http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

I tylko stoczni żal

Jowita Kiwnik
2009-04-26, ostatnia aktualizacja 2009-04-24 15:19

Jeszcze pracujemy. Niby ciągle tu jesteśmy, ale stocznia już pustoszeje. Znikają ludzie, znikają materiały, dziewczyny odchodzą jedna po drugiej - mówią suwnicowe ze Stoczni Gdynia. Do końca maja gdyńska stocznia zostanie zlikwidowana, a jej majątek sprzedany w 31 przetargach. Pracę stracą wszyscy pracownicy. W sumie ponad 5,2 tys. osób.

W stoczni krążyła taka anegdota: Reporter pyta stoczniowców: - Pracują tu u was jakieś kobiety? 
- Nie, nie ma tu żadnych kobiet. Tylko suwnicowe...
Na zdjęciu Beata Wójcik
Fot. Renata Dabrowska
W stoczni krążyła taka anegdota: Reporter pyta stoczniowców: - Pracują tu u was jakieś kobiety? - Nie, nie ma tu żadnych kobiet. Tylko suwnicowe... Na zdjęciu Beata Wójcik
Beata Wójcik pracuje w stoczni od 13 lat. W międzyczasie skończyła studia pedagogiczne
Fot. Renata Dąbrowska
Beata Wójcik pracuje w stoczni od 13 lat. W międzyczasie skończyła studia pedagogiczne
ZOBACZ TAKŻE
Przestaliśmy się łudzić. Wiemy, że stracimy pracę.

- Stocznia to 13 lat mojego życia - mówi Beata Wójcik. Wysoka, grube ciemne włosy do pasa, nad czołem grzywka, na twarzy dyskretny makijaż, tylko paznokcie obgryzione niemal do skóry - to z nerwów przed obroną pracy licencjackiej. - Pracę załatwił mi wujek, był tu majstrem, już nie żyje, miał trochę ponad czterdziestkę, kiedy zmarł na raka - kontynuuje. - Rozwódka z dzieckiem, nawet w sklepie nie chcieli mi dać pracy. Namówił mnie, żebym zapisała się na kurs dla suwnicowych. Co miałam do stracenia?

Beata na suwnicy miała pracować do czasu, kiedy nie znajdzie innej pracy. Ostatnio liczyła: minęło 156 miesięcy, odkąd przekroczyła próg stoczni. W tym czasie zdążyła skończyć studia - obroniła licencjat z pedagogiki resocjalizacyjnej. Tygodniami mała kabina w zawieszonej kilkanaście metrów nad ziemią maszynie zawalona była notatkami i książkami. - Bo na suwnicy to jest tak, że albo cały czas coś jest do roboty, albo trzeba czekać - tłumaczy. - I wtedy dziewczyny, żeby zabić czas, rozwiązują krzyżówki albo dzwonią do dzieci sprawdzić, czy już wróciły ze szkoły. Ja studiowałam.

Dzisiaj Beata w papierach ma wykształcenie pedagogiczne. Przydało się - zaczęła prowadzić w stoczni szkolenia dla pracowników z przepisów BHP. Beata: - Bo przepisy inne są w szpitalu, inne na budowie i inne w stoczni. Szkoliła przez sześć miesięcy. Potem stocznia zaczęła upadać. I nikt już ludzi szkolić nie chciał.

Beata miała 17 lat, gdy zaszła w ciążę. Trzecia klasa liceum, rodzice byli przerażeni. - Mama prawie się popłakała - opowiada. - Przecież dziewczyny z dobrych domów nie rodzą nieślubnych dzieci.

Z M. poznali się w kościele na lekcji religii. Wtedy jeszcze katechezy były wspólne dla uczniów z różnych szkół. Parą byli rok. Zaszła w ciążę. - W szkole na szczęście nikt nie robił problemów, skończyły się czasy, kiedy dziewczynę z brzuchem wyrzucało się ze szkoły, żeby nie gorszyła koleżanek. Zresztą nie dałabym się wywalić, tylko narobiłabym krzyku. Ja to taka jestem, że zawsze o swoje walczę. Zamieszkaliśmy z moimi rodzicami. Mieliśmy własny pokój. Ślubu nie mogliśmy wziąć, bo byliśmy za młodzi. Wtedy zgodnie z prawem panna młoda musiała mieć skończone 18 lat, a pan młody 21. Dlatego pobraliśmy się dopiero, kiedy Patryk miał dwa lata, a my po 20. M. i tak musiał mieć zgodę mamy, bo brakowało mu jeszcze ustawowego roku. Po ślubie wyprowadzili się od rodziców. Teściowa oddała im kawalerkę w Gdyni. Na swoim wytrzymali trzy miesiące. Tyle, ile trwało ich małżeństwo. - Teraz myślę, że może M. to wszystko przerosło - i dziecko, i małżeństwo, i wspólne mieszkanie. Dnie spędzaliśmy na kłótniach. Beata wróciła do rodziców. Szukała pracy. Próbowała zatrudnić się jako ekspedientka, chodziła po spożywczych, monopolowych. Bezskutecznie. Praca znalazła się, ale za granicą. W Niemczech. Patryk został u dziadków. - Niemiecki trochę znałam jeszcze z liceum. Postanowiłam spróbować - opowiada. - To była najgorsza robota w moim życiu - byłam niańką w cygańskiej rodzinie. Niedobrze mnie traktowali - siedmioro wrednych dzieciaków i niewiele lepsi rodzice. Któregoś dnia nie wytrzymałam i wszystko im wygarnęłam. I nagle sytuacja się poprawiła. Ale zostać już nie chciałam. Za bardzo tęskniłam za Patrykiem.

Po dwóch miesiącach była z powrotem w kraju. Wtedy to właśnie w stoczni rozpoczął się nabór, a wuj namówił ją, żeby zrobiła kurs na suwnicę. - Nigdy nie zapomnę pierwszego dnia - opowiada. - Ogromna, zawieszona pod dachem stoczniowej hali maszyna. Kabiną trzęsło, miałam wrażenie, że zaraz się zerwie razem ze mną. Suwnica to rodzaj dźwigu. Porusza się po szynach. Operuje nim siedząca w kabinie osoba, która przenosi potrzebne, nawet kilkutonowe materiały w wyznaczone miejsce. Stoczniowcy mówią, że kobiety są dobrymi suwnicowymi, bo są bardziej cierpliwe, skoncentrowane i precyzyjne od mężczyzn. Beata: - Bo tu trzeba mieć nerwy jak ze stali. Kiedyś dziewczyna, która dopiero co skończyła kurs na maszyny, podnosiła blachę, coś źle złapała i jej się ten kawał stali wyślizgnął. Nikomu nic się nie stało, ale ona już do siebie dojść nie mogła. Straciła serce do tej pracy, kilka dni później już jej nie było. Bo praca w stoczni jest specyficzna, tutaj życie toczy się nawet w innych godzinach niż u zwykłych ludzi.

Stoczniowe suwnicowe dzień mają zaplanowany co do minuty. Beata: - Obiad gotuję na kilka dni wprzód, żeby Patryk miał co jeść. O 22 jestem już w łóżku, żeby zdążyć na szóstą rano do pracy. W jeden weekend pracuję, w drugi mam szkołę. Wieczorem - druga szkoła. Na sklepy nie mam czasu, w kinie jestem raz do roku. Teraz to się pewnie zmieni... Zamyśla się. Przez chwilę milczymy. - Tyle razy na to narzekałam - odzywa się nagle. - A teraz strasznie mi żal, że to wszystko stracę. Za stocznią będę tęskniła. I to wcale nie chodzi o pieniądze, napisz, że suwnicowe wiele nie zarabiają - prosi. - Ale to stała praca. I dorobić można nadgodzinami. Jak się brało nockę [trzecia zmiana od godz. 22 do szóstej rano] i weekendy, to można było i drugą pensję do domu przynieść. Beata rozpoczęła już nowe studia: zaocznie - magisterskie uzupełniające z zarządzania kapitałem ludzkim na Akademii Morskiej w Gdyni, a wieczorowo - podyplomowe z zarządzania funduszami unijnymi. Też w Gdyni. - Zakład jeszcze dał dofinansowanie - mówi. - Co zrobię teraz? Nie wiem. Będę się starała o stypendium socjalne. Bo nie ma takiej siły, która by mnie zmusiła do zrezygnowania z nauki. Ostatni pracownicy opuszczą Stocznię Gdynia z końcem maja. To już nieodwołalne. - Zaoferowali nam kursy doszkalające. Pół roku, pod warunkiem że nie ma się innej pracy. I przez ten czas będziemy dostawać 1,8 tys. zł miesięcznie. Pomyślałam: to okazja. Zrobię nauczanie wczesnoszkolne, wtedy może znajdę pracę w szkole. Tym bardziej że skończyłam przecież pedagogikę. Myślałam też o kursie komputerowym i zajęciach z angielskiego. Jeśli będzie taka możliwość. Bo lekko teraz na Pomorzu nie będzie - tylu ludzi bez pracy. Wszyscy się boimy. A przez długi czas myśleliśmy: to niemożliwe, stocznia zawsze się obroni, nie takie problemy już mieliśmy. Przecież nikt nie zlikwiduje zakładu, żeby na jego miejscu zrobić hodowlę pieczarek. Przestaliśmy się już łudzić. Wiemy, że stracimy pracę.

Miss haruje i przenosi tony

- Dzięki tej pracy udało mi się zrealizować marzenia, i to takie, które wydawały się nierealne - mówi Monika Miękwicz. - Bo ja po pół roku już rozglądałam się za mieszkaniem. W jakim innym zakładzie kobieta, do tego samotna matka, po kilkunastu miesiącach miałaby zdolność kredytową? Szkoda mi stoczni. A jeszcze kilka lat temu Monika nawet nie przypuszczała, że zostanie suwnicową. - Bo moje życie miało wyglądać inaczej. Ale potoczyło się odwrotnie - śmieje się dzisiaj. Wysoka, szczupła blondynka przebiera się prędko w stoczniowej szatni. Opalona, sympatyczna twarz. Dyskretna złota biżuteria. Za chwilę, kiedy wyjdzie ubrana w czółenka na obcasach, proste dżinsy i skórzaną brązową kurtkę, nikomu na ulicy nie przyjdzie nawet do głowy, że jest suwnicową. - Gdyby ktoś jeszcze sześć lat temu powiedział mi, że zostanę stoczniowcem, postukałabym się z politowaniem w głowę - zapewnia. Wtedy jeszcze Monika mieszkała w przestronnym mieszkaniu rodziców, zaczynała studia handlowe, miała na koncie tytuł Wicemiss Wybrzeża, finał konkursu "Polska dziewczyna", tańczyła w teatrze muzycznym i marzyła o karierze modelki. Przyszłego męża poznała na imprezie w gdańskim klubie. - Nie mogłam się od niego opędzić - opowiada. - W końcu umówiłam się z nim na spacer po Gdańsku. I tak się zaczęło. Starszy, dojrzały, często wyjeżdżał na kontrakty za granicę. To właśnie on namówił Monikę do wzięcia udziału w konkursie na Miss Wybrzeża. Ona nigdy nie wydawała się sobie wystarczająco ładna. On też cały czas ją wspierał w trakcie eliminacji, które przeszła jak burza. Byli szczęśliwi, a przynajmniej tak jej się wtedy wydawało. Bo teraz już wie, że tak naprawdę się nie znali.

Pół roku później dowiedziała się, że jest w ciąży. - Spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba - mówi. - Właśnie zaczynałam studia, pracowałam jako modelka, miałam dużo zleceń, jeszcze nie myślałam o dziecku. Nagle musiałam wszystko to zostawić. Znalazłam pracę w hali targowej w Gdyni w stoisku z ubrankami dla dzieci. Z brzuchem idealnie tam pasowałam. Urodziła się Natalka.

To głównie rodzice nalegali, żeby się pobrali. - Teraz wiem, że to był błąd, powinniśmy najpierw ze sobą zamieszkać. Uniknęlibyśmy wielu problemów. Rodziców nie obwiniam, myśleli, że tak będzie najlepiej. Niestety, stało się zupełnie inaczej. Na początku zamieszkali w trzypokojowym mieszkaniu. - Jego mieszkaniu - dodaje szybko Monika. W bloku na jednym z gdyńskich osiedli. Wtedy jeszcze się dogadywali. Wkrótce jednak okazało się, że mają inne wyobrażenie na temat małżeństwa i prowadzenia domu. - On nie potrafił się sobą dzielić - opowiada Monika. - Nigdy go nie było. Dnie spędzał w pracy, często wyjeżdżał. Nie kąpaliśmy Natalki wspólnie, nie karmiliśmy, nawet w weekend nie chodziliśmy razem na spacer. Ostatecznie Monika zabrała córkę. Zamieszkały u znajomych. Za pokój musiała płacić kilkaset złotych miesięcznie. - Było ciężko - wspomina. - Ale nie chciałam mówić rodzicom, żeby ich nie martwić. Dorabiałam trochę jako fryzjerka - mam skończony kurs - ale w małym osiedlowym salonie zarobki były marne. Ledwo starczało na opłacenie mieszkania i podstawowe zakupy. Kiedy mąż wyjechał na kontrakt za granicę, wróciłam do naszego mieszkania. Ale już wiedziałam, że tak dalej być nie może. Złożyła pozew rozwodowy. Wróciła do rodziców. - To oni poradzili mi, żebym poszła do stoczni - mówi Monika. - Oboje, zarówno mama, jak i ojciec, tam pracowali.

Matka Moniki Justyna jest brygadzistką w wydziale operatorów maszyn. Tam właśnie znalazło się miejsce dla byłej wicemiss. - Długo zastanawiałam się, czy to dobry pomysł mieć matkę jako szefową - mówi Monika. - Ale bezrobocia też nie mogłam przeciągać w nieskończoność. Zgodziłam się. Nie mam żadnej taryfy ulgowej, czasami wręcz przeciwnie, chociaż i tak się z mamą w pracy raczej mijamy. Tak sobie ułożyłyśmy zmiany, żeby wymieniać się przy opiece nad Natalią. Dawni znajomi nie mogą uwierzyć, że pracuję na suwnicy. Im stoczniowiec kojarzy się z mężczyzną we flanelowej koszuli, z wąsem i kaskiem na głowie. A tu pracuje masa naprawdę atrakcyjnych dziewczyn. Praca jak każda inna, to ludzie mają do głowy wbite stereotypy. Minęły ponad dwa lata, odkąd Monika pracuje na suwnicy. Początki jednak wspomina niechętnie. - Wtedy właśnie zaczął się boom na suwnicowe. Do nas przyszli dziennikarze jednego z tabloidów. Narobili zdjęć, przeprowadzili masę wywiadów z dziewczynami. Ja się tam znalazłam przypadkiem. Jeszcze nawet nie pracowałam w stoczni, załatwiałam ostatnie formalności i przyszłam do mamy na kawę. A ona powiedziała reporterom, że niebawem w stoczni zacznie pracować jej córka, ta sama, która jeszcze niedawno była miss. Wiadomo, każdy rodzic chce się pochwalić sukcesami dziecka. Tego dnia, kiedy pokazał się artykuł, dziewczyny popędziły rano do kiosków, a tu okazało się, że cały materiał jest o mnie. I te nagłówki: 'Miss ciężko haruje w stoczni', 'Miss przenosi 200 ton', w momencie kiedy ja na suwnicy jeszcze nawet nie zaczęłam pracować. Nie dziwię się, że dziewczyny były wkurzone. Tydzień później dziennikarze przyjechali pod mój dom z przeprosinami i kwiatami, ale i tak w pracy byłam pod kreską.

Monika kupiła mieszkanie na kredyt. Niedaleko rodziców. Kończy je remontować. Dostała się na studia handlowe i menedżerskie. Niestety, po pierwszym semestrze musiała je zawiesić. - Wszystko przez kryzys - mówi. - Rata kredytu wzrosła i teraz nie stać mnie na opłacenie szkoły. A ja nie jestem sama, muszę myśleć o tym, żeby moje dziecko miało co jeść. Dlatego studia będą musiały poczekać do czasu, aż moja sytuacja finansowa się ustabilizuje. Mimo to nie boi się o przyszłość - w końcu jest młoda, wykształcona, pracę w razie potrzeby znajdzie. - Mam już parę fajnych propozycji - mówi. - Coś w gastronomii, w firmie ubezpieczeniowej. To takie kółka awaryjne. Jestem osobą młodą, jest mi łatwiej. Mojej mamie będzie ciężej. Bo teraz liczy się, czy ktoś ma wykształcenie średnie, czy wyższe. A u nas dziewczyny to i po zawodówce, i po szkole podstawowej były. To są ludzie, którzy całe życie spędzili w stoczni, ciężko będzie im się gdzie indziej odnaleźć.

Bo stocznia jeszcze się odrodzi

- Kiedyś krążyła po stoczni taka anegdota: Reporter pyta stoczniowców: - Pracują tu u was jakieś kobiety? - Nie, nie pracują. - Jak to? - dziwi się dziennikarz. - To nie ma tutaj żadnych kobiet? Na pewno? - Żadnych kobiet nie ma - zarzekają się stoczniowcy. - Tylko suwnicowe Barbara Paluch opowiada tę historię z uśmiechem, ale zaraz poważnieje. Zaczyna opowiadać - cicho, niezbyt chętnie, pomija zbędne szczegóły. Zresztą o jej tragedii wszyscy wiedzą, nigdy tego nie ukrywała, dziewczyny same sobie tę historię przekazują. 15 lat temu była w domu, kiedy zadzwonili, że mąż miał wypadek. - Pracował jako ślusarz. Spadł z rusztowania do suchego doku - niewysoka 49-latka, krótkie, kręcone, ciemne włosy, migdałowe oczy. Nie ma makijażu. Ciągle jeszcze zbiera jej się na płacz, kiedy mówi o mężu. - Leciał kilkanaście metrów w dół, mówili, że praktycznie nie miał szans na przeżycie. Ciało znaleźli koledzy. Tam to się stało - wyciąga rękę i wskazuje doki. - Ja to miejsce, gdzie zginął, codziennie z suwnicy oglądam - odwraca głowę. Siedzimy w ciasnej kabinie suwnicy, kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Żeby się tu dostać, najpierw musiałyśmy wdrapać się po trzech metalowych drabinach przeciwpożarowych, przemierzyć metalowe, ażurowe chodniki wiszące nad halą, wejść na suwnicę i po ostatnich metalowych stopniach zsunąć się do kabiny. Pod nami uwijają się pracujący ludzie. W hali chłodno, na szczęście w kącie grzeje farelka.

Oboje z mężem mieli uprawnienia na operowanie dźwigami. Ona skończyła budowlankę. Kiedy się poznali, pracowała w firmie budowlanej. No, ale potem przyszedł ślub, dzieci, dom - ustalili, że lepiej będzie, jeśli ona zajmie się domem, a on utrzymywaniem rodziny. Sprawiedliwy podział, jakoś przecież zwiążą koniec z końcem. Potem, kiedy go zabrakło, nie mogła sobie znaleźć miejsca. Dzieci były jeszcze małe, ledwo co w szkole. Nagle zdała sobie sprawę, że oszczędności szybko topnieją, a ona wkrótce zostanie bez środków do życia. Zaczęła rozglądać się za pracą. Tylko gdzie ona, gospodyni domowa po trzydziestce, pracę znajdzie. Wtedy dowiedziała się, że właśnie w stoczni poszukują operatorów maszyn. W końcu miała już uprawnienia, więc była idealnym kandydatem. Rzeczywiście, przyjęli ją bez żadnych problemów. Ale wtedy w domu rozpętało się piekło. - Dzieci nie chciały mnie puścić - wspomina. - Bały się, że będzie tak jak z tatą. Jeszcze rano śmiali się razem, jedli śniadanie, potem tato poszedł do pracy i nigdy już do nich nie wrócił. Płakały ze strachu, że ze mną stanie się tak samo. Wiedziała jednak, że nie ma wyjścia. Postanowiła pójść na suwnicę. Dzieci w końcu się z tym pogodziły. Do stoczni przyjść jednak nie chcą, chociaż już 15 lat minęło, odkąd tu pracuje. Bo do stoczni można się przyzwyczaić. I ludzi spotyka się interesujących - całe pokolenia małżeństw wyszły ze stoczni, bo jak ludzie całe dnie w pracy siedzą, to i tutaj toczy się życie. A to się na bramie kogoś spotka, a to w jadalni, potem razem na przystanku czeka się na autobus i tak się przyjaźnie zaczynają zawiązywać. Ale to już niedługo będzie historia. Bo stocznia padła. - Wszyscy jesteśmy stopniowo zwalniani - mówi. - Przychodzi do ciebie list polecony. Odbierasz odszkodowanie. I ze stoczni 'wychodzisz'. Na zawsze. Każdy czeka, kiedy przyjdzie na niego kolej. Jest nas coraz mniej. Pracujemy maksymalnie do końca maja. Wszyscy się boją, co będzie potem. Bo pracy nie ma, a wkoło wszystko pada. Myślę: ci pierwsi, którzy odchodzili, może jeszcze mieli szansę zatrudnienie znaleźć, my jako ostatni będziemy mieli problem. Bo wkrótce na ulice wyjdzie ponad 5 tys. ludzi. Skąd wziąć tyle miejsc pracy? Barbara liczy na to, że pracę znajdzie dzięki szkoleniom. - Zrobię kurs na dźwigi i suwnice chwytakowe do portu - mówi. - Całe życie człowiek pracował na maszynach, więc jest przyzwyczajony. W innej pracy, na przykład na kasie w sklepie, nie potrafię sobie siebie wyobrazić. Barbara marzy o tym, że stocznia kiedyś się odrodzi, a ona na swoją suwnicę wróci. - Bo chyba to się tak wszystko nie zatraci, prawda? - pyta z niedowierzaniem.

Źródło: Wysokie Obcasy
  • I tylko stoczni żal r1111111 27.04.09, 21:42

    "To głównie rodzice nalegali, żeby się pobrali. - Teraz wiem, że to był błąd, powinniśmy najpierw ze sobą zamieszkać. Uniknęlibyśmy wielu problemów." A może błędem było "hop do łóżka"? Może »

  • Stocznie by łatwo wytrzymały gdyby podatki obniżyć gm114 28.04.09, 06:34

    Ale to musiałaby być prawdziwa obniżka. Tylko że jest to nierealne, ponieważwówczas politycy... nie mieliby co kraść. Więc jest tak, że politycy mają cokraść, ale podatki zabijają »

  • Re: I tylko stoczni żal gondra 28.04.09, 08:59

    A wystarczyło pamiętać o antykoncepcji.»

W numerze z 4 września