http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Jesień feministki

Maria Kruczkowska
2009-05-17, ostatnia aktualizacja 2009-05-14 13:49

Są kursy dla przyszłych matek, powinny być też dla przyszłych staruszków - uważa Thérese. Dlatego często bierze udział w debatach na uczelniach i w międzynarodowych konferencjach dotyczących miejsca starych ludzi w społeczeństwie
Są kursy dla przyszłych matek, powinny być też dla przyszłych staruszków - uważa Thérese. Dlatego często bierze udział w debatach na uczelniach i w międzynarodowych konferencjach dotyczących miejsca starych ludzi w społeczeństwie
Fot. East News

Czy pokolenie '68 zrewolucjonizuje starość? - Thérese Clerc, twórczyni Domu Kobiet w Montreuil, jest tego pewna

Gdy w '68 na murach Paryża pisano: 'Zabrania się zabraniać', Thérese Clerc miała już 42 lata, czwórkę dzieci i męża. Tamte wydarzenia całkowicie zmieniły jej życie, od 30 lat aktywnie działa we francuskim ruchu feministycznym. I nie zamierza tego zmieniać
Fot. Forum
Gdy w '68 na murach Paryża pisano: 'Zabrania się zabraniać', Thérese Clerc miała już 42 lata, czwórkę dzieci i męża. Tamte wydarzenia całkowicie zmieniły jej życie, od 30 lat aktywnie działa we francuskim ruchu feministycznym. I nie zamierza tego zmieniać
ZOBACZ TAKŻE
Tego wieczoru, jak zwykle, królowała w swoim Domu Kobiet w Montreuil. Wokół niej wirował mały tłum młodych Arabek, Mulatek i Azjatek. Niektóre z dziećmi, inne przyszły same. Ona w bluzce z dekoltem, siwe włosy spięte w kok, bystre spojrzenie. Egzotyczna kolia na nagiej szyi. Nic z kruchości babci czy z dystynkcji starszej damy. Pełna życia i ciepła. Nic nie umyka jej uwadze, każdego wita od progu. - Jak się masz, sarenko? - woła do Marokanki. - Mówiłam ci, nie zadawaj się z nim, ale mnie nie posłuchałaś - mówi przez telefon. Garną się do niej młode. - Kiedy jej nie ma - mówią - jest tu nudno.

Dom Kobiet prowadzony przez feministki zajmuje pół kwartału na ulicy zamkniętej dla ruchu w centrum miasta. Wchodzi się tu prosto z ulicy, od progu pachnie kawą, na stole domowe ciasto. W środku meble z jasnego drewna, rękodzieło z całego świata. Kobiety, czarne i białe, zakwefione i nie, mogą tu wpaść pogadać, wypłakać się i pośmiać. Dowiedzieć się, jakie mają prawa, i znaleźć fachową pomoc, jeśli chcą o nie walczyć. W Montreuil na peryferiach Paryża mieszka dużo imigrantów, na 104 tys. mieszkańców jest 106 narodowości. Większość z Afryki i Bliskiego Wschodu, gdzie mężczyzna jest panem i władcą. Mężczyznom do Domu Kobiet wstęp wzbroniony. - Kobiety muszą mieć gdzie od nich odpocząć - mówi 81-letnia Thér `ese Clerc. Od 40 lat walczy o prawa kobiet. Dom założyła w 1999 r. przy pomocy merostwa.

Teraz ma nowy pomysł. Pomyślała o sobie i o swych starzejących się przyjaciółkach. Zakłada dom starości, jakiego jeszcze nie było. Wszystko, tylko nie spokojnej. - Nasz dom będzie samorządny, ekologiczny, obywatelski i solidarny - mówi. Chce w nim zamieszkać już w 2009 r. Taka komuna dziarskich staruszek. Wiek od 70 do 90 lat. Będą zarządzać własną starością i śmiercią, do tego chcą pozostać aktywne społecznie. Czysty surrealizm! Ale dla Clerc słowo 'niemożliwe' nie istnieje. Żyje swoim projektem, uważa się za pionierkę w dziedzinie starości. Namawia starych, których przybywa, by wzięli sprawy w swoje ręce. Pomysł domu był już gotowy, gdy pewnego upalnego lata Francja obudziła się z kacem moralnym. W czasie kanikuły w 2003 r. 15 tysięcy staruszków zmarło w swoich mieszkaniach, bo nie miał kto im podać wody. Gazety ujawniły, że nikt nie zgłosił się po ciała. Merostwo Paryża nie miało innego wyboru, jak składować je tygodniami w ruchomych chłodniach. Zainteresowały się tym media. Najpierw duży artykuł w 'Le Monde', potem dziesiątki innych gazet. Od tamtego lata starość stała się nośna społecznie. Są wielkie debaty na uczelniach, międzynarodowe konferencje, festiwale filmów o starych ludziach. Thérese Clerc często na nich gości. To, co mówi, budzi nadzieję. Powstała o niej książka i nakręcono film dokumentalny o starości, w którym jest jedną z czterech bohaterek.

Inna starość, inny dom

- W młodości budowałyśmy świat na nowo, teraz chcemy zmienić starość - mówi Clerc. Jest już nazwa domu - Dom Bab-Jag. W wyobraźni ludowej baby-jagi to wiedźmy, które zjadały dzieci i które palono na stosie. Feministki mają o nich inne zdanie: baby-jagi były mądre, dobre i silne. Warzyły zioła, leczyły ludzi i czytały księgi. Dom będzie własnością już działającego Stowarzyszenia Bab-Jag z Montreuil. Clerc przekonała merostwo i dogadała się z wydziałem taniego budownictwa komunalnego HLM. Kamień węgielny położono w zeszłym roku. Merostwo dało teren na dom, 666 metrów kwadratowych. I nie gdzieś na peryferiach, by nie psuć humoru młodym, którzy nie lubią starości. Nie, w samym centrum dzielnicy. Baby-Jagi chcą być w centrum życia. Z pudełka Clerc wyciąga plan domu w budowie. Niczego sobie: trzypiętrowy budynek z ekologicznej cegły, która zatrzymuje ciepło, dla każdej z mieszkanek studio z łazienką i kuchnią, każde po 35 metrów. Będzie też basen z zajęciami z hydroterapii, warsztaty ceramiczne i malarskie, taras, biblioteka. W planie są też dwa pokoje dla gości i dla pielęgniarki nocnej. Lekarz nie musi mieszkać w domu, skoro ma telefon i samochód i codziennie jest na miejscu.

Jednak nie o standard tu chodzi. Widziani znad Wisły francuscy emeryci nie mają powodów do narzekań. Na starość mogą pozostać u siebie. Jeśli trudno im gotować, merostwo dostarczy im smaczne posiłki. Lekarz i pielęgniarka są w zasięgu telefonu. Mogą dla siebie wybrać dom spokojnej starości z katalogu. Może w zamku z ogrodem? Francuski pensjonariusz domu opieki ma osobny pokój, lekarza pod ręką, psychologów, bogaty program rehabilitacji, ćwiczeń i zabaw, wycieczek i imprez. Czego im więcej trzeba? Czy ta Clerc nie przesadza? Nie. Najwygodniejszy dom starców jest i tak klatką, w której zamyka się staruszka, by się go pozbyć. Pensjonariusze o niczym nie decydują. Ostatnie lata życia spędzają bez godności, pielęgnowani, aktywizowani, przewijani przez młody personel. Dom Bab-Jag to rodzaj antydomu starców. Bez dyrektora i księgowego. Same będą nim zarządzać, określać swoje potrzeby, wynajmować potrzebnych im fachowców. I o wszystkim wspólnie decydować. Utopia? Francja kocha utopie. Dom Bab-Jag wyszedł poza stadium projektu. Merostwo dało 2,8 mln euro na budowę. Ogłosiły konkurs ofert. Przejrzały 35 projektów. -Wyeliminowałyśmy wszystkich architektów, którzy w przeszłości zbudowali już dom starców - mówi. Pokolenie '68 wymyśla na nowo starość. Takie projekty powstają w całej Europie. W Norymberdze działa już samorządny Dom Olgi oparty na podobnym pomyśle. Za Montreuil chcą iść Brest i Besançon, gdzie też powstały stowarzyszenia Bab-Jag. Clerc jeździ po Francji na spotkania. - Przychodzi dużo ludzi, spokojni emeryci, zwykli ludzie, którzy chcą zorganizować swoją starość inaczej niż rodzice, żadni działacze - mówi. Przyznaje jednak, że najłatwiej jej idzie z pokoleniem '68, które nie boi się zmian: - Od razu wiedzą, o co chodzi.

Poszukiwana energiczna

Tamtego lata wszyscy wyjechali z Paryża. Wtedy właśnie po raz pierwszy poczuła się stara. Rozbolały ją plecy, z trudem wlokła się po zakupy. Starość to wtedy, gdy się jest zależnym od innych - uzmysłowiła sobie. Nie zrobię tego dzieciom - postanowiła. Trzeba poszukać rozwiązania. To, co robię sama w domu, mogę robić w dwudziestkę. Te z nas, które będą się czuły lepiej, pomogą innym - pomyślała. I zaczęła pisać projekt Domu Bab-Jag. Do kompletu potrzebują 24 osób. Na razie znalazły 17 chętnych, więc nadal się dobierają. Nie każda się nadaje. "Poszukiwana starsza, ale ciekawa życia, wesoła i aktywna, w przeszłości zaangażowana na lewo" - mogłoby brzmieć ogłoszenie, gdyby je dały.

Bez pośpiechu budują przyszłą wspólnotę. Co drugą środę zapraszają chętne na kolacje stowarzyszenia. Niektóre z nowych są zapraszane po raz drugi, inne nie. Co trzy miesiące organizują tygodniowe kolonie. Jadą do Burgundii. Merostwo użycza im pustego ośrodka kolonii letnich. Taka próba życia na kupie przed tym prawdziwym. Nie łudzą się - starość jest nieporadna, coraz trudniej będzie wiązać buty, umyć się, pościelić łóżko. Baby-Jagi zobowiązały się do solidarności. Sąsiadki będą pomagać jedna drugiej, z uśmiechem, w dobrym humorze. Jakoś trzeba podtrzymać jedna drugą. I tak do końca. Ponieważ są mądre, Baby-Jagi wiedzą, że licho nie śpi i jak trudno żyć we wspólnocie. Niejedna z nich w młodości żyła w komunie. A stary wiek jest kłótliwy. Przy ich domu będzie działał mediator, będą poddawać się jego decyzjom.

Dużo rozmawiają o swej starości: są kursy dla przyszłych matek, powinny być dla przyszłych staruszków. Przy Stowarzyszeniu Bab-Jag funkcjonuje od roku uniwersytet trzeciego wieku. Debaty o miejscu starych ludzi w społeczeństwie i praktyczne zajęcia, by utrzymać ciało w dobrej formie. Co wtorek ćwiczą z młodym terapeutą, specjalistą od uruchamiania starszych ludzi. 'Potrząsają ciałem', tańczą. Dziś rano z terapeutą miały burzę mózgów. Było o pragnieniach. Bo mimo że stare, nadal je mają. Dużo rzeczy je cieszy: chcą dobrze jeść, chodzić do teatru, czytać książki, ładnie się ubierać.

Nie chcą być ciężarem dla społeczeństwa. Jest tyle do zrobienia. W Montreuil dzieci emigrantów potrzebują korepetycji. Stare kobiety arabskie, które od przyjazdu do Francji siedziały w domu, chcą się uczyć francuskiego, by wyjść na miasto. Akcja Bab-Jag już ruszyła. Zabierają arabskie babcie na wycieczki do Paryża. Oprowadzają po Luwrze i parlamencie.

- Ale z was marzycielki! - atakuję. Bo rzeczywistość może się okazać mniej różowa. Starość to nie radość. Czy wspólnota nie zamieni się w szpital? Słyszę, że przeciwnie, są realistkami. Na wstępie zastrzegły, że w domu nie będzie chorych na parkinsona czy alzheimera, z takimi chorobami by sobie nie poradziły. A co do reszty? No cóż, jesteśmy we Francji, z bogatymi emerytami i dobrą służbą zdrowia. W kraju dla starych ludzi. Każda z Bab-Jag ma swojego lekarza, który w każdej chwili do niej przyjedzie. Zastanawiają się, czy tych 24 lekarzy nie zamienić w mały zespół specjalnej opieki nad domem. Pielęgniarka, która ma samochód, jest na telefon. Merostwo ma fachowe opiekunki społeczne, terapeutów i rehabilitantów. To wszystko pokrywa ubezpieczenie. A na co dzień? - Każda z nas potrafi pchać wózek inwalidzki, a przecież nie staniemy się niedołężne wszystkie naraz - odpowiada Clerc. - Łączą nas więzy czułości, od lat chodzę z dwiema z Bab-Jag na koncerty, przyjaźnimy się. Jeśli którejś to nie wystarczy, mając samodzielne studio, może sobie sprowadzić kogoś na stałe do pomocy, status domu tego nie zabrania.

'68 - z kury domowej rewolucjonistka

Gdy w '68 na murach Paryża pisano: 'Zabrania się zabraniać', moja bohaterka miała już 42 lata, czwórkę dzieci i męża. Dorastała w zamożnej mieszczańskiej rodzinie. Rodzice żyli w zgodzie, mama w kuchni, tato w biurze. Jej brat poszedł na studia, ją jako ładnego głuptaska przeznaczono na żonę. - Dla kobiety mieć męża i dzieci to najpiękniejszy zawód - powiedziała jej mama. Wtedy też tak sądziła, dziś już nie. W wieku 20 lat przedstawiono jej młodzieńca z dobrego domu. Ślub był w kościele, na biało. Rodziły się dzieci, gotowała smacznie, ale małżeństwo było nieudane. Pierwsza awantura wybuchła, gdy otworzyła sobie konto bankowe bez zgody męża. Wcześniej prawo francuskie na to nie pozwalało, od 1965 r. było to już legalne. Przyjaciółki mówią na nią 'Święta Teresa', bo zna Ewangelię na pamięć. Pochodzi z rodziny katolickiej, chodziła do szkoły prowadzonej przez zakonnice. Lubiła zapach kadzidła i chóry, działała w parafii. Nie w kółku różańcowym - parafia była ostro polityczna, na spotkaniach powoływano się na Ewangelię, by potępiać wyzysk robotników i brudne wojny w Algierii czy Indochinach. Przed gospodynią domową, która w ukryciu przed mężem wymykała się do parafii, otworzyły się nowe horyzonty. Od księży robotników - jej proboszcz był jednym z nich - usłyszała o Marksie. Lewicowi księża, politycznie naiwni, chcieli go pożenić z Ewangelią. W parafii w 1952 r. powstał Ruch Pokoju przeciwko wojnie w Wietnamie. Thér `ese do dziś nie chce wiedzieć, że ta koalicja lewicowych katolików, socjalistów i komunistów była głęboko infiltrowana przez ludzi Moskwy.

Mąż, zadowolony, że ma pobożną żonę, zaczął strzyc uchem, gdy Thér `ese częstowała go płomiennymi przemowami po nabożeństwach. - Kobiety nie powinny się mieszać do polityki - napominał ją. Małżeństwo było z pozoru idealne - młodzi, zamożni i zdrowi, seksualnie dobrani. Tyle że nie mieli sobie nic do powiedzenia. A bez wymiany idei nie było już dla niej życia. Wróciła do parafii, gdzie wrzało i gdzie spotkanie - o zbrodniach Stalina, wojnie w Wietnamie, emigracji - goniło spotkanie. Był jednak temat tabu: kobiety. Zapisała się do sekcji żeńskiej Akcji Katolickiej. Ale spotkania prowadzi ksiądz. O niepożądanej ciąży nie da się przy nim mówić.

Początkiem był Maj '68

W '68 zbuntowała się i wyszła rozdawać ulotki. W kostiumie Coco Chanel, na wysokich obcasach i z kolią sztucznych pereł na szyi, które z czasem miała zamienić na spodnie i buty na płaskim obcasie. Podgrzewała obiad i odbierała dzieci ze szkoły. Potem rzucała fartuch, biegała po wiecach i uczelniach - i chłonęła. Francja wrzała, nic już nie było święte. Grzeczne dziewczynki pisały ulotki, chłopcy z dobrych liceów jeździli do fabryk, a niektórzy do dalekich krajów, by tam robić rewolucję. Starej mieszczańskiej Francji, pełnej hipokryzji, nie ruszyła okupacja. Kolaboracja oszczędziła ją i sprawiła, że mogła przetrwać bez większych zmian. Dopiero '68 to przewietrzył. - Maj '68 to było nasze francuskie Zesłanie Ducha Świętego - opowiada. Debaty, wiece, manifesty. Francja zerwała z obłudą. - Kobiety zaczęły mówić - wspomina. - Słowo czyni wolnym. Poczułyśmy się silne.

O czym mówiły? O facetach, o ich świecie, w którym kobieta rodzi i wychowuje dzieci i nic jej się za to nie należy. O rodzinie, w której chłopiec jest zdolny, a dziewczynka grzeczna. O tym, że ich koledzy rewolucjoniści spychają na nie czarną robotę. Że to oczywiste, że po wydrukowaniu ulotek, zaparzeniu kawy, a też przypilnowaniu dzieci rewolucjonistki pójdą z nimi do łóżka. To nie tak, odpowiedziały im. Teraz wy posłuchajcie nas. I zaczęły rozmawiać o ciele, którym chcą rządzić proboszcz, polityk i lekarz, o swoich prawach, również do przyjemności: to nie tylko narzędzie do rodzenia dzieci, mamy prawo do orgazmu. Z tego buntu wewnątrz buntu '68 narodził się francuski feminizm. Sama Thér `ese działa w ruchach feministycznych od 30 lat. Rozwiodę się - postanowiła. Nie miała zawodu i wykształcenia, dzieci chodziły do szkoły. Czy nie żałuje dziś decyzji? Nie, rozwody to dobra rzecz. - Starszy syn zaprosił mnie potem na obiad. Spytał, czemu tak długo czekałam? 'Z waszego powodu' - odpowiedziałam.

Alimenty nie wpływały. Mama i jej czwórka smażyli naleśniki na sto sposobów i byli szczęśliwi. Trzeba było jednak z czegoś żyć. Kto zatrudni 40-letnią kobietę bez studiów? Została sprzedawczynią w Le Printemps. Po '68 wszystko było dozwolone. W życiu nadal ponętnej brunetki pojawiło się dużo mężczyzn i kobiet. Mówi rzeczy, które nie przystoją, przynajmniej jeszcze nie dziś nad Wisłą. I nie w ustach 80-latki. Słucham zaskoczona i zakłopotana. O jej buncie wobec Kościoła, który kobietom narzuca rolę matki. Gdy mówię mojej rozmówczyni, że 'Gazeta Wyborcza' namawia 60-latków do seksu, dziwi się. We Francji 60-, a nawet 70-latek nie uważa się za starego. Poprawność polityczna każe mówić o 'pokoleniu między dwoma wiekami' (średnim i starszym, który zaczyna się, jak z tego wynika, około osiemdziesiątki). Mówi, że jej ostatni związek, z kobietą, zakończył się dwa lata temu. Ciepło, które z niej emanuje, nie jest babcine. Jest piękna i promienna, bo pozostała kobietą. I to zmysłową. Ma przygody, choć ma poczucie miary. Do sześćdziesiątki miała kochanków młodszych od siebie. Potem wybierała równych wiekiem. - Seks w starszym wieku nie jest już o namiętności, ale o czułości - mówi. - Chodzi o to, by się przytulić, poczuć ciepło drugiego człowieka.

Bankiet u Teresy

Choć trzeba przyznać, że robić rewolucję we Francji to całkiem miłe zajęcie. Burze mózgów przy piwie z pianką i kir royal, burzliwe debaty i erotyczne przygody w eleganckich posiadłościach pod Paryżem. Lewica czy prawica - Francja ma bowiem kasę, dobry gust i ładne nieruchomości. - Moje życie było cudowne - wzdycha. Wir akcji, projektów, wydarzeń kulturalnych i artystycznych trwa do dziś. Nie przerwała go nawet upadłość jej firmy. W 1985 r. mały butik, który prowadziła z przyjaciółką od lat, splajtował. Zgłosiła się po zasiłek dla bezrobotnych. Należał jej się do emerytury, którą dostała, gdy skończyła 65 lat. Wynosił 650 euro. Za te pieniądze w swoim mieszkaniu zaczęła organizować kolacje połączone z debatą. W mocno feministycznym sosie: o seksualności, o ciele, kobietach w Biblii i Koranie. Każdy płacił za wstęp i zaczęło się kręcić. We francuskim stylu nazwała imprezę Warsztatem Utopii. Z czasem chętnych było tyle, że trzeba było zarezerwować jedną z restauracji. Francja kocha gadać, w kraju Woltera filozofia to jeden z obowiązkowych przedmiotów na maturze. Na debaty zapraszano wszystkich - od kloszarda po profesora. Feta u Teresy stała się miejscową instytucją i została zarejestrowana jako stowarzyszenie.

W 1999 r. założyła Dom Kobiet. Są trzy takie domy w Paryżu, wszystkie założyły organizacje feministyczne. W Montreuil są za darmo kursy komputerowe, angielskiego, twórczego pisania. Festiwale, warsztaty artystyczne i konferencje. Wszystko na wesoło, jedząc i bawiąc się. - Idea to pomóc kobietom i przywrócić im poczucie własnej wartości, ale nie w atmosferze nieszczęścia - pisze autorka biografii Thér `ese Clerc, Danielle Michel-Chich. Może tu wejść każda powyżej dwunastu lat, porozmawiać z dyżurną feministką (przy okazji profesjonalną terapeutką) i uzyskać pomoc.

- Faceci nie są nam do niczego potrzebni - zapewnia. - Może jednak trochę są - oponuję nieśmiało. - A skąd wziąć dzieci? - Nauka ma już na to odpowiedź - słyszę. Młodsze feministki, które nas słuchają, są mniej radykalne. - Koledzy są w porządku, da się z nimi o wszystkim rozmawiać - mówi jedna. Po rozwodzie poradziła sobie bez męskiego ramienia. Potrafi wszystko i uważa to za naturalne. Gotować, wystroić stół, haftować, a jeśli trzeba - zawiesić półkę. A rodzina? Ma czternaścioro wnuków i prawnuka. Czy rola babci nie jest wymarzona dla kobiety? Owszem, wypełnia obowiązki. Gdy jednej z córek urodziło się autystyczne dziecko, babcia pomagała. - Ale bycie babcią nie za bardzo mnie kręci - mówi. Ma jedną ulubioną wnuczkę, która też mieszka w Montreuil i z którą się spotyka. Ale nie dlatego, że to rodzina, lecz towarzyszka walki. - Ta mała o coś walczy - mówi z aprobatą. Wnuczka rzuciła szkołę w wieku 17 lat, mówiąc rodzicom, że ją nudzi i że jedzie do Ameryki uczyć się angielskiego. - Wróciła kwitnąca, z dobrym angielskim, pełna pomysłów - mówi babcia.

Starzy na pomoc światu

Baby-Jagi wybierają się na spotkanie z licealistami. Zaprosili je uczniowie samorządnego paryskiego liceum, którym rządzi rada uczniów i nauczycieli. Jest o czym rozmawiać. 'Macie te same zasady co my, tyle że wy macie 20 lat, a my 80 - to dobrze' - odpisuje im Thérese. Nazywa to obywatelskim dialogiem pokoleń. Bo dzisiejszy świat wymaga zmian. Obecny model zawiódł, konsumować i zaśmiecać planetę to żadne wyjście, społeczeństwa się starzeją. Tę rewolucję szykują we Francji starzy, weterani '68. Zdaniem Thér `ese najbardziej twórczy pozostali ludzie w przedziale wiekowym od 50 do 80 lat. - Na razie panuje spokój, ale jeśli pojawi się nowy ruch rewolucyjny, to nie beze mnie - mówi. Na pożegnanie mówiłyśmy znowu o jej starości. - To piękny wiek - upierała się. - Nie musisz już niczego nikomu udowadniać, niczego udawać, tylko być. Starzeć się długo to dobrze, starzeć się dobrze jeszcze lepiej - przekazała mi wymyślone przez siebie hasło Bab-Jag. Głosiła pochwałę starości. Na zbliżający się kres patrzy z pogodą. Nie szykuje się jednak umierać. Z jej kalendarza wynotowałam dwa tygodnie z jej życia. Poniedziałek - Berlin, przyjechała na tydzień do swej przyjaciółki Gudrun, kobiety jej życia. Wtorek - spotkania z feministkami niemieckimi. Czwartek w Montreuil - organizuje pokazy filmów o starości zwane Festival des Cannes, czyli lasek. Piątek i sobota - w Breście, gdzie powstaje inny dom Bab-Jag. Niedziela - początek dwudniowego kolokwium 'Władza i starość' i wywiad dla radia France Culture. W międzyczasie przyrządziła nougat glacé dla 20 osób. Był pyszny.

Źródło: Wysokie Obcasy

W numerze z 4 września