Zanim zaczniemy, chciałam cię o coś prosić. Czy możemy nie rozmawiać o rzezi Ormian i polityce? Trzy lata temu, gdy w Turcji ukazała się moja powieść 'The Bastard of the Istanbul', wytoczono mi proces. Chodziło o artykuł 301 tureckiego kodeksu karnego i tzw. szkalowanie tureckości. Wtedy media zachodnie bardzo się mną zainteresowały, ale tylko w kontekście politycznym, a ja jestem przede wszystkim pisarką.
Ale jak mamy o tym nie rozmawiać? Tylko dwa razy w życiu widziałem depeszę agencyjną, której bohaterem był turecki pisarz. Raz, kiedy Nobla dostał Orhan Pamuk, i drugi - kiedy wytoczono ci proces.
I teraz wyobraź sobie, jak ja się z tym czuję. Piszę, ale świat interesuje się mną tylko pod warunkiem, że wplącze się do tego polityka. A gdzie próba zrozumienia mojej twórczości? Mija 15 lat, od kiedy zaczęłam wydawać książki. Właśnie ukazała się moja dziewiąta powieść. Każda z nich jest zupełnie inna. Ile z tej złożoności przebija się do świadomości zachodnich mediów?
Jak przeżywałaś to, że nagle stałaś się międzynarodową gwiazdą?
Ale ja tego nie przeżywałam jako gwiazda! Ja byłam załamana!
Naprawdę nie spodziewałaś się, co się może zdarzyć, jeżeli napiszesz o rzezi Ormian?
Nie. Nie spodziewałam się. To było jedno z moich najgorszych doświadczeń jako pisarki. Zwykle mam zupełnie inny odbiór, zwłaszcza ze strony czytelników, szczególnie kobiet. Zachodnie media myślą pewnie, że mamy tutaj w Turcji do czynienia z jakimś potwornym gnębieniem pisarzy. To w ogóle nie tak!
Chcesz mi powiedzieć, że to, co się wtedy stało, kompletnie cię zaskoczyło?
I widzisz? Ciągle gadamy o procesie. A on trwał tylko chwilę, sprawa została umorzona prędko, nie trafiłam do więzienia. Pozostała książka. Książka, w której chodziło mi o to, żeby pokazać historie kobiet, różnych kobiet, bo to, co mnie najbardziej interesowało, to budowanie zrozumienia i empatii między ludźmi. Polityka mnie mało interesowała.
Tamtą powieść, 'The Bastard of the Istanbul', napisałaś po angielsku. Chciałaś zawojować świat?
Zaczęłam pisać po angielsku, bo wchodzenie na nowe językowe grunty mnie ekscytuje. 'The Bastard of the Istanbul' nie był pierwszą książką, którą napisałam po angielsku. Nową powieść też napisałam w tym języku, a dopiero potem przełożyłam ją na turecki.
Napisałaś ją zatem dwukrotnie?
Kompletne wariactwo. Samo napisanie powieści graniczy z szaleństwem, ale jej rekonstrukcja w innym języku? Oczywiście, trudno mi pisać po angielsku, bo to mój drugi język, nie urodziłam się w dwujęzycznej rodzinie. Ale przecież świat, w którym żyjemy, jest pełen ludzi takich jak ja, którzy musieli zacząć wyrażać siebie w innym języku. Wiem, co to znaczy, kiedy nie możesz w pełni oddać tego, co się w tobie dzieje, i doświadczasz nieustannego poczucia próżni w głowie. Próbuję to zmienić w pisarskie wyzwanie. Lubię podróżować między językami tak samo jak między kulturami.
Angielski jest wspaniały. Zwłaszcza jego precyzja - kiedy szukasz odpowiedniego słowa, to w angielskim zawsze je znajdziesz. Jest bardzo matematyczny, pisanie w nim to aktywność mózgowa, podczas gdy pisząc po turecku, posługuję się głównie emocjami. Turecki to język mojej babci, język bajek, mitów, kołysanek. Jest ciekawy i bogaty. Opiera się na aglutynacji, jakby był pociągiem, do którego możesz doczepiać nowe wagoniki. Za pomocą zaledwie kilku słów możesz powiedzieć mnóstwo rzeczy.
Czym Elif mówiąca po turecku różni się od tej, która pisze po angielsku?
Nawet mój ton głosu się zmienia, kiedy zaczynam mówić po angielsku. I chyba lepiej radzę sobie z poczuciem humoru, z ironią, kiedy piszę w tym języku. A jako kobieta czuję się bardziej niezależna, kiedy mam aż dwa języki po swojej stronie. W Turcji niektórzy myślą, że opuściłam ojczysty język, zdradziłam go na rzecz angielszczyzny, ale to niemożliwe. Nie ma sposobu, by się rozstać z językiem ojczystym, choć widzi się wówczas więcej szczegółów. Tak samo jak z miastem - kiedy wracasz do niego po długiej nieobecności, zaczynasz zauważać detale, które wcześniej ci umykały. Kiedy podróżuję, słyszę melodię języka.
Twoja polska tłumaczka zwróciła mi uwagę na rzecz, której w polskim przekładzie nie dało się zachować. Że w swoim tureckim łączysz dwa języki. Ten z czasów imperium osmańskiego, pełen wpływów arabskich i perskich, i ten po reformie purystycznej, wyczyszczony z naleciałości. To demonstracja polityczna? Kwestionowanie 'czystej' tureckości?
To ma wymiar polityczny, ale nie jest żadnym manifestem. Nie podoba mi się pogląd, że jesteśmy twórcami języka. To język tworzy nas. Nie podoba mi się też, że można wziąć słownik i powiedzieć: te słowa od dziś nie obowiązują, wyrzucamy je. Jeśli rezonują w społeczeństwie, niosą znaczenie - pozwólmy im żyć. Kiedy położysz przed sobą słownik tureckiego z czasów osmańskich i współczesnej, czystej turecczyzny, to zobaczysz, że setki słów zniknęły. Ale nie próbuję ich gorączkowo przywracać. Używam tylko tych, których naprawdę potrzebuję, choć podoba mi się język bogaty, zróżnicowany. Uważam, że wraz z jego czyszczeniem zawęziła się nasza świadomość i wyobraźnia. Kiedy piszę o barwach, odcieniach, w angielszczyźnie zawsze znajdę odpowiednie określenie. Kiedy szukam tych samych nazw w tureckim, okazuje się, że są pochodzenia perskiego i w imię budowania narodu zostały wykluczone.
Bardziej słyszysz słowa czy bardziej je widzisz?
Widzę historię, którą opowiadam. W mojej ostatniej powieści przybrało to postać szczególnie wyrazistą, bo została skonstruowana jak film. Kto wie, może nawet uda się ją sfilmować, jest taki projekt. Ale same słowa zawsze słyszę. Ich melodię.