http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Niby-mama, niby-córka

Urszula Jabłońska
10.05.2009 , aktualizacja: 12.05.2009 10:11
A A A Drukuj
Kiedyś, jak ludzie brali nas za matkę i córkę, Ada krzyczała: 'To nie jest moja mama!'. 
Ja też się tłumaczyłam. Teraz tylko patrzymy na siebie porozumiewawczo zdjęcia Monika Bereżecka, Monika Redzisz/Zorka Project Kiedyś, jak ludzie brali nas za matkę i córkę, Ada krzyczała: 'To nie jest moja mama!'. Ja też się tłumaczyłam. Teraz tylko patrzymy na siebie porozumiewawczo
Pojawił się dylemat, czy ja mam nocować u niego, gdy jego córka tam śpi. Sama zaproponowałam, że nie, bo mała będzie w nocy przychodzić do łóżka, a tam jakaś obca baba
Angus, Hania, Kasia, Joanna i Robert. 
Joanna: 'Poznałam Brytyjczyka starszego o siedem lat, 
szalenie inteligentnego i kulturalnego. 
Dowiedziałam się, 
że przyjechał tu z powodu dzieci. 
Jego żona - Polka - zmarła na nowotwór, a on jej obiecał, że wychowa dzieci w Polsce. Pomyślałam sobie: 
Jaki fajny facet!'
zdjęcia Monika Bereżecka, Monika Redzisz/Zorka Project
Angus, Hania, Kasia, Joanna i Robert. Joanna: 'Poznałam Brytyjczyka starszego o siedem lat, szalenie inteligentnego i kulturalnego. Dowiedziałam się, że przyjechał tu z powodu dzieci. Jego żona - Polka - zmarła na nowotwór, a on jej obiecał, że wychowa dzieci w Polsce. Pomyślałam sobie: Jaki fajny facet!'
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY

Czas zastąpić słowa "macocha", "ojczym", "pasierb/ica" mniej sztywnymi i nieprzyjemnymi. Wymyślmy je razem. Przysyłajcie propozycje z hasłem "nowa macocha" e-mailem na: obcasy-p@agora.pl lub pocztą: "Wysokie Obcasy", Czerska 8/10, 00-732 Warszawa. Czekamy do 18 maja.



Dorota, lat 31, macocha całodobowa 9-letniej Ady

'Kopciuszek' to pierwsze skojarzenie. Macocha to ktoś, kto robi niefajne akcje. Ada mówi do mnie Dorotka, a czasem 'niby-mama', ja na nią różnie, czasem 'niby-córka'. No bo jak powiedzieć do takiego słodkiego kurczaka: "Pasierbico"? Trzeba poprosić profesora Miodka, żeby wymyślił nowe słowo. Mama Ady umarła rok temu. Tatę widywała najczęściej w weekendy, a tu nagle okazało się, że niedługo będzie z nim mieszkać. Mnie nienawidziła, jeszcze zanim się poznałyśmy, za to, że jestem dziewczyną taty. Czasem jej się wyrywało, że kobieta, z którą tata był poprzednio, to najgorsza osoba na świecie, więc się nie dziwiłam. Bardzo poważnie potraktowaliśmy moje pierwsze spotkanie z małą. Wymyśliliśmy, że najlepiej będzie spotkać się w majówkę w moim domku na wsi. Przyjęliśmy zasadę, że na początku nie będziemy się przy niej przytulać i całować. Cierpieliśmy katusze, ale było warto. Ada miała szansę mnie poznać nie przez pryzmat ojca. Zabrałam ją na spacer, a ona powiedziała, że nie jestem aż taka beznadziejna, jak jej się wydawało. Potem jeszcze długo bywała złośliwa. Walczyła o swoje miejsce. Obrażała się, jak tata zrobił mi więcej zdjęć niż jej, chodziła za nami i pilnowała, żebyśmy się nie przytulali. Jak siadaliśmy na kanapie, ładowała się między nas. Wypytywała, kogo tata najbardziej kocha. Zawsze chórem mówiliśmy, że Adę. Zapewniałam ją, że jak tylko zobaczę, że mnie kocha chociaż trochę bardziej niż ją, to mu natychmiast dokopię. Potem doszła mama. Zaciskałam zęby i mówiłam, że najbardziej tata kocha Adę, potem mamę, a na końcu mnie.

Na początku była bardzo zamknięta w sobie. Postanowiliśmy z jej tatą reagować, jak tylko się zamykała w sobie czy ryczała. Mówiliśmy: 'Każdy ma kłopoty i lepiej rozwiązuje się je w trzy głowy'. To trwało miesiące. Ale teraz sama przychodzi i mówi: 'Dorotka, jest kłopocik', i nawija. Pewnego dnia usiadła na kanapie z boku, nie między nami. Coś się przełamało. Teraz przechodzi okres jakby fascynacji mną. Spytała mnie nawet, czy nie jestem jej mamą, czy mama się nie wcieliła we mnie. Powiedziałam, że nie, że jestem Dorotką. Już umiem obcinać dziewięcioletnie paznokcie i to jest coś. Oboje z jej tatą zostaliśmy rodzicami z dnia na dzień, tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego. Na początku była degrengolada. Dla Ady to było nowe miasto, nowa szkoła, nowa rodzina, a my nie wiedzieliśmy nawet, o której godzinie takie maluchy chodzą spać. Oboje pracujemy w domu. Postanowiliśmy, że mała musi przeprowadzić się do nas dwa tygodnie przed początkiem szkoły, żebyśmy się zdążyli nauczyć, jak 1 września wstać na ósmą. Potem okazało się, że trzeba wstawać codziennie. A potem odstawić Adę do szkoły, robić obiad, zaprowadzić na lekcję gry na pianinie, na zbiórkę zuchów, pomóc odrobić lekcje, zapakować do kąpieli, wrzucić do łóżka i coś przeczytać. Wpadłam w to z totalnie lajtowego życia - jak nie było kasy, to jadłam obiad u rodziców, jednego dnia spałam, drugiego coś robiłam. Myślę, że Ada sobie świetnie poradziła z całą tą sytuacją. Czasami tylko 'wyprowadza swoje smoki na spacer'. Robi wrzask, płacz i histerię, jakby bez związku z sytuacją. Odreagowuje to, co ją spotkało. Do tej pory do ślubu miałam stosunek, że mogłabym, ale po co? Jak mamy być razem, to będziemy.

Teraz wiem, że mogę to zrobić też dla małej. Stąd decyzja - robimy to. Ale Ada powiedziała, że nie zgadza się na ślub, bo będziemy się całować. Więc tłumaczyliśmy jej, że ślub nie będzie w kościele, tylko w urzędzie, i że wcale nie musimy się całować. Obiecała, że przemyśli. Z dzieckiem też musimy poczekać, bo się zarzekła, że jak będzie dziecko, to się wyprowadza. Kilka dni temu oznajmiła, że dziecko może być adoptowane, najlepiej chłopiec, i to młodszy. I jak musimy, to ten ślub możemy wziąć. Nie myślę o Adzie 'moja córeczka' i nie wiem, czy ten dzień w ogóle nadejdzie, ale na pewno jesteśmy coraz bliżej. Kiedyś, jak ludzie brali nas za matkę i córkę, Ada krzyczała: 'To nie jest moja mama!'. Ja też się tłumaczyłam. Teraz tylko patrzymy na siebie porozumiewawczo.



Katarzyna, 29 lat, macocha dochodząca 3-letniej Gosi

Ja chyba nie zaakceptowałam do końca tego, że on ma dziecko. Intelektualnie przyjęłam to, ale emocje zmieniają się w zależności od tego, jak dużo czasu spędzamy razem, jaki ona ma humor, a jaki ja. Nawet gdy jest miło i ciocia jest kochana, towarzyszy mi myśl, jak inaczej wyglądałoby nasze wspólne życie bez niej. Z Piotrem znaliśmy się od dawna, bo pracujemy razem. Któregoś dnia wymieniliśmy się telefonami w służbowej sprawie, potem umówiliśmy się ze znajomymi i od razu zaczęliśmy się spotykać. Wiedziałam, że ma żonę, więc myślałam, że wypiję z gościem parę kaw i do widzenia, a potem będę chodzić i jęczeć, dlaczego wszyscy fajni faceci muszą mieć żony. Ale on zdecydował, że się rozwodzi. Wynajął mieszkanie i wyprowadził się w dwa tygodnie. Ani na chwilę nie postawił mnie w sytuacji romansu z żonatym facetem. Przy drugim czy trzecim spotkaniu zobaczyłam w samochodzie fotelik. Spytałam, jakie ma dziecko, powiedział, że dwuletnią córkę, i skończyliśmy rozmowę. To pewnie był czas, żeby się zastanawiać, czy w ogóle w to wchodzić, ale jak człowiek jest zakochany, nie będzie przecież racjonalnie myślał. Potem okazało się, że od kiedy się wyprowadził z domu, spędza z dzieckiem o wiele więcej czasu niż przedtem. Spotykał się z Gosią najczęściej w swoim byłym domu, więc ja nie mogłam w tym uczestniczyć. Był z nią do wieczora, a ja czekałam. Czułam, że dziecko zajmuje mój czas. Bałam się ją poznać. Obawiałam się, że będę zazdrosna, że jak jestem obok, to on zajmuje się dzieckiem. Czekaliśmy, aż nadarzy się naturalna sytuacja. Nadarzyła się po pół roku. Byli na placu zabaw i ja tam przyszłam. Okazało się, że podczas takich pojedynczych spotkań w ogóle nie miałam z obecnością Gosi problemu. Jest nieśmiałym, miłym dzieckiem, niezbyt wylewnym, więc upłynęło trochę czasu, zanim zaczęła na mnie reagować.

Problemy pojawiły się, kiedy Gosia zaczęła nocować u Piotra. Jej mama znalazła sobie nowego partnera, mają małe dziecko. Piotr codziennie odwozi małą do przedszkola, potem ja odbiera i nieraz spędza z nią czas do wieczora. I pojawił się dylemat, czy ja mam nocować u niego, kiedy ona tam śpi. Sama zaproponowałam, że nie, bo mała będzie w nocy przychodzić do łóżka, a tam jakaś obca baba. To nie był najlepszy pomysł. Czułam się potwornie samotna: dzisiaj Gosia u niego, to ja mam sobie pójść. Kiedy mała miała nocować cały tydzień, Piotr uznał, że jednak powinnam zostać.

Gosia mówi do mnie 'ciocia'. Tata tak chciał, bo uznał, że jak będzie mówić do mnie po imieniu, to będzie traktować mnie jak koleżanki. Czasami ciocia jest fajna, czasami nie jest fajna i nie wiem, z czego to wynika. Mówi: 'Ciocia, ty tu nie siedzisz, tam siedzisz!'. Ruszam jakiś przedmiot i jest awantura: 'To mój kocyk!!!'. Obrażam się na nią. Nie umiem sobie wytłumaczyć, że to tylko dziecko. Z kolei kiedy mówi: 'Ciocia nie idzie! Ja z tatą idę!', to mam paranoję, że mnie nie zaakceptuje, że muszę się jej przypodobać. Ale są też takie sytuacje, kiedy mówi: 'Tata nie czyta! Ciocia czyta!'. Z ciocią można skakać po łóżku, bo tata nie skacze. Z ciocią można ukrywać się przed niewidzialnymi wilkami i usypiać niewidzialne pieski, jeździć po dużym pokoju pociągiem i na nartach. Ale czasem sobie coś przypomina i wolałaby, żeby mnie nie było. I, niestety, te momenty najbardziej mi zapadają w pamięć.

Uświadomiłam sobie, że ona zachowuje się w stosunku do mnie w ten sam sposób co w stosunku do innych, tylko mnie trudniej jest się z tym pogodzić. Zrozumiałam, że mam wobec małego dziecka takie same wymagania jak wobec dorosłych, to niedorzeczne! Okazało się, że to właśnie o to chodzi. Nie wolno brać wszystkiego do siebie, trzeba zająć się własnym życiem, które przez tę nagłą, wielką, obciążoną problemami miłość trochę zaniedbałam. Przecież to i tak Gosia ma najgorzej, bo jej rodzice się rozstali. Mama już nie poświęca jej zbyt wiele czasu i trzeba jej dać trochę czułości. Powoli wszystko zaczęło się normować, tylko czasem mam refleksję, że jak będziemy brali ślub, to dla niego będzie drugi ślub. Nie będzie ze mną odkrywał kolejnych etapów w życiu. Zawsze chciałam mieć dzieci i teraz to się nasiliło. Na razie to niemożliwe, bo muszę się trochę w życiu ustatkować. Piotr wie, że tego chcę, i mam nadzieję, że to uszanuje. Dziecko by mnie ukonstytuowało. Teraz czuję się sama - ktoś inny ma z nim dziecko, a ja nie.

Hania Rzepińska, 35 lat, matka 1,5-rocznego Tymka, macocha całodobowa 18-letniej Mańci i okazyjna 11-letniej Lenki (mają inne matki)

Wracaliśmy busem z wakacji w upał, z tobołami, zasikanym Tymkiem i nagle Lenka zadzwoniła, że jest w Warszawie. Pojechaliśmy po nią, była z siostrą z kolejnego małżeństwa mamy. W domu czekała Mańcia, która z nami mieszka. Nagle zobaczyłam u siebie czwórkę dzieci, z czego tylko jedno moje, i pomyślałam: 'A przecież mogło być tak zwyczajnie!'. Zrobiliśmy dużą pizzę na kolację.

Z Marcinem poznaliśmy się dziewięć lat temu w pracy. Mańcia miała wtedy dziesięć lat, mieszkała z mamą w Niemczech. Jak przyjeżdżała do Marcina, zabierał ją do pracy. Trzymała go za rączkę, mnie za rączkę. Jeszcze nie byliśmy do końca parą, a ona już przesiadywała mi na kolanach. Kiedy miała 16 lat, jej mama zdecydowała, że się przenoszą do Gdańska. Mańcia była punkiem, miała chłopaka punka z dwoma psami, jej marzeniem było mieszkać w Niemczech. W Gdańsku nie miała znajomych, to było dla niej jak kara. Pojechała na festiwal punkowy. Siedzieliśmy w chałupie na Mazurach, zasięg był tylko w stodole, a tu nagle telefon, że Mańcia nie wróciła. Marcin pojechał do Hamburga i szukał jej razem z jej ojczymem. W końcu zadzwonił ktoś z policji z Holandii, że znaleźli córkę. Jak ją odbierał, powiedziała: 'I tak miesiąc mi się udało!'. W Gdańsku nie chcieli jej przyjąć do żadnej szkoły, bo miała kolczyki, kolorowe włosy. Była w totalnej depresji, zamykała się w pokoju, słuchając agresywnego niemieckiego punk rocka. Baliśmy się, że znowu ucieknie. A w Warszawie spędzała wakacje, miała znajomych.

Sama zaproponowałam, że może z nami mieszkać. Pewnie gdybym napisała sobie na kartce plusy i minusy, to decyzja byłaby o wiele trudniejsza, ale czułam, że to dla Mańci naprawdę ważny i pewnie najtrudniejszy moment w życiu i trzeba jej pomóc. Urządziliśmy jej pokój w naszej sypialni, dzień przed jej przyjazdem skręcałam jakieś stare biurko. My spaliśmy w salonie na rozkładanej kanapie. Udało się jej znaleźć fajne liceum, w którym stawiają na indywidualność uczniów. Polubiła je. Mama Mańci płaci alimenty, czasem, jak przyjeżdża do Warszawy, zatrzymuje się u nas. Wydawało się jej, że nie muszę wchodzić z Mańcią w relacje rodzic - dziecko, ale chyba czasem jestem taką zrzędzącą niby-mamą. Ustaliliśmy z Marcinem, że mam takie samo prawo do podejmowania decyzji, też mogę poprosić ją o wyrzucenie śmieci. W naprawdę ważnych kwestiach odsyłam ją do Marcina. Mańcia przyjęła to, ani razu nie powiedziała: 'Nie jesteś moją matką, zapytam tatę'. Zwraca się do mnie po imieniu, ale czasem, jak dzwoniła do pracy, przedstawiała się jako córka. Po roku pojechała na wakacje do Niemiec i stwierdziła, że już nie chce tam wracać. Potem miała coraz mniej kolorowych włosów, czasem nawet pożyczała ode mnie ubrania albo oddawała mi swoje. Wszystko zaczęło być zwyczajnie. Ten czas, kiedy miałam poczucie misji, był trudny, pełen nieprawdopodobnych przygód i nie zawsze miłych niespodzianek. Byłam w ciąży, w trakcie przeprowadzki i remontu nowego mieszkania, ale miałam dużo siły.

Dziś żyjemy spokojnie, burze minęły. Spieramy się o wyrzucanie śmieci i nieumyte szklanki jak każda rodzina. Mańcia wydoroślała, ma swoje życie, silne poczucie niezależności. Jej problemy stały się moimi problemami. Jak jej nie powiem, że robi coś, co nie jest dla niej dobre, to potem nie mogę spać. Mam starsze koleżanki w pracy, z którymi razem przeżywamy maturę i studia dzieci. Czasem czuję się, jakbym miała więcej lat niż w rzeczywistości. Muszę być zawsze konsekwentna i poprawna. A czeka mnie jeszcze wychowanie Tymka. Są plany, że Mańcia wynajmie ze znajomymi mieszkanie. Lenka - młodsza córka Marcina - jak przyjeżdża, spędza czas głównie z Marcinem, rzadko się spotykamy.

Agnieszka, 33 lata, macocha dochodząca 6-letniej Kamili

Bardzo bym chciała, żeby ta sytuacja była normalna, a nie nasączona jadem i nienawiścią. Nie muszę się przyjaźnić z jego byłą, ale chciałabym, żeby Maciek mógł chociaż odebrać Kamilkę z przedszkola, żebym ja też mogła to zrobić. Kama nie może zostać u nas na noc, nie możemy z nią nigdzie wyjechać. Nie może przynieść nic od nas do domu - zabawki ani gumki do włosów. Wszystko, co jest po naszej stronie muru, jest złe. Mała mnie uwielbia, zawsze pakuje mi się na kolana, przytula się do mnie. Mówi, że jestem jej najlepszą przyjaciółką. Zwraca się do mnie po imieniu, ale czasami jej się myli i mówi 'mamo'. Z Maćkiem oboje jesteśmy po przejściach. Mój związek trwał 12 lat, jego 10. Poznaliśmy się półtora roku temu w bardzo romantycznych okolicznościach. Po dwóch tygodniach od pierwszego spotkania wiedziałam, że to jest to. Zamieszkałam u niego. Był dwa lata po rozwodzie. Jego była żona odeszła do innego faceta i wiem, że bardzo to przeżył. O dziecku powiedział mi na samym początku. Bałam się, że Kama będzie mnie traktowała jak wroga, jak kogoś, kto zabiera jej ojca. Tydzień po tym, jak się wprowadziłam, poprosiłam Maćka, żeby spytał Kamilę, czy ma ochotę mnie poznać. Powiedział jej, kim jestem, ile dla niego znaczę, i zdecydowała, że bardzo chce mnie poznać. Pierwszy dzień był miły, ale nieustannie mnie obserwowała. Starałam się nie narzucać. Kiedy widziałam, że siedzi z ojcem i szepce mu coś do ucha, to szłam do kuchni. Za parę minut przybiegała i prosiła, żebym usiadła z nimi na kanapie. Nie musiałam przełamywać żadnych lodów, po prostu bawiłam się z nią, opowiadałam o sobie.

Miałyśmy jeden kiepski moment, kiedy miałam wrażenie, że Kama ma do mnie żal, że to ja jestem z jej tatusiem, nie mamusia. Była opryskliwa, obrażalska. Ale to szybko minęło. Czasem jednak mówi takie rzeczy, że jesteśmy w szoku. Latem przymierzyła moją białą sukienkę. Wyglądała jak w sukni ślubnej i oczywiście pochwaliła się mamie. Przy następnym spotkaniu powiedziała, że nie może zakładać moich rzeczy, bo się czymś zarazi. Zrobiłam jej kiedyś kucyk, a Kama na to: 'Mama nie życzy sobie, żebyś mnie czesała, bo możesz mieć choroby we włosach'. Innym razem usłyszałam: 'Mamusia nie pozwala mi jeździć z tobą samochodem, bo nie umiesz prowadzić'. Mówimy, że będziemy szanować zdanie mamusi, mimo że jestem czysta, zdrowa i umiem prowadzić. Chociaż czasem się w nas gotuje. Myślę, że ona próbuje zniechęcić Kamę do ojca, wykorzystując mnie. Nie chce do niego wrócić, tylko uruchomił się w niej syndrom psa ogrodnika. Chce, żeby Maciek nadal ją kochał, żeby był nieszczęśliwy. Odeszła od męża, a to jemu się ułożyło. I w dodatku córka uwielbia jego nową narzeczoną. A ona szczerze mnie nienawidzi. Widziała mnie raz w życiu przez pięć minut. To było na samym początku. Spotkałyśmy się przypadkiem i przedstawiłyśmy sobie, po czym ona odwróciła się na pięcie i odeszła. Powiedziałam Maćkowi, że może powinnam się z nią spotkać, pogadać przy kawie i ciastku, żeby mnie poznała i zobaczyła, że jestem czysta i normalna. Maciek jej to proponował, ale ona twierdzi, że nie jest gotowa. Kamila jest bardzo inteligentna i spostrzegawcza i z pewnością zauważa niefajne podejście matki. Im będzie starsza, tym bardziej będzie to widzieć. Mam nadzieję, że matka Kamy zmieni się, jak znajdzie prawdziwą miłość i będzie szczęśliwa. Wciąż czekam, aż będzie normalnie.

Joanna Burbridge, 49 lat, macocha całodobowa 21-letniej Kasi i 18-letniego Roberta, babcia-macocha rocznej Hani

Jak to, nie mam własnych dzieci? Przecież to są moje dzieci! Dziesięć lat je wychowywałam. Mówię o nich 'córka' i 'syn'. Strasznie mnie bolało, kiedy odkryłam, że Kasia mówi o mnie do koleżanek 'macocha', ale ktoś mi zwrócił uwagę, że dla niej to jest powód do dumy. Była wtedy na etapie czarnych ubrań i glanów. Do mnie zwraca się z angielska Jo albo Joana, a Robert nazywa mnie mamą.

W wieku 38 lat byłam sama i wydawało mi się, że już tak zostanie, że jestem pojedyncza z natury. Byłam w kilku związkach, ale nie prowadziły do niczego głębszego. Chciałam mieć dzieci, nawet próbowałam, ale nie mogłam zajść w ciążę. Potem okazało się, że mam ukrytą nadczynność tarczycy i pewnie już mi się nie uda. I nagle łubu-du. Poznałam Brytyjczyka starszego o siedem lat, szalenie inteligentnego i kulturalnego. Współpracował z moją firmą, zaczęliśmy się spotykać. Dowiedziałam się, że przyjechał do Polski z powodu dzieci. Jego żona - Polka - zmarła na nowotwór, a on jej obiecał, że wychowa dzieci w Polsce. Pomyślałam sobie: 'Jaki fajny facet!'.

Długo go namawiałam, żeby przyprowadził dzieci na randkę. Potem dowiedziałam się od Kasi, że oni też namawiali tatę, żeby nas ze sobą poznał. Pierwsze spotkanie sprowokowałam. Powiedziałam, że jedziemy na konie, bo wiedziałam, że Angus zabierze tam dzieci. No i zobaczyłam takie pączuszki. Mieli wtedy 9 i 13 lat. Byli bardzo otwarci, ale widać było, że są wymęczeni i zagubieni. Kasia starała się dużo być przy tacie. Jak wychodził na taras, na którym czytałam, to natychmiast się zjawiała. Cieszyło mnie, że chce kontaktu z ojcem. Nie byliśmy jeszcze poważną parą, może po trzech wspólnych weekendach, kiedy Angus dostał ataku na ulicy i okazało się, że ma cukrzycę typu 1 - człowiek bez zastrzyków z insuliny umiera. Potoczyła się lawina. Umarła babcia, która zajmowała się dziećmi. Została opiekunka i ciotka, która deprecjonowała Angusa jako ojca, mówiła, że sobie nie poradzi. Nagle okazało się, że nie mogę już tego związku traktować jak flirtu. Postanowiłam się wprowadzić i opanować ten chaos. Od razu wskoczyłam w rolę matki. To była rewolucja, wszystko zaczęłam ustawiać po swojemu. Angus jest typowym Brytyjczykiem - najchętniej spotykałby się z dziećmi tylko wieczorem na rozmowę przy herbacie. A dzieci były pogubione. Robert był uzależniony od telewizora, miał kłopoty w szkole. Mówiłam: 'Nie oglądasz więcej telewizora! Pokaż mi, co masz na jutro zadane!'. I zaczynała się awantura, ale nie odpuszczałam. Kasia była w okresie buntu. Na informację, że tata leży w szpitalu i nie może przyjechać, odpowiadała: 'To ile on jeszcze będzie chory?!'. Z jednej strony była samodzielna i niezależna, a z drugiej strony to było dziecko, które potrzebuje ciepła i pomocy. Nie mogłam do tego dziecka w niej dotrzeć. Jeździłam do psychologa, by nauczyć się radzić sobie z nią. Niektóre obowiązki mamy były dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Kiedy Kasia się pakowała na obóz harcerski i prosiła, żebym jej pomogła, ja nie miałam pojęcia, co robić. W końcu spóźniłyśmy się na autobus i musiałyśmy go gonić.

Na pewno popełniałam mnóstwo błędów. Za dużo było presji. Wymagałam, zamiast przytulać, nie miałam takich odruchów. Jak coś zbroiły i nakrzyczałam, to miałam wyrzuty sumienia. Myślałam: 'Te dzieci tyle przeszły, a ja jeszcze na nie krzyczę...'. Potem znajdowałam nad drzwiami zawieszone serce z napisem: 'Mamusiu, bardzo cię przepraszam'. Czułam, że mnie potrzebują. W pewnym momencie okazało się, że Angus ma zaawansowany nowotwór gardła i operacja jest już niemożliwa. Miał radioterapię, chodził z broczącą raną na szyi. Jak był w szpitalu, sama zajmowałam się dziećmi. Były momenty, kiedy myślałam, że wyjdę z tego domu i nie wrócę, ale generalnie miałam nadprzyrodzony power. Nie było we mnie ani cienia wątpliwości, że to się dobrze skończy. Miałam rację. Jednak kiedy Angus wyzdrowiał, był bardzo negatywnie nastawiony do życia. Znowu musieliśmy o niego walczyć. Padła firma, w której pracował, próbował sił jako freelancer, ale nie było mu z tym dobrze. Doradziłam mu, żeby coś zupełnie zmienił w swoim życiu. Zajął się mozaikami z marmuru. Trudno jeszcze ogłosić sukces, ale wszystko zmierza w dobrym kierunku. Ślub wzięliśmy po trzech latach. Mnie zależało na tym z powodów religijnych. Po trzydziestce odkryłam, że wiara jest dla mnie bardzo ważna. Miałam też problem z dziećmi. Na wywiadówki chodziłam ja, bo Angus nic by nie zrozumiał. Jedna pani dyrektor mnie akceptowała, a inna dziwnie patrzyła. Dzieci bardzo się ucieszyły, że będzie ślub. Na początku mieliśmy panią, która się zajmowała domem. Ale to nie było najlepsze rozwiązanie dla dorastających dzieci - nie uczyły się szacunku dla czyjejś pracy. Przenieśliśmy się do domu moich rodziców. Potem kupiliśmy dom obok nich. Córka wyszła za mąż za chłopaka, którego zna od 15. roku życia, mają roczną córeczkę, mieszkają w akademiku, zarabiają tłumaczeniami. Studiuje stosunki międzynarodowe i filozofię. Dojrzała, mam z nią coraz lepszy kontakt. Robert mieszka z nami, szykuje się do matury. Teraz nasze życie to już sam miód i malina.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się