Twoja najnowsza książka opowiada historię Ellis Island - nowojorskiej wyspy, gdzie od 1892 do 1954 roku znajdowała się stacja przyjmująca napływających do Stanów emigrantów. Dlaczego zajęłaś się tym tematem? Małgorzata Szejnert, autorka "Wyspyklucza": Zawsze napisanie dużego książkowego reportażu poprzedza cała masa impulsów. Zbierają się przeżycia, doświadczenia, lektury i trzeba tylko detonatora, żeby to wyzwolić. Kiedyś pracowałam w miesięczniku dla Polonii amerykańskiej 'Nasza Ojczyzna' (potem 'Panorama Polska'). Miałam więc kontakty z emigrantami i z tematem. Potem sama usiłowałam wyemigrować w stanie wojennym. Spędziłam w Stanach dwa i pół roku i gdyby nie upór syna, tobym tam została.
Dlaczego wyjechałaś? Po wprowadzeniu stanu wojennego doznałam głębokiego zawodu. Pomyślałam, że już nic się nie zmieni, że zawsze dostaniemy w mordę. Wyjechałam w imię przyszłości mojego syna. Ja bym mogła żyć w Polsce, miałam przyjaciół, pisałam dla opozycji, podobało mi się to. Ale chciałam, żeby jego dzieci już nie rodziły się w tym obozie. Syn najpierw cieszył się z wyjazdu. W Stanach było mu dobrze. Mieszkaliśmy w miłym domu na Queensie, dostawał nagrody za dobre stopnie. Ale po jakichś dwóch latach postanowił wrócić. Nie potrafił wytłumaczyć dlaczego. Używał najdziwniejszych argumentów. W końcu oznajmił mi, że musimy wracać, bo w mieszkaniu, które wynajęłam znajomym, zostawił lego. Pomyślałam sobie, trudno, trzeba wracać. Ani przez sekundę nie żałowałam tej decyzji. Przyjechaliśmy do Polski w 1986 roku i byliśmy świadkami tej cudownej katastrofy.
Czy tylko osobiste doświadczenia sprawiły, że napisałaś książkę o wyspie imigrantów? Jeszcze na początku lat 70. przeczytałam jedną z najciekawszych książek w życiu. Utkwiła mi w głowie, choć nie została szerzej zauważona, tak jak na to zasługuje, wydano ją tylko w dwóch tysiącach egzemplarzy i nigdy nie wznowiono. Były to "Listy emigrantów z Brazylii i Stanów Zjednoczonych 1890-1891" opracowane przez Witolda Kulę, Ninę Assorodobraj-Kulę i Marcina Kulę. To zbiór zatrzymanych przez carską cenzurę listów Polaków, którzy wyjechali do Ameryki i chcieli tam sprowadzić swoje rodziny. Głównie mężowie pisali do żon. Wysyłali im pieniądze i szyfkarty - bilety na statek. Albo obietnicę pieniędzy i szyfkart. Prosili w listach, żeby żony szykowały się do drogi, udzielali rad, jak mają się zachowywać w porcie w Hamburgu czy Bremie, w czasie podróży statkiem, jak się ubrać, co wziąć ze sobą. Żaden z tych listów nigdy nie dotarł do adresata. Ten dramat bardzo mnie poruszył. Próbowałam sobie wyobrazić, co się działo. W kolejnych listach tych samych osób pojawiają się pytania: 'Czemu nie odpisujesz, czy już o mnie nie stoisz?'.
W książce opisujesz dramatyczną historię Franciszki Jagielskiej z okolic Golubia-Dobrzynia. Listy pisał jej mąż Józef. Za pomocą programów wyszukiwawczych muzeum na Ellis Island próbowałam sprawdzić, czy Franciszka w końcu przyjechała do męża. Znalazłam ją w spisie podróżnych przybyłych na wyspę 20 lat po ostatnim liście Józefa. Zgadzają się wszystkie szczegóły. Wiek, miejscowość, z której kobieta miała pochodzić. Imię i nazwisko męża, który zapłacił za drogę. Co działo się w międzyczasie? Czy dopiero po 20 latach nawiązali kontakt? A może Józef Jagielski odwiedzał żonę w Polsce? Nie wiemy.
Piszesz: 'Czekał na młodą dziewczynę, wita dojrzałą kobietę'. Z manifestu - spisu przybyłych na wyspę - dowiadujemy się, że Franciszka ma pięć stóp trzy cale wzrostu, czyli metr sześćdziesiąt. Jak na owe czasy - całkiem dobrze. Budowa ciała foremna, włosy blond, oczy niebieskie, znaki szczególne - brak. Wygląda więc przyjemnie. A przy tym - analfabetka, bez grosza przy duszy.
Z tego, co mówisz, wcześniej interesowały cię głównie losy ludzkie, tymczasem książka opowiada o działaniu instytucji - stacji przyjmującej imigrantów. Za którymś pobytem w Stanach pojechałam zwiedzić muzeum na Ellis Island. Wtedy zobaczyłam, jak interesujące było samo funkcjonowanie wyspy. Zdałam sobie sprawę z dramatu deportacji. W muzeum Amerykanie uczciwie opowiadają, że tam nie tylko przyjmowano, ale i odsyłano ludzi. Wróciłam pod wielkim wrażeniem muzeum. Potem zabrałam się za 'Czarny ogród'. Gdy skończyłam, zaczęłam się niepokoić - co teraz? Byłam u mojej przyjaciółki Wiesi Grocholi i razem gadałyśmy, o czym by warto napisać. Rozmowa zeszła na jakieś Wiesi zainteresowania genealogiczne, więc usiadłyśmy przy komputerze i zaczęłyśmy przeglądać stosowne portale. Nagle wyskoczył nam portal muzeum na Ellis Island, wyszukiwarka, która pozwala znaleźć spisy pasażerów, dane o tych ludziach, wizerunki statków, którymi przybyli. W tym momencie nastąpiła detonacja - Ellis Island, to jest temat! Bałam się tylko, że to temat opisany, wyczerpany. Zaczęłam szukać w bibliotekach polskich i niczego nie znalazłam. Ale w katalogach bibliotek światowych jest nieprawdopodobna ilość materiału. Natknęłam się na encyklopedię Ellis Island - to było odkrycie! Chyba wtedy - bo encyklopedia mówi bardzo dużo o organizacji pracy na wyspie - zrozumiałam, że to będzie główny temat. Autor encyklopedii Barry Moreno to bibliotekarz muzeum na Ellis Island. Bardzo mi potem na wyspie pomagał.
W książce przytaczasz opinie dziennikarzy i innych osób wizytujących stację. Uważali, że panują tam nieludzkie warunki, nazywali wyspę piekłem. Dla mnie zaskoczeniem było coś wręcz odwrotnego. Troska, jaką pracownicy Ellis Island otaczali imigrantów. Dla mnie najciekawsze było to rozdarcie załogi Ellis Island, ludzi na ogół przyzwoitych i dobrej woli. Choć zdarzały się okresy upadku, jak np. za rządów komisarza Thomasa Fitchie, który był fajtłapą, a jego zastępca - złodziejem. Ta załoga współczuła nędzarzom tłoczącym się na stacji, ale z drugiej strony miała straszliwy gorset ustaw imigracyjnych. To byli lojalni, zaprzysiężeni urzędnicy Stanów Zjednoczonych.
Cytujesz kobietę, która uważa, że emigranci to najodważniejsi ludzie na świecie. Też tak myślisz? Naturalnie. Czasem może nie mieli innego wyjścia. Jednak sama determinacja to nie wszystko. Trzeba było podjąć czynności, które wymagały niesamowitej odwagi. Rozstać się ze wszystkim, co bliskie i znajome, załadować się na bałagułę, potem pociągiem do nieznanego portu, przebyć podróż na międzypokładzie w świat nieznany. To wymagało też chytrości - na imigrantów czekało mnóstwo wydrwigroszy. Jeśli można mówić o cynicznej obojętności na ludzki los, to raczej wykazywały ją kompanie okrętowe.
Korciło cię, żeby podążyć za którąś z osób przybyłych na wyspę? Żeby wyjść poza Ellis Island? Nie. Postanowiłam, że poza wyspę nie wyjdę. Jeśli opisywałam coś, co działo się poza nią, to dlatego, że pojawiało się w relacji kogoś z wyspy. Np. historia Pauli Pitum, żydowskiej dziewczynki, którą uznano za niedorozwiniętą i ledwo zgodzono się - warunkowo - by dołączyła do rodziny w Ameryce. Przez kilkanaście lat wisiała nad nią groźba deportacji. O Pauli opowiedział nowemu komisarzowi Edwardowi Corsiemu zatrudniony na wyspie tłumacz. Latami mówiono o niej na wyspie. Zapamiętano przypadek dziewczynki jako pomyłkę biurokracji, jako krzywdę.