http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Aktywistka

Joanna Szczepkowska
2009-06-14, ostatnia aktualizacja 2009-06-09 14:38

Felieton Joanny Szczepkowskiej

Joanna Szczepkowska
Fot. Jacek Piotrowski
Joanna Szczepkowska
Pani to taka aktywistka. To zdanie usłyszałam tuż za plecami. Właśnie wybiegałam przed bramę domu, zapinając w pośpiechu kurtkę. Hałas, który obudził mnie rano, zagłuszył też wszystko, co mówił jeszcze chłopak, który szedł w tym samym kierunku. Nie mogłam więc ocenić, czy 'aktywistka' to dobrze, czy raczej śmiesznie i bez sensu. Dla mnie to brzmiało koszmarnie. 'Aktywistka'. Od razu zobaczyłam siebie jako nerwową chudzinę w krawacie, która biega po ulicach i naprawia świat, który może wcale nie chce być naprawiony. Chłopak poszedł dalej, a ja zatrzymałam się kilka metrów od drzewa, które właśnie chciałam ratować od zagłady.



Było tu zawsze. Ogromne, okazałe, rozgałęzione po najwyższe okna. Jego pień, trochę pochylony, zajmował pół małego podwórka, a korzenie zrobiły wykop za siatkę i rozrosły się aż po jezdnię. Ten dąb był członkiem każdej z rodzin, która mieszkała na mojej ulicy. Kojarzył się z solidnością, z długim, dobrym życiem, z przetrwaniem - był naszym strażnikiem i sąsiadem. Z mojego okna widać było tylko fragment drzewa - grube gałęzie, po których czasem chodził miejscowy kot akrobata. I właśnie te gałęzie dzisiejszego ranka spadły jako pierwsze. Obudził mnie warkot piły, a kiedy podeszłam do okna, pod pniem leżał już niewielki stos liściastego chrustu. Mężczyźni w skafandrach uwijali się po gałęziach drzewa sprawnie jak małpy i właściwie wyglądało to tak, jakby okno stało się ekranem, na którym idzie National Geographic. Amputacja gałęzi postępowała tak szybko, że zarzuciłam tylko płaszcz na piżamę. Na naszej ulicy taki strój jest dopuszczalny. Wybiegłam z bramy gotowa przywiązać się do pnia w proteście i zatrzymało mnie dopiero tamto zdanie: - Pani to taka aktywistka.



Aktywistka? Nie chcę! Czy ktoś oprócz mnie zerwał się tutaj w obronie tego drzewa? Owszem, widać było kilka osób w oknach. Ale nikt nie biegał jak wariat w piżamie, żeby No właśnie. Żeby co? Nagle zdałam sobie sprawę, że profesjonalne uniformy tamtych mężczyzn świadczą o tym, że są fachowcami, których wezwano tu pewnie po wielu naradach, po stosownych badaniach ekologicznych, po podpisaniu odpowiedzialnych dokumentów. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie zabiera się do ścinania takiego drzewa ot tak, dla chimery. Może drzewo jest nieuleczalnie chore? Albo jako uliczny chwast podpełzło korzeniami pod stare kamienice i zagraża fundamentom? Nagle zobaczyłam wszystko od innej strony. Ulica świetnie zabezpieczona stosownymi barierkami. Kilka metrów od drzewa stoi samochód policyjny.



- Przepraszam czy to drzewo będzie ścięte w całości? - W całości - odpowiada grzecznie policjant. - A dlaczego? - Nie wiem - mówi z rozbrajającą szczerością. Sprawnie to idzie - pomyślałam, starając się nie dostrzegać bicia serca. Drzewo z każdą minutą zmieniało kształt i charakter. Stawało się czymś w rodzaju rzeźby. Egzekucja była przeprowadzana imponująco sprawnie. Kiedy pozostał tylko pień pozbawiony korony jak głowa do ścięcia, wróciłam do domu. Dobrze, że aktywistka nie przywiązała się do drzewa, nie narobiła głupich kłopotów, nie zorganizowała marszu, nie wezwała kamer i dziennikarzy. Przez jedną nadgorliwą wariatkę opóźniłoby się tylko to, co z pewnością słuszne, mimo że bolesne. Jutro rano nie będzie już śladu po drzewie, drzewo nie będzie już towarzyszyć mojemu śniadaniu, które zawsze jem obok okna. Trzeba się z tym pogodzić. Precz z aktywistkami.



Ranek następnego dnia nie był łatwy. Opóźniałam, ile się da, moje śniadanie przy oknie świadoma pustki, którą zobaczę. Wreszcie podeszłam do szyby. Na środku przeciwległego podwórka stał wielki nagi pień. Okrągłe ślady po amputacji były śliskie i błyszczące. Ogolone, nieme i ślepe drzewo, nieobecne jak po operacji, stało jednak w tym samym miejscu, chociaż przecież powinno go nie być.

- Pomyłka - to był ten sam chłopak. Podniósł głowę w kierunku mojego okna. - Słucham? - Pomylili się. Chodziło o inne drzewo. Myślałem, że pani coś zrobi. Taka aktywistka Codziennie rano widzę to drzewo.



Źródło: Wysokie Obcasy

W numerze z 28 sierpnia