komentarz: 'Dzięki temu mój wieczór był udany'. Jego partnerka Demi Moore odpowiedziała: 'Mnie to doprowadziło do łez'. Ich wpisy uczynią Boyle gwiazdą za oceanem. W ciągu kolejnej doby występ Susan w serwisie YouTube obejrzy 5,5 mln osób. W ciągu kilku tygodni jej śpiew przyciągnie do YouTube pięć razy więcej widzów niż zaprzysiężenie nowego amerykańskiego prezydenta Baracka Obamy. Boyle, ochrzczona przez prasę 'Włochatym Aniołem', zostanie najbardziej znaną osobą w Wielkiej Brytanii. Po 48 latach wreszcie zacznie się jej szczęśliwa passa. A szczęścia brakowało jej właściwie od początku.
Prosta, bezrobotna, dziewica. Susan urodziła się 1 kwietnia 1961 roku jako dziewiąte dziecko państwa Boyle. Jej matka miała 47 lat. Poród był trudny, trwał zbyt długo. - Niedotlenienie - zawyrokują później lekarze. Mała Susan będzie pogodna, muzykalna, ale uszkodzenie mózgu będzie nieodwracalne. Ponoć niewielkie, ale dla dzieciaków z podstawówki wystarczająco duże, żeby uprzykrzyć jej życie. Diagnoza: trudności w nauce. 'Prosta Susie', jak nazwą ją rówieśnicy, z radością opuści szkołę tuż po 18. urodzinach. Szczęścia nie będzie mieć też w pracy. Zatrudni się jako pomoc kuchenna w miejscowym college'u. Popracuje tam pół roku. To jej pierwsza i ostatnia praca w życiu. Nikt nie będzie jej chciał zatrudnić. Pójdzie na kursy doszkalające. Na próżno - pracy jak nie było, tak nie będzie. W końcu się zajmie starzejącymi się rodzicami. Powoli przywyknie do bezrobocia.
Podobnie jak do braku chłopaka. Religijna i chroniona przez rodziców (czy ktoś mógłby chcieć ich córkę na poważnie?) przegapi moment, kiedy jej koleżanki zaczną chodzić na randki. W końcu dojdzie do wniosku, że to nie dla niej. 'Prosta Susie' przed występem wyzna: 'Nigdy nawet nie całowałam mężczyzny'. Dla brukowej prasy jej dziewictwo będzie nie mniejszą sensacją niż jej głos. Dla całej Wielkiej Brytanii wstrząsem będzie to, że ktoś nieatrakcyjny fizycznie może mieć talent.
Taka zdolna, taka brzydka
Jest wielkanocny poranek i cała Wielka Brytania budzi się na kacu. Tym razem - także moralnym. Poprzedniej nocy 'Britain's Got Talent' oglądało ponad 11 mln osób. Ręka w górę, kto nie śmiał się z pokraki, która stanęła na scenie. Stała na rozstawionych nogach ('Brytyjska Edith Piaf' - napisze potem prasa), z fryzurą a la ptasie gniazdo, z tymi brwiami jak dwie gąsienice. I zupełnie znienacka zaśpiewała anielskim głosem. Kto by się tego spodziewał?
- Byliśmy wobec ciebie tacy cyniczni, osądzając cię po wyglądzie - mówiła tuż po jej występie jurorka i aktorka Amanda Holden. - Pora się obudzić z takiego myślenia. Brytyjczycy budzą się z trudem. W erze botoksu i kultu rozmiaru '0' to, że talent nie zawsze idzie w parze z urodą, wydaje się niemożliwe. Jak to - taka zdolna i taka brzydka? Prasa ratuje sytuację mądrościami ludowymi. 'Nie osądzaj książki po okładce' - wyciąga stare powiedzenie i powtarza je do znudzenia. Niektóre publicystki są zrozpaczone. 'Dlaczego talent Boyle tak nas dziwi? Dlaczego mężczyzna może być stary, brzydki, a mimo to utalentowany? Dlaczego szokuje nas to samo u kobiet?' - pyta Tanya Gold na łamach 'Guardiana'. Dysonans między wyglądem a głosem Susan jest dla wielu zbyt ciężki do zniesienia. Pojawiają się spekulacje, że wokalistka podda się transformacji przed kolejnym etapami konkursu. Takie pomysły natychmiast znajdują przeciwników:
- Nie! Niech Susan zostanie taka, jaka jest! Za to przecież ją uwielbiamy! Za to, że jest taką trochę zapuszczoną panią z sąsiedztwa. Za to, że dzięki niej miliony nieidealnych i niemłodych kobiet na całym świecie mogą znów uwierzyć, że też są coś warte. Sama Susan wobec tych plotek pozostaje niewzruszona. Zapewnia, że dobrze się bawi, biorąc udział w konkursie, a dylematy wokół jej wyglądu rozstrzyga w iście salomonowy sposób. Owszem, przed kolejnym show postanawia zadbać o urodę. Rezygnuje jednak z wycieczki do Londynu i kosztownych wizyt w znanych salonach. Idzie do lokalnego zakładu fryzjersko-kosmetycznego. Miejscowa stylistka podcina jej włosy, a siwiznę przykrywa dyskretnym mahoniem. Reguluje też krzaczaste brwi. Na koniec Susan kupuje beżowe spodnie i kurtkę ze sztucznej skóry. Całość za skromne 100 funtów.