Miejsce, którego nie było
rozmawiała Dominika Buczak
2009-03-22, ostatnia aktualizacja 2009-03-24 12:33
'Radio Stadion nadaje' - przez jeden dzień głośniki nadawały komunikaty w językach mniejszości obecnych na bazarze
'Botanicy szukali na nim dzikich roślin, archeologowie - fragmentów średniowiecznej Warszawy, antropolodzy - legend. Mnie udało się wprowadzić na Stadion artystów' - z Joanną Warszą, kuratorką finisażu Stadionu, rozmawia Dominika Buczak

Fot. Robert Kowalewski / AG
Prace na stadionie ruszyły jesienią 2008 r.

Fot. Albert Zawada
'Boniek!', 14 października 2007 r. Jednoosobowe odtworzenie meczu Polska - Belgia z mistrzostw świata w Barcelonie w 1982 r.
Na pustej, nasłonecznionej murawie szwajcarski
artysta Massimo Furlan odegrał pamiętną grę
Bońka do komentarza Tomasza Zimocha z Polskiego Radia

Fot. Marta Pruska
Badania botaniczne, czerwiec 2008 r. Specyficzny mikroklimat panujący na Stadionie sprzyjał rozwojowi niespotykanych w Warszawie roślin
ZOBACZ TAKŻE
- Atlantyda Dziesięciolecia (10-03-09, 00:00)
RAPORTY
Stadion Dziesięciolecia stał się na dwa lata twoim miejscem pracy.
Był dla mnie zaskakującym odkryciem. W środku postkomunistycznej stolicy wyrasta widowiskowa, jakby antyczna ruina ośrodka sportowego, który został zbudowany w latach 1954-55 z gruzów zburzonej Warszawy. Wokół działało miasteczko wietnamskie. To miejsce przez ostatnich kilkanaście lat funkcjonowało jak miasto w mieście. Botanicy szukali tam roślin, archeologowie - fragmentów średniowiecznej Warszawy, antropolodzy - legend miejskich. Mnie udało się wprowadzić na Stadion artystów. Zrealizowałam tam siedem projektów. Powstały inscenizowane spacery, fikcyjne mecze, audycje w niedzielnym radiowęźle i nocny spektakl na placu budowy.
Co zobaczyłaś tam za pierwszym razem?
Przede wszystkim zdałam sobie sprawę, że w Polsce żyje niewidzialna mniejszość - Wietnamczycy. Co setny mieszkaniec Warszawy jest Wietnamczykiem, ale są zupełnie niewidoczni. Na obrzeżach Stadionu funkcjonuje cały sektor wietnamski zwany 'białym domem', chaotyczne miejsce z ulicami, sklepami, wypożyczalnią płyt do karaoke, domem kultury, a nawet buddyjską pagodą. Spacerując tam, doświadczyłam dezorientacji we własnym mieście. Stałam się mniejszością. Za pierwszym razem czułam się nawet zagrożona.
Bo znalazłaś się w miejscu, którego zupełnie nie znasz?
Nie tylko. Mogę przecież pojechać na Grochów, który też jest mi mało znany, i również doświadczyć zagubienia. Znalazłam się w obszarze, który rządzi się odmiennymi prawami. O 2.30, kiedy Warszawa jest zupełnie wymarła, przed Stadionem stoi - jeszcze dziś - sznur taksówek. Ludzie przyjeżdżają do pracy. Już w południe stragany się zamykają, miejsce pustoszeje, zlatują się stada ptaków, w pustych alejkach walają się kartony i sterty odpadów. Chwilę później pojawiają się śmieciarki. O drugiej po południu jest już cicho i spokojnie - jak wieczorem w mieście. Nierealność tego miejsca działała na wyobraźnię. Berliński artysta i radiowiec Pit Schultz, z którym współpracowałam przy projekcie 'Radio Stadion nadaje', nazwał Stadion połączeniem mauzoleum socrealizmu, azteckiej świątyni, labiryntu ogródków działkowych i falistych blach.
'Podróż do Azji' miała przybliżyć świat Wietnamczyków?
Projekt powstał we współpracy z Anią Gajewską, autorką filmu dokumentalnego 'Warszawiacy' o społeczności wietnamskiej w mieście, i z Ngo Van Tuongiem, wietnamskim dziennikarzem opozycyjnym. Jego głos nagrany w MP3 prowadził uczestników 'Podróży do Azji' po targowisku. Bardzo istotne było, żeby projekt nie urzeczowił Wietnamczyków i nie uczynił z nich atrakcji turystycznej. Ich codzienne życie i praca nie uległy zmianie. Wielu nie wiedziało, że na bazarze dzieje się coś szczególnego. Spacer nawiązywał do miejskiej włóczęgi, jaką uprawiali sytuacjoniści, realizował też ideę akcji, w której ważny jest sam uczestnik, a nie tylko przedmiot przez niego oglądany. 'Podróż do Azji' miała kreować - jak mówił artysta Oskar Hansen - 'przestrzeń poznawczą poprzez sztukę'. Projekt niemal w całości odbywał się w wyobraźni uczestników. Dziennikarze telewizyjni byli rozczarowani. Pytali: 'Gdzie jest ten projekt? Co filmować? Ludzi spacerujących po Stadionie?'.
'Podróż do Azji' rozpoczynała się na stacji PKP Warszawa Powiśle na wprost Muzeum Narodowego.
Widzowie rejestrowali się w specjalnym check-inie, gdzie Wietnamki dawały im bilety, odtwarzacz MP3, mapę trasy z punktami, w których należało włączać kolejne utwory, kraciastą torbę z towarem, którą trzeba było dostarczyć do jednego ze stanowisk, oraz pięć tysięcy wietnamskich dongów, za które można było kupić coś w małym sklepiku. Pierwszy etap polegał na przeprawieniu się pociągiem spod muzeum do stacji Warszawa Stadion. Przejazd zajmował zaledwie trzy minuty - zależało nam na tym, żeby pokazać, jak niewielki dystans dzieli centrum miasta od Stadionu. Pociąg po przekroczeniu Wisły wbijał się pomiędzy stragany sektora wietnamskiego. Tam zaczynał się inny sposób percepcji rzeczywistości. Widz z ciężką torbą lądował na peronie.
Skąd pomysł na torbę?
Z jednej strony to był typowy bazarowy gadżet, z drugiej - gwarancja niewidzialności, proste powtórzenie gestu, który codziennie wykonują jadący do pracy Wietnamczycy. Niosąc torbę, uczestnik stawał się jedną z setek osób, które wysiadają codziennie na stacji PKP Stadion i wędrują wśród straganów. To był sposób na upodobnienie się do otoczenia, a jednocześnie prawie jedyny materialny ślad projektu.
Oglądając fotografie dokumentujące akcję, trudno uwierzyć, że zdjęcia zostały zrobione w Polsce. Wydaje się, że pochodzą z jakiegoś azjatyckiego miasta.
Od egzotyczności i orientalizacji tego miejsca trudno uciec. Też tak je postrzegałam, kiedy pojechałam na Stadion pierwszy raz. Z czasem zaczęłam poznawać specyfikę miejsca i społeczności. Przestałam być bezkrytyczna. W jednym ze stadionowych barów umieściliśmy plakat Alisy Anh Kotmair, amerykańsko-wietnamskiej artystki feministycznej z Berlina. Przedstawia kobietę palącą papierosa. Dla Wietnamczyków, którzy odtworzyli tutaj patriarchalny wzorzec swojej kultury, był to plakat kontrowersyjny. Widok palącej publicznie kobiety wywołuje tam podobne reakcje jak w latach 30. w Europie. Kobieta z plakatu miała też tatuaż i odkryte ramiona. Plakat zadziałał jak wirus.
Kogo spotykali uczestnicy na trasie 'Podróży do Azji'?
Ludzi pracujących na Stadionie. Na placu pod wiaduktem zauważali tak zwanych taksówkarzy przewożących towary na metalowych wózkach, inaczej nazywanych 'uwagami'. Taksówkarzami zostają ci, którzy dopiero przyjechali do Polski i mają ogromne długi do spłacenia. Jedyne słowo, które znają po polsku, to 'uwaga!' - gdy przeciskają się po wąskich alejkach. W alejce z barami na widzów czekali aktywiści Ton Van Anh i Robert Krzysztoń. Opowiadali o genezie pobytu Wietnamczyków w Polsce, opresjach, działaniach ambasady, wietnamskich służb specjalnych i deportacjach czarterowych. Ton Van Ahn to radykalna opozycjonistka. Podobno w Wietnamie grozi jej nawet kara śmierci. Jej partner -Robert Krzysztoń, członek KOR-u i Stowarzyszenia Wolnego Słowa, działa dziś na rzecz Wietnamczyków. Deklarują, że nie pobiorą się, dopóki ona sama nie wywalczy sobie obywatelstwa polskiego. Nie chce go zdobyć przez małżeństwo.
Co obecnie się dzieje z bazarem?
Powoli przestaje istnieć. Benjamin Cope, angielski kurator i muzyk mieszkający w Polsce, pisze w książce 'Stadion X. Miejsce, którego nie było' o kakofonii Jarmarku Europa. Spostrzega, że wraz ze znikającym bazarem odejdzie era hałasu, epoka, w której istniała przestrzeń konfliktu dźwięków charakterystyczna dla bazarów Azji Środkowej, na rzecz bezwyrazowej muzyki w supermarketach wpływającej tylko na hormon zakupów. Stadion urósł do rangi symbolu. Znany jest nie tylko wśród diaspory wietnamskiej w Europie Środkowej, ale i w Azji. W zeszłym roku byłam w Hanoi i znajomi Wietnamczycy, którzy wrócili z Warszawy do Wietnamu, pokazywali mi najlepszą restaurację w mieście prowadzoną przez człowieka, który miał spożywczak na Stadionie. Poznałam ekonomistów ze stażem w warszawskich hurtowniach, którzy zakładają prywatny uniwersytet. Elita finansowa, ale i intelektualna Wietnamu otarła się o Stadion. Jest nawet deweloper tworzący osiedle bloków dla tych, którzy wracają. Nazywa je drugim osiedlem Za Żelazną Bramą. Warszawskie punkty odniesienia zostały przeniesione do Wietnamu.
'Podróż do Azji' miała powstać jako projekt teatralny.
Pierwotnie miała być ostatnią z cyklu akcji, których byłam kuratorką w TR Warszawa, ale po projekcie 'Wirus w spektaklu' cykl nie był kontynuowany. Zaprosiłam do teatru dziewczyny z grupy performerskiej Sędzia Główny. Miały zawirusować spektakl 'Magnetyzm serc' w reżyserii Grzegorza Jarzyny. Za zgodą reżysera chciałam połączyć żywioł performance art i teatru - te dziedziny sztuki są przecież teoretycznie sobie bliskie. Artystki weszły w spektakl. Publiczność wydawała im polecenia, one je wypełniały, aktorzy grali. W pewnym momencie ktoś z widzów poprosił o wprowadzenie publiczności na scenę. Performerki zaczęły to robić. Kiedy na scenie stanęło 50 osób, aktorzy zniknęli. Spektakl został przerwany. Wytworzyło się trudne do zniesienia napięcie - to był fascynujący moment. Po chwili widzowie zdecydowali, że wrócą na miejsca. Kiedy spektakl wznowiono, a performerki i aktorzy kontynuowali swoje działania, jeden z aktorów nie wytrzymał i kazał dziewczynom zejść ze sceny. Po tej żywej i niebezpiecznej konfrontacji performance'u z teatrem władze TR stały się mniej przychylne takim działaniom - obawiały się ich nieprzewidywalnego potencjału. 'Wirus' był akcją mocno dyskutowaną w świecie sztuki - jej dokumentacja znajduje się w kolekcji Zachęty, jednak ludzie teatru chcieli o niej jak najszybciej zapomnieć, jak o złym śnie. Od tego czasu coraz bardziej interesuje mnie badanie obszaru pomiędzy sztuką a teatrem. Inspirują mnie działania między innymi teatru Akademia Ruchu czy niemieckiego artysty Tino Sehgala. Fascynuje mnie też przenikanie się fikcji i realności oraz dokonywanie przesunięć w postrzeganiu rzeczywistości za pomocą sztuki. Do tego odsyła również nazwa prowadzonej przeze mnie półformalnej Fundacji Laury Palmer.
Był dla mnie zaskakującym odkryciem. W środku postkomunistycznej stolicy wyrasta widowiskowa, jakby antyczna ruina ośrodka sportowego, który został zbudowany w latach 1954-55 z gruzów zburzonej Warszawy. Wokół działało miasteczko wietnamskie. To miejsce przez ostatnich kilkanaście lat funkcjonowało jak miasto w mieście. Botanicy szukali tam roślin, archeologowie - fragmentów średniowiecznej Warszawy, antropolodzy - legend miejskich. Mnie udało się wprowadzić na Stadion artystów. Zrealizowałam tam siedem projektów. Powstały inscenizowane spacery, fikcyjne mecze, audycje w niedzielnym radiowęźle i nocny spektakl na placu budowy.
Co zobaczyłaś tam za pierwszym razem?
Przede wszystkim zdałam sobie sprawę, że w Polsce żyje niewidzialna mniejszość - Wietnamczycy. Co setny mieszkaniec Warszawy jest Wietnamczykiem, ale są zupełnie niewidoczni. Na obrzeżach Stadionu funkcjonuje cały sektor wietnamski zwany 'białym domem', chaotyczne miejsce z ulicami, sklepami, wypożyczalnią płyt do karaoke, domem kultury, a nawet buddyjską pagodą. Spacerując tam, doświadczyłam dezorientacji we własnym mieście. Stałam się mniejszością. Za pierwszym razem czułam się nawet zagrożona.
Bo znalazłaś się w miejscu, którego zupełnie nie znasz?
Nie tylko. Mogę przecież pojechać na Grochów, który też jest mi mało znany, i również doświadczyć zagubienia. Znalazłam się w obszarze, który rządzi się odmiennymi prawami. O 2.30, kiedy Warszawa jest zupełnie wymarła, przed Stadionem stoi - jeszcze dziś - sznur taksówek. Ludzie przyjeżdżają do pracy. Już w południe stragany się zamykają, miejsce pustoszeje, zlatują się stada ptaków, w pustych alejkach walają się kartony i sterty odpadów. Chwilę później pojawiają się śmieciarki. O drugiej po południu jest już cicho i spokojnie - jak wieczorem w mieście. Nierealność tego miejsca działała na wyobraźnię. Berliński artysta i radiowiec Pit Schultz, z którym współpracowałam przy projekcie 'Radio Stadion nadaje', nazwał Stadion połączeniem mauzoleum socrealizmu, azteckiej świątyni, labiryntu ogródków działkowych i falistych blach.
'Podróż do Azji' miała przybliżyć świat Wietnamczyków?
Projekt powstał we współpracy z Anią Gajewską, autorką filmu dokumentalnego 'Warszawiacy' o społeczności wietnamskiej w mieście, i z Ngo Van Tuongiem, wietnamskim dziennikarzem opozycyjnym. Jego głos nagrany w MP3 prowadził uczestników 'Podróży do Azji' po targowisku. Bardzo istotne było, żeby projekt nie urzeczowił Wietnamczyków i nie uczynił z nich atrakcji turystycznej. Ich codzienne życie i praca nie uległy zmianie. Wielu nie wiedziało, że na bazarze dzieje się coś szczególnego. Spacer nawiązywał do miejskiej włóczęgi, jaką uprawiali sytuacjoniści, realizował też ideę akcji, w której ważny jest sam uczestnik, a nie tylko przedmiot przez niego oglądany. 'Podróż do Azji' miała kreować - jak mówił artysta Oskar Hansen - 'przestrzeń poznawczą poprzez sztukę'. Projekt niemal w całości odbywał się w wyobraźni uczestników. Dziennikarze telewizyjni byli rozczarowani. Pytali: 'Gdzie jest ten projekt? Co filmować? Ludzi spacerujących po Stadionie?'.
'Podróż do Azji' rozpoczynała się na stacji PKP Warszawa Powiśle na wprost Muzeum Narodowego.
Widzowie rejestrowali się w specjalnym check-inie, gdzie Wietnamki dawały im bilety, odtwarzacz MP3, mapę trasy z punktami, w których należało włączać kolejne utwory, kraciastą torbę z towarem, którą trzeba było dostarczyć do jednego ze stanowisk, oraz pięć tysięcy wietnamskich dongów, za które można było kupić coś w małym sklepiku. Pierwszy etap polegał na przeprawieniu się pociągiem spod muzeum do stacji Warszawa Stadion. Przejazd zajmował zaledwie trzy minuty - zależało nam na tym, żeby pokazać, jak niewielki dystans dzieli centrum miasta od Stadionu. Pociąg po przekroczeniu Wisły wbijał się pomiędzy stragany sektora wietnamskiego. Tam zaczynał się inny sposób percepcji rzeczywistości. Widz z ciężką torbą lądował na peronie.
Skąd pomysł na torbę?
Z jednej strony to był typowy bazarowy gadżet, z drugiej - gwarancja niewidzialności, proste powtórzenie gestu, który codziennie wykonują jadący do pracy Wietnamczycy. Niosąc torbę, uczestnik stawał się jedną z setek osób, które wysiadają codziennie na stacji PKP Stadion i wędrują wśród straganów. To był sposób na upodobnienie się do otoczenia, a jednocześnie prawie jedyny materialny ślad projektu.
Oglądając fotografie dokumentujące akcję, trudno uwierzyć, że zdjęcia zostały zrobione w Polsce. Wydaje się, że pochodzą z jakiegoś azjatyckiego miasta.
Od egzotyczności i orientalizacji tego miejsca trudno uciec. Też tak je postrzegałam, kiedy pojechałam na Stadion pierwszy raz. Z czasem zaczęłam poznawać specyfikę miejsca i społeczności. Przestałam być bezkrytyczna. W jednym ze stadionowych barów umieściliśmy plakat Alisy Anh Kotmair, amerykańsko-wietnamskiej artystki feministycznej z Berlina. Przedstawia kobietę palącą papierosa. Dla Wietnamczyków, którzy odtworzyli tutaj patriarchalny wzorzec swojej kultury, był to plakat kontrowersyjny. Widok palącej publicznie kobiety wywołuje tam podobne reakcje jak w latach 30. w Europie. Kobieta z plakatu miała też tatuaż i odkryte ramiona. Plakat zadziałał jak wirus.
Kogo spotykali uczestnicy na trasie 'Podróży do Azji'?
Ludzi pracujących na Stadionie. Na placu pod wiaduktem zauważali tak zwanych taksówkarzy przewożących towary na metalowych wózkach, inaczej nazywanych 'uwagami'. Taksówkarzami zostają ci, którzy dopiero przyjechali do Polski i mają ogromne długi do spłacenia. Jedyne słowo, które znają po polsku, to 'uwaga!' - gdy przeciskają się po wąskich alejkach. W alejce z barami na widzów czekali aktywiści Ton Van Anh i Robert Krzysztoń. Opowiadali o genezie pobytu Wietnamczyków w Polsce, opresjach, działaniach ambasady, wietnamskich służb specjalnych i deportacjach czarterowych. Ton Van Ahn to radykalna opozycjonistka. Podobno w Wietnamie grozi jej nawet kara śmierci. Jej partner -Robert Krzysztoń, członek KOR-u i Stowarzyszenia Wolnego Słowa, działa dziś na rzecz Wietnamczyków. Deklarują, że nie pobiorą się, dopóki ona sama nie wywalczy sobie obywatelstwa polskiego. Nie chce go zdobyć przez małżeństwo.
Co obecnie się dzieje z bazarem?
Powoli przestaje istnieć. Benjamin Cope, angielski kurator i muzyk mieszkający w Polsce, pisze w książce 'Stadion X. Miejsce, którego nie było' o kakofonii Jarmarku Europa. Spostrzega, że wraz ze znikającym bazarem odejdzie era hałasu, epoka, w której istniała przestrzeń konfliktu dźwięków charakterystyczna dla bazarów Azji Środkowej, na rzecz bezwyrazowej muzyki w supermarketach wpływającej tylko na hormon zakupów. Stadion urósł do rangi symbolu. Znany jest nie tylko wśród diaspory wietnamskiej w Europie Środkowej, ale i w Azji. W zeszłym roku byłam w Hanoi i znajomi Wietnamczycy, którzy wrócili z Warszawy do Wietnamu, pokazywali mi najlepszą restaurację w mieście prowadzoną przez człowieka, który miał spożywczak na Stadionie. Poznałam ekonomistów ze stażem w warszawskich hurtowniach, którzy zakładają prywatny uniwersytet. Elita finansowa, ale i intelektualna Wietnamu otarła się o Stadion. Jest nawet deweloper tworzący osiedle bloków dla tych, którzy wracają. Nazywa je drugim osiedlem Za Żelazną Bramą. Warszawskie punkty odniesienia zostały przeniesione do Wietnamu.
'Podróż do Azji' miała powstać jako projekt teatralny.
Pierwotnie miała być ostatnią z cyklu akcji, których byłam kuratorką w TR Warszawa, ale po projekcie 'Wirus w spektaklu' cykl nie był kontynuowany. Zaprosiłam do teatru dziewczyny z grupy performerskiej Sędzia Główny. Miały zawirusować spektakl 'Magnetyzm serc' w reżyserii Grzegorza Jarzyny. Za zgodą reżysera chciałam połączyć żywioł performance art i teatru - te dziedziny sztuki są przecież teoretycznie sobie bliskie. Artystki weszły w spektakl. Publiczność wydawała im polecenia, one je wypełniały, aktorzy grali. W pewnym momencie ktoś z widzów poprosił o wprowadzenie publiczności na scenę. Performerki zaczęły to robić. Kiedy na scenie stanęło 50 osób, aktorzy zniknęli. Spektakl został przerwany. Wytworzyło się trudne do zniesienia napięcie - to był fascynujący moment. Po chwili widzowie zdecydowali, że wrócą na miejsca. Kiedy spektakl wznowiono, a performerki i aktorzy kontynuowali swoje działania, jeden z aktorów nie wytrzymał i kazał dziewczynom zejść ze sceny. Po tej żywej i niebezpiecznej konfrontacji performance'u z teatrem władze TR stały się mniej przychylne takim działaniom - obawiały się ich nieprzewidywalnego potencjału. 'Wirus' był akcją mocno dyskutowaną w świecie sztuki - jej dokumentacja znajduje się w kolekcji Zachęty, jednak ludzie teatru chcieli o niej jak najszybciej zapomnieć, jak o złym śnie. Od tego czasu coraz bardziej interesuje mnie badanie obszaru pomiędzy sztuką a teatrem. Inspirują mnie działania między innymi teatru Akademia Ruchu czy niemieckiego artysty Tino Sehgala. Fascynuje mnie też przenikanie się fikcji i realności oraz dokonywanie przesunięć w postrzeganiu rzeczywistości za pomocą sztuki. Do tego odsyła również nazwa prowadzonej przeze mnie półformalnej Fundacji Laury Palmer.
Źródło: Wysokie Obcasy
W numerze z 28 sierpnia
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień



więcej zdjęć




