Była Gwiazdka 1956 roku, kupił pan żonie pluszowego misia i wpadł na pomysł napisania książki o Paddingtonie. Jak zmienił się świat przez ten czas?
Od pierwszej publikacji książki o Paddingtonie, czyli dokładnie od 50 lat, świat nieustannie się kurczy. Podróże lotnicze sprawiły, że kraje są bliżej siebie. Chciałem, żeby Paddington pochodził z mrocznych zakątków Peru, bo było ono wtedy tak daleko. Dziś nieustannie dostaję listy od szkół, w których dzieci opisują wakacyjne wycieczki w Andy. To z jednej strony wspaniałe, a z drugiej przykre, bo wszystkie miejsca na ziemi stają się powoli takie same. Przepływ informacji przyspieszył do tego stopnia, że często o tym, że coś się wydarzyło po drugiej stronie świata, wiemy wcześniej niż ludzie, którzy tam żyją. W ogóle życie przyspieszyło. Ludzie wysyłają sobie wiadomości elektroniczne i oczekują natychmiastowej, nieprzemyślanej odpowiedzi. Czas na przemyślenia stał się luksusem.
Przez te wszystkie lata mój miś właściwie się nie zmienił. Nie uległo też zmianie tempo życia jego i jego bliskich. Myślę, że ludzie sekretnie mu tego zazdroszczą. Ja mu zazdroszczę.
Pana córka mówi, że w panu jest wiele z misia Paddingtona.
Nie wydaje mi się, żeby ludzie widzieli siebie samych takimi, jakimi widzą ich inni. Cenię sobie opinie mojej córki, więc nie będę się wykłócał. Jednakże uważam, że pod wieloma względami w Paddingtonie jest więcej z mojego ojca niż ze mnie. Ja jestem na przykład uzdolniony manualnie, a on, podobnie jak niedźwiadek, nie był. Mimo że był człowiekiem o nienagannych manierach i że był ekstremalnie uprzejmy (nawet gdy jeździliśmy nad morze, zawsze siedział w kapeluszu, na wypadek gdyby spotkał kogoś znajomego i chciał mu się ukłonić!), potrafił postawić na swoim i okazać, kto tu rządzi, kiedy tylko tego zapragnął. Paddington również umie walczyć o swoje i wyraźnie mówić, o co mu chodzi. Ja przeciwnie. Zazwyczaj wybieram łatwą drogę i odpuszczam dla świętego spokoju, a potem tego żałuję.
Jak wyglądało pana dzieciństwo?
Urodziłem się w 1926 roku w Newbury. Gdy przyszedłem na świat, ważyłem ponad 11 funtów i najwyraźniej moja matka zadecydowała, że już nigdy nie chce czegoś takiego przeżyć, bo zostałem jedynakiem. Kiedy dorastałem, zwykła wsadzać mnie do miski ze specyfikiem zwanym solą morską Tidmana, co miało ponoć wzmocnić mi nogi. Być może obawiała się, że się ugną pod moim ciężarem. Ale najwyraźniej ta sól zadziałała. Mój ojciec był urzędnikiem, pracował na poczcie. Sześć miesięcy po moich narodzinach został przeniesiony do większego miasta - do Reading, 17 mil od Newbury. Zamieszkaliśmy na końcu szeregu domków szeregowych. Najlepsze w tym było to, że mieliśmy boczne wejście do ogrodu. Życie było proste. Nadal czekaliśmy na wynalezienie telewizora i mieliśmy tylko radio kryształkowe. Gdy ktoś trzasnął frontowymi drzwiami, mały drucik zwany powszechnie 'kocim wąsem' spadał z kryształka i trzeba było ustawiać wszystko od nowa. W tych czasach rozrywki trzeba było sobie wymyślać samemu. Moi rodzice mieli starą skrzynię okrętową, bez klapy, ale oklejoną nalepkami z różnych stron świata. W słoneczne dni pozwalano mi ustawić ją w ogródku, brałem stary kij do krykieta jako wiosło i godzinami, szczęśliwy, opływałem świat. Dom był oświetlany gazem przez kilkanaście lat, zanim podłączono nam elektrycznoś. Kiedy to się wreszcie stało, cała rodzina długo dyskutowała na temat tego, czy potrzebujemy kontaktu w ścianie. Co niby mielibyśmy do niego podłączyć? Wszystko dostarczano wozem konnym, a jeśli potrzebowaliśmy czegoś wyjątkowego, na drugim końcu ulicy znajdował się sklep pani Robinson, która odkrawała plastry z wielkiego żółtego sera, ważyła cukier lub inne sypkie rzeczy i wsypywała to do papierowych rożków. Książki były częścią umeblowania, a czytanie było częścią mojego życia tak samo jak odkręcanie kranu w umywalce. Nie zasnąłbym, gdyby rodzice któregoś wieczoru nie przeczytali mi książki. Zawsze to robili. Oboje byli bardzo dobrymi i miłymi ludźmi i mieli mocno ugruntowane poczucie tego, co jest dobre, a co złe. Wiedzieli, że najcenniejsza rzecz, jaką można dać dziecku, to czas. Najwspanialsze prezenty, jakie dostałem, gdy dorastałem, to kombinezon Meccano (nieistniejąca już od lat 80. firma produkująca w Anglii zestawy zabawek typu mały konstruktor) i zestaw małego stolarza - oba nauczyły mnie, jak konstruować, i dostarczały nieustannie przyjemności. Dla mojego ojca robiłem na każdą Gwiazdkę drewnianą półeczkę na fajki, a dla mamy drewniane puzzle. Ślady piły na naszym stole jadalnym są tego świadectwem. Nic nie jest idealne na tym świecie, ale naprawdę nie wyobrażam sobie wspanialszego dzieciństwa.
Jak radził pan sobie w szkole?
Szkoła nigdy mi się zbytnio nie podobała. Nikomu nigdy nie udało się dać mi satysfakcjonującej odpowiedzi, po co mam się uczyć tych wszystkich rzeczy. Nikomu nie udało się rozpalić mojej wyobraźni. Zawsze cieszyłem się, gdy już mogłem wrócić do domu, by zajmować się własnymi odkryciami i poszukiwaniami, które wkrótce sprowadziły się do robienia odbiorników radiowych i wzmacniaczy. Myślę, że generalnie moi nauczyciele byli mną bardzo rozczarowani. Na cenzurce zawsze było napisane: "mógłby osiągnąć więcej" lub "powinien się bardziej starać".
Kiedy skończyłem dziesięć lat, wysłano mnie do płatnej katolickiej szkoły. Moja rodzina nie uczęszczała zbyt często do kościoła, ale mojej mamie chyba spodobał się kolor mundurków. To był jeden z niewielu błędów, które popełniła w życiu - po każdym lecie kolor płowiał i trzeba było mi kupować nowy mundurek. Skończyłem, nie należąc ani do jednego, ani do drugiego, ani do Kościoła anglikańskiego, ani katolickiego. Dziś często zajmuję stanowisko przeciwne wspólnocie anglikańskiej, od której odrzucają mnie ich wąskie horyzonty, a gdy się znajdę w Kościele katolickim, zazdroszczę tej wspólnocie, że jest taka, jaka jest, robi to, co chce, i wydaje się, wiedzieć coś, czego ja nie wiem. Tak, jak to robią Francuzi.
Miał pan przyjaciół?
W drugiej klasie podstawówki zaprzyjaźniłem się z kilkoma osobami, z których dziś prawie wszyscy już nie żyją, zabrała ich wojna i choroby.
A przyjaciele literaccy?
Moim ulubionym bohaterem był chłopiec o imieniu Billy Butler, który pojawiał się co tydzień w magazynie 'The Magnet'. To była opowieść o fikcyjnej szkole zwanej Greyfriars. Ten chłopiec był raczej antybohaterem: gruby, leniwy, tchórzliwy, uwielbiał kłamać. Naprawdę zasługiwał na kary, które dla niego obmyślano. Historie były prześmieszne i czytałem je do późna w nocy pod kołdrą przy świetle latarki. Wiele się z nich nauczyłem na temat pisania.
Pisanie dla dzieci jest chyba przyjemniejsze niż dla dorosłych.
Ja, tak jak - myślę - większość pisarzy, piszę, żeby sprawić sobie przyjemność, i marzę, żeby innym też się podobało. Pisanie jest trochę jak stolarka. Zrobienie doskonałej szafki wymaga wielkiego nakładu pracy: wybranie odpowiedniego drewna, pocięcie go i złożenie we właściwy sposób, na koniec wypolerowanie i polakierowanie. Z pisaniem jest tak, że pierwszy pomysł może pojawić się w autobusie lub gdy leżysz w nocy w łóżku i nagle widzisz i słyszysz w głowie wszystko, co powinieneś napisać. Nie możesz się doczekać, żeby przelać słowa na papier, lecz wtedy zawsze, niezmiennie okazuje się, że to nie jest to, co sobie wyobrażałeś. Ten, kto powiedział, że pisanie to 1 procent inspiracji i 99 procent potu, trafił w sedno.
Niektórzy mówią, że książki dla dzieci pisze się trudniej niż dla dorosłych.
Książka jest książką jest książką - powiedziałaby pewnie Gertruda Stein. Główna różnica między pisaniem dla dzieci a pisaniem dla dorosłych jest taka, że dzieci, jeśli kontekst jest jasny, uwielbiają długie słowa, których znaczenia nie znają i nawet nie bardzo wiedzą, jak je wymówić.
Jaka jest pana ulubiona przygoda Paddingtona?
Paddington odwiedza pacjenta w szpitalu i przez pomyłkę wchodzi do pokoju, w którym urzęduje psychiatra. Mężczyzna każe mu się położyć na kozetce i mówi, że powie teraz kilka słów, i prosi, by Paddington podał ich przeciwieństwa. Chcąc rozpocząć eksperyment, mówi: 'Start', a Paddington natychmiast, dość rozumnie zresztą, odpowiada: 'Meta'. Gdy z kolei doktor chce zakończyć sesję, mówi: 'Skończyliśmy'. Paddington na to: 'Zaczęliśmy'. Sytuacja bez wyjścia - nigdy się nie dogadają.