Zwykle ludzie kultury nie umawiają się na 9 rano.
Wstaję o 6.30-7. Ci, którzy muszą zorganizować kulturę, wstają wcześniej (śmiech). Ale tak naprawdę to jest kwestia organizmu - szybko się regeneruję, nigdy nie byłem śpiochem.
To ile pan śpi?
5-6 godzin maksymalnie.
Ma pan dużo czasu na kulturę.
Staram się nadążać, ale myślę, że dzisiaj jest z jednej strony trudno być kulturalnym do końca, a z drugiej jednocześnie wszyscy jesteśmy w jakimś sensie kulturalni. Tu jest wszystko (pokazuje telefon). Tu jest mój telefon, mój budzik, moje e-maile. Nie jestem fetyszystą gadżetów elektronicznych, ale to bardzo ułatwia życie. Dostaję serwis kulturalny 'Wyborczej', a jak mnie coś zainteresuje, sprawdzam, czy jest wideo. To jest uzależniające i niebezpieczne. Może stworzyć iluzję, że jak się tam coś zobaczy, przeczyta, usłyszy, to się wie. Nic nie zastąpi pójścia do teatru czy na koncert. Nie chodzi o to, żeby codziennie słuchać Placido Domingo czy Radiohead, ale żeby mieć taki czas wejścia w kulturę w sposób głębszy, autentyczny.
Panu się to udaje?
Najczęściej udaje się z książką: przed zaśnięciem, a czasami po obudzeniu, i filmem: albo w kinie, albo w domu na ścianie czy ekranie komputera. Wszystko się 'prywatyzuje', staramy się mieć wszystko on line i trochę uciekamy...
...od wspólnoty.
Ja się dosyć dużo zajmuję festiwalami i obserwuję, że jest tam poczucie wspólnoty, ale jest też czas, który trzeba zaplanować. Żeby pojechać na festiwal, trzeba wykonać pewne przygotowania. Czy to Malta, czy Warszawskie Spotkania Teatralne - nie da się obejrzeć wszystkiego, trzeba sobie znaleźć ścieżkę. Wspólnota jest ważna, bo daje poczucie przynależności i wspólnego przeżycia artystycznego. Na studiach pani prof. Zamiara, która wykładała teorie interpretacji dzieła artystycznego, na ostatnich zajęciach powiedziała tak: 'Tak naprawdę to wiemy, czy dzieło sztuki jest dla nas ważne, w jednym momencie - albo ciary idą po plecach, albo nie'.