'Zapamiętajcie dobrze tę dziewczynę, bo już wkrótce może wywrócić naszą scenę do góry nogami'. 'Warsztat na światowym poziomie pozwala jej na wyśpiewywanie fraz, o których większość naszych wokalistek może jedynie pomarzyć'. 'Pojawienie się jej traktuję w kategoriach cudu!' W 'Gazecie' tytuł: 'Narodziny gwiazdy'. Do tej pory jak komuś się spodobałam, to mnie odkrywał. To trwa od lat. Chciałabym już być odkryta. Właśnie wydałam płytę 'Hat, Rabbit' i może wreszcie się narodzę.
Recenzenci porównują cię do Laurie Anderson, Tori Amos, Kate Bush. Przywołują Bruce'a Dickinsona z Iron Maiden i Lou Reeda. 'Hat, Rabbit' to bogactwo konwencji, odwołań i stylów. Trochę w tym pstrokacizny, bo trudno skupić się na jednym, kiedy tyle fajnych rzeczy dookoła. Ale najważniejsza jest piosenka. W piosenkowy schemat wkładam elementy kabaretu i musicalu, słychać też odrobinę jazzu. Utwory mają melodie, są łatwe do przyswojenia. To pop, który rozbija własną formę. Naginam ją, rozciągam. Dlaczego nie zrobić utworu na samą perkusję i fortepian? Czemu kolejny nie miałby brzmieć jak bossa nova?
To nie pop. Pop progresywny. Według mnie nie za wiele w tym awangardy.
Twoi rodzice to skrzypaczka Julita Czerkies-Kulka i skrzypek Konstanty Andrzej Kulka. Fascynacja brytyjskimi metalowcami była buntem przeciw klasyce? Nie musiałam strasznie się buntować. Tata jest z natury łagodny, nie ma w nim nic z satrapy. Mama tak samo. Z początku cały dom skrzypiał: rodzice, ja i starsza siostra. Siostra bardzo sumiennie. Miała zamiar iść w tym kierunku, ale złamała rękę. Długi okres rekonwalescencji wystarczył, żeby zmieniła zdanie.
Co robi? Jest radcą prawnym. To świetnie, że nasza rodzina trochę się rozprzestrzeniła zawodowo. Po podstawówce muzycznej ja też nie chciałam już ćwiczyć. Byłam za leniwa, rozkojarzona, wolałam sobie porysować. Brakowało mi samozaparcia. Tata doskonale wie, że gdyby go dziadek nie pilnował, nie byłby takim muzykiem.
Sam pilnował? Krzyczał z sąsiedniego pokoju: wyżej, niżej. To mama pilnowała. Cudownemu dziecku rodzice muszą powiedzieć: nie pójdziesz się bawić na podwórko, musisz teraz dwie godziny pograć. Może tata uznał, że nie mam aż takiego talentu, żeby warto było mnie męczyć. Albo widział opór i nie chciał mnie unieszczęśliwić. Pozwolili mi iść do zwykłego liceum. Dobry ruch.
Dlaczego? Bo wszyscy patrzą na tatę. Gdybym wybrała edukację muzyczną i skrzypce, ludzie gadaliby: załatwił córeczce karierę. A teraz każdy widzi, że to niepoważne tak mówić. Nie ma przełożenia między światami muzyki klasycznej i rozrywkowej. Robimy coś podobnego, ale zupełnie inaczej. To jest fajne.
Jak wygląda dzieciństwo w domu muzyków? Rodzice dużo podróżowali, zwłaszcza tata. Starali się wyjeżdżać na zmianę. Nie zawsze się udawało. Pamiętam ich tournée po Azji, bardzo długie. Wtedy ciocie, babcie zajmowały się nami. Jesteśmy rozsypani od Gdańska po Bielsko-Białą, ale się udawało. Potem mama zrezygnowała z pracy w filharmonii, bo miała kłopoty ze zdrowiem. Tata nadal jeździł z koncertami. Całe życie na walizkach, a jest domatorem. Nie czułyśmy, że granie go pochłania. Po prostu czasem go nie było. Ale jak już był - to w swoim żywiole.
Przyjemnie mieć ojca gwiazdę? Ktoś mi powiedział: muzyk, jaki to fajny zawód. Płacą i jeszcze dają kwiaty! A ja wiem, czym to wszystko pachnie. Nie zawsze chce się wstać o szóstej, wsiąść w pociąg do Jeleniej Góry, zagrać koncert i nawet nie wiedzieć, czy gdzieś jeszcze da się zjeść kolację. Tata jest perfekcjonistą. Widziałam to, co może zniechęcać, a co trzeba oddzielić od kunsztu i samego grania. Teraz z zespołem Raalya sami tego doświadczamy, kiedy na przykład trzeba dźwigać graty.