Wiktor Jerofiejew w książce 'Mężczyźni' przeciwstawia czystych, wysportowanych, dobrze ubranych, popijających prosecco mieszkańców zachodniej Europy ponurym Rosjanom z brodami po pas, z zepsutymi zębami, przepoconym i dyskutującym ciągle o poezji XIX wieku. Czy ty, pisarz ukraiński, ale też obywatel świata, widzisz tę różnicę tak drastycznie?
Tak jaskrawo jak Jerofiejew tego nie widzę, do tego trzeba mieć chyba jego temperament pisarski. Ale w tym sporze, czy też przeciwstawieniu, jestem całkiem po jego stronie, imponuje mi zachodnie, zmysłowe podejście do życia. Do ciała. Ono wynika moim zdaniem z wyższego dobrobytu, który z kolei pociąga za sobą ateizm. W systemie ateistycznym najwyższym dobrem i celem jest każde odrębne ludzkie życie. I to właśnie ludzkie życie w postaci cielesnej, fizycznej. Ponieważ w ateizmie wiadomo, że oprócz życia tu i teraz nie ma już nic, nie ma niczego po śmierci, to życie zyskuje na wartości. Życie zaklęte w ciele jest zdeterminowane, żeby zdążyć. Natomiast w systemie wschodnim, w przypadku Jerofiejewa - rosyjskim prawosławiu, dominuje quasi religijność, która powoduje abnegację wszystkiego, co związane z ciałem, a gloryfikuje to, co związane z duchowością. Nigdy zresztą nie rozumiałem, co to znaczy 'duchowość'. Duchowość to nie jest kultura, to nie jest religijność - może suma kultury i religijności? Moim zdaniem ta 'duchowość' sama w sobie jest jakimś symulakrem.
Ale ciało i dusza wcale nie muszą ze sobą walczyć. Bardzo fajnie powiedział kiedyś taki jogin: 'Czasami dla rozwoju duchowego nie ma nic lepszego, niż pograć sobie w piłkę'. I to jest świetna synteza ciała i rozwoju duchowego. Inną sprawą jest to, że im człowiek szczęśliwszy w życiu codziennym włącznie z życiem materialnym, tym mniej skłania się ku modlitwie, ku Bogu. I odwrotnie, znana prawda: 'Jak trwoga, to do Boga'. Jak powiedział kiedyś Radek Knapp: 'W spadającym samolocie nie ma żadnego ateisty'. A ci rosyjscy dziadkowie? Myślę, że Bóg by się na nich nie obraził, gdyby myli zęby.
Ten sam Wiktor Jerofiejew był kiedyś u was z wizytą razem ze swoją młodą żoną i ona na pożegnanie szepnęła ci, że powinieneś używać perfum Chanel Égoiste. Używałeś ich?
Tak, po raz pierwszy rzeczywiście kupiłem je za jej namową. Widziałem Égoiste wcześniej w sklepach, ale nigdy bym nie pomyślał, że to akurat może pasować do mnie! O tym, że one mają bardzo sugestywny zapach, przekonałem się na drugi dzień po przyjeździe na stypendium do Berlina. Miałem zaproszenie do Deutschland Radio, audycja na żywo, pojechałem do studia i pewna dziewczyna, menedżer, która odprowadzała mnie z powrotem do taksówki, kiedy już zjeżdżaliśmy windą, zapytała: 'Czy mogę zadać bardzo prywatne pytanie? Czy pan używa Chanel Égoiste?'. Zdarza się coś takiego jak mania zapachów. Pamiętam, jak byliśmy w literackim pociągu - iluś pisarzy jeździło po Europie pociągiem, mieliśmy spotkania autorskie. W momencie gdy w atmosferze pojawiał się bardzo intensywny zapach Fahrenheit, było wiadomo, że nadchodzi pisarz azerbejdżański Czyngis Abdułłajew. Wysyłał sygnał - zwiadowców, taką chmurę zapachu, a potem pojawiał się sam. To już przesada, nie chciałbym, żeby mnie poznawano tylko i wyłącznie po zapachu.
Kiedy rozmawiałam z Michelem Houellebekiem, powiedział, że zmysły są podstawową sprawą dla pisarza. Że on ma zniszczony węch i smak przez palenie, więc nigdy nie będzie pisał jak Proust. Powiedział, że dla niego najważniejszym zmysłem jest dotyk, a dla ciebie?
Palenie rzuciłem pięć lat temu, dlatego chyba węch i smak mam w porządku. Palę rzadko, wyłącznie po zachodzie słońca i przy mocnym alkoholu. U mnie palenie nigdy nie istniało bez picia. Mimo to jak Proust i tak nie będę pisał. Nie mam pewnej hierarchii zmysłów, czyli każdy z nich jest dla mnie ważny. Jednak może słuch jest najważniejszy?
Stach Perfecki, bohater twojej 'Perwersji', żyje swoim własnym życiem. Cztery lata temu w wywiadzie do 'Lampy' powiedziałeś nam, że był widziany w jakiejś gelaterii w Wenecji. Gdzie jest teraz? Czy wielki kryzys dotknął go jakoś?
Kryzys dotknął chyba najbardziej właśnie Ukrainę, jesteśmy, zdaje się, zaraz po Islandii, może trochę lepiej niż Islandia, ale zdecydowanie gorzej niż Polska. Stach Perfecki prawdopodobnie walczy z kryzysem w ten sposób, że nie wraca na Ukrainę. Ojczyzna go teraz nie kusi. Co innego po rewolucji pomarańczowej, wtedy dostawałem takie sygnały, że on już nadjeżdża, jest blisko, że zaraz będzie z nami. Przygotowaliśmy dla niego wszelkie warunki. Na przykład wszędzie na Ukrainie można było nabyć dezodoranty Axe, a to już jest bardzo poważny argument, żeby wrócić. Ale teraz, mimo że Axe pozostaje wszędzie w sprzedaży, w związku z inflacją zrobił się bardzo drogi, trudno jest też o dobre czerwone wytrawne wino
A Stach jest hedonistą?
Dla niego jest bardzo ważne, żeby mieć dobre wino, jedzenie, perfumy. Myślę, że on cały czas podróżuje, zmienia miejsca pobytu. Jest wprawdzie bon vivantem, ale jest także nielegalnym podróżnikiem, nie ma wizy, więc musi cały czas manewrować. Do Ukrainy nie wraca, bo czeka na kolejną okazję, rewolucję, która będzie nie wcześniej niż w roku 2017.
2017?
Tak wyliczyłem, bo my mamy w naszej najnowszej historii co 13 lat coś fajnego. Najpierw był 1991 - niepodległość, potem 2004 - Majdan, teraz czekamy na 2017. Stach jest nielegalnym, ale bon vivantem. Jaki jest twój stosunek do wyrafinowania? To oznaka kultury czy zniewolenia? Teraz zrobiło się modne w środowiskach intelektualnych, twórczych gadać dużo o jedzeniu. To jest prawdopodobnie znak tego konsumpcyjnego akcentu w naszym życiu codziennym. Ale to nie do końca dotarło na Ukrainę. Na przykład kultura picia wina nie poszła na Ukrainie bardzo daleko z powodu cen. Dobre wino - dobre, ale proste, takie, które na Zachodzie kosztuje 4-5 euro - po przeliczeniu na Ukrainie kosztuje 20 euro. Więc nie opłaca się go pić. Na Ukrainie opłaca się pić krajowe koniaki - to jest najlepsza kombinacja ceny oraz jakości.
Ale ty lubisz dobre wino?
Ja tak, może dlatego, że spędzam dużo czasu za granicą. Tu nauczyłem się lubić czerwone wytrawne wino, którego mi potem na Ukrainie brak, zwłaszcza jeśli chodzi o wino południowoafrykańskie, chilijskie, australijskie - takie z krajów niestereotypowych - nie francuskie czy włoskie.
Twoja córka Sofijka Andruchowycz napisała książkę pod tytułem 'Siomga', 15 czerwca wychodzi w Polsce. Czytałam fragmenty - porusza tam bardzo intymne kwestie. Sam tytuł - siomga - to gatunek łososia, ale także...
Określenie kobiecości, a właściwie jej wymiaru, hmm fizyczno-genitalnego.
No właśnie. Jakie są twoje odczucia po przeczytaniu tej książki - z jednej strony jako pisarza, artysty, a z drugiej strony jako ojca Sofijki?
Jak to odebrałem? Byłem jednym z pierwszych czytelników tego tekstu, oczywiście dostałem go jeszcze jako plik komputerowy. Masz rację, moja reakcja była ambiwalentna. Z jednej strony rzeczywiście są tam miejsca, które było mi bardzo trudno czytać, właśnie z tego względu, że to napisała moja córka. Myślałem o tym, że jest w tym ból, który ja przegapiłem, którego nie zauważyłem. A teraz nie jestem już w stanie niczego z nim zrobić, nie jestem w stanie pomóc. Ale z drugiej strony byłem bardzo szczęśliwy, widząc, że moja córka jest taką świetną pisarką. Wiem, że nie powinienem tak mówić, ale muszę to powiedzieć, bo jeśli to przemilczę, to nie będzie prawda - uważam, że 'Siomga' to jedna z najmocniejszych ukraińskich książek ostatnich lat. To jest wybitne wydarzenie. A kiedy czytałem, zwyciężyło w końcu katharsis, jak skończyłem, byłem po prostu szczęśliwy, że wyszła taka książka.