http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Jak zwykli Amerykanie radzą sobie z kryzysem

tekst Katarzyna Bosacka, Julia Pańków
22.03.2009 , aktualizacja: 26.03.2009 13:12
A A A Drukuj
Popularne są w USA wyprzedaże garażowe i ogródkowe Fot. Dave Robertson / Masterfile Popularne są w USA wyprzedaże garażowe i ogródkowe
Domowe postrzyżyny w gronie kilku koleżanek, wspólne posiłki z przyjaciółmi, sąsiadami, zakupy tylko produktów lokalnych, imprezy połączone z wymianą ubrań i bezgotówkowa wymiana usług. Czyli sprawdzone sposoby na przetrwanie kryzysu
Goście swap party na Brooklynie ubrani są w to, czego już nie chcą. Kiedy przestaje grać muzyka, wymieniają się na ciuch z sąsiadem.
Fot. LUNA/VISUM
Goście swap party na Brooklynie ubrani są w to, czego już nie chcą. Kiedy przestaje grać muzyka, wymieniają się na ciuch z sąsiadem.
W Nowym Jorku na Piątej Alei z wystaw sklepowych zniknęły ceny, a z ulic torby zadrukowane logo luksusowych marek. W dobie kryzysu kłuć w oczy zasobnym portfelem to obciach
Fot. AP
W Nowym Jorku na Piątej Alei z wystaw sklepowych zniknęły ceny, a z ulic torby zadrukowane logo luksusowych marek. W dobie kryzysu kłuć w oczy zasobnym portfelem to obciach
ZOBACZ TAKŻE
Na Piątej Alei z wystaw sklepowych zniknęły ceny. A z ulic torby zadrukowane logo luksusowych marek. W dobie kryzysu kłuć nimi w oczy to obciach. Wielu klientów w poczuciu winy prosi nowojorskich sprzedawców o dyskrecję. Jedwabne szale od Hermesa czy torebki Louis Vuitton, których ceny nierzadko sięgają tysięcy dolarów, pakowane są w zwykłe szare lub białe torby lub po prostu wysyłane do domu. Chyba tylko Karl Lagerfeld cieszy się z kryzysu. Ten jeden z najpotężniejszych na świecie projektantów mody twierdzi, że kryzys wydobędzie z nas to, co najlepsze. 'Jest jak wielkie wiosenne sprzątanie domu - zarówno w sensie moralnym, jak i fizycznym. To trudny moment dla wielu ludzi, ale w końcu naprawdę tego potrzebowaliśmy, bo sprawy zaszły za daleko' - mówił w wywiadzie dla 'Telegraph'. Jakkolwiek cynicznie by to brzmiało w jego ustach, wielu krytyków przyznaje, że kryzys może mieć dobre strony - chociażby powstrzymać lawinę bezsensownej konsumpcji.

Pisma o modzie ogłosiły nowy trend: zakupy we własnej szafie perfekcyjnych kreacji, które już masz. Taki napis pojawił się na okładce styczniowego numeru magazynu 'Harper's Bazaar'. Czy przekonał czytelniczki? Grzebanie we własnej szafie w poszukiwaniu perfekcyjnych kreacji niekoniecznie musi przynieść satysfakcję. Co innego w cudzej. Wymiany ciuchowe, zwane z angielska swap, są popularne już od kilku lat. Na imprezę połączoną z wymianą ubrań do swojego domu w Annandale na przedmieściach Waszyngtonu Lisa Anderson zaprosiła przeszło 20 znajomych. Ja przyszłam z Julie Mudrick, świetnie ubraną 30-latką. Jej mąż Sam jest prawnikiem, zarabia nieźle, ale w czasach kryzysu na podwyżkę nie ma co liczyć. Julie nie pracuje, dopiero co kupili większe mieszkanie, no i trójka małych dzieci to istne skarbonki świnki . - Zasada jest prosta - tłumaczyła mi przed spotkaniem Julie. - Bierzesz z szafy ciuchy, których już nie nosisz, i wraz z butelką wina albo czymś do jedzenia przynosisz na imprezę.

We wtorkowy wieczór dom Lisy wygląda jak ciucholand po dostawie towaru, przy tym świetnie zorganizowany. W każdym pokoju leżą czarne worki i wylewające się z nich sterty ubrań, a na drzwiach wiszą kartki - na drzwiach sypialni: 'S - small', pokoju dzieci: 'M - medium', salonu: 'rozmiary L i XL'. Na dolnym poziomie jest królestwo ułożonych według rozmiarów rzeczy dziecięcych. W przedpokoju wisi rozpiska ze strzałkami, gdzie co można znaleźć. - W łazience i w kuchni są duże lustra, tam będą nasze przymierzalnie - informuje Lisa. Żadnej nie chce się jednak ganiać z byle T-shirtem, więc w pokojach co i rusz któraś świeci golizną. Dużym powodzeniem cieszy się wielka misa z biżuterią stojąca na stole w kuchni, za to nikt nie zwraca uwagi na równiutko ustawione w rządku kilkadziesiąt par butów ('Były słabe' - powie potem Julie).

Po półtorej godziny Julie wychodzi z upolowaną beżową puchówką. - Będę miała na spacery z dziećmi - cieszy się. Wzięła jeszcze białe spodnie, klasyczną kurtkę dżinsową i trochę ciuchów dla dzieci. - Aaa, jeszcze zegarek, bo swój ostatnio zgubiłam - przypomina sobie. Po imprezie ciuchy przez nikogo niechciane zostaną podzielone na dwie grupy. Bluzki i spódnice 'biurowe' Lisa zawiezie do fundacji ułatwiającej kobietom start w biznesie, pozostałe rzeczy odda do Czerwonego Krzyża. Coraz częściej wymiany przestają być wyłącznie prywatną inicjatywą. Niektórym zaczęły patronować, dość niespodziewanie, firmy odzieżowe i pisma o modzie - w Polsce na przykład 'Glamour', który współorganizował taką wymianę w jednym z warszawskich centrów handlowych.

Manoush Zomorodi, dziennikarka telewizyjna mieszkająca w Nowym Jorku, regularnie chodzi na przyjęcia fryzjerskie na Manhattanie. W prywatnych domach. Najnowszym sposobem na kryzys gospodarczy są spotkania kilku koleżanek z dobrym fryzjerem, który godzi się ostrzyc je za cenę dużo niższą niż w zwykłym salonie fryzjerskim. - Za 60 dolców od łebka, ale jego nazwisko musi pozostać anonimowe, podobnie jak nazwa salonu, w którym pracuje. W życiu nie byłoby mnie stać, by tam pójść - tłumaczyła niedawno Manoush Zomorodi 'New York Timesowi' w artykule pod tytułem 'Get bobbed, but don't get clipped', który można przetłumaczyć jako 'Daj się ostrzyc, nie oskubać'.

Dobre koło od roweru, monitor od komputera, sprawny stolik, książki - takie skarby leżą na ulicach wielkich miast. Są tacy, którzy po nie sięgają. Parę lat temu nowojorski aktywista Jim Nachlin takim poszukiwaczom postanowił dodatkowo pomóc. Na stronie www.garbagescout.com zamieścił mapę miasta. Każdy, kto zauważy na ulicy interesująco wyglądające śmieci, może je sfotografować i wysłać zdjęcie, by inni mogli znalezisko ocenić. Nachlin przez lata był zapalonym zbieraczem, ale często nie mógł się oprzeć i zabierał rzeczy niepotrzebne. 'Dzięki tej stronie już nie muszę zabierać rzeczy do domu, tylko robię im zdjęcia' - pisze. Jedyny warunek, jaki stawia użytkownikom, jest taki, żeby nie wysyłali zdjęć zdechłych szczurów ani przedmiotów pokrytych obrzydliwą substancją.

Potrzebuję: szczura płci żeńskiej młodego i zdrowego. Oddam: czekoladowe ciasto wegańskie, korepetycje z angielskiego. To tylko parę przykładów propozycji wymiany towarów i usług, które można znaleźć w śląskim serwisie LETS , jednym z kilku działających w Polsce. LETS to międzynarodowy ruch bezgotówkowej wymiany usług. Jego nazwa jest skrótem od słów Local Exchange Trading Systems, czyli lokalny system wymiany usług. Ruch rozpoczął się na początku lat 80. w Kanadzie, dziś działa mniej lub bardziej intensywnie w wielu miastach na niemal wszystkich kontynentach. Sprawdza się przede wszystkim w małych społecznościach lokalnych. Wymiana towarów i usług zastępuje pieniądz. Ktoś, kto chce w tym systemie uczyć angielskiego, nie dostanie za to pieniędzy, tylko punkty. Potem może je wydać - kiedy na przykład potrzebuje pomocy przy cyklinowaniu podłogi. Nie ma podziału na usługi tańsze i droższe. Opieka nad dzieckiem kosztuje tyle samo co porada prawnicza.

Amerykański pomysł na oszczędne posiłki to 'kolacje kooperacje' (dinner co-op). Praktykuje je wielu studentów, którzy w grupie kilku osób wyznaczają dyżury. W poniedziałek ciepłą kolację dla wszystkich gotuje Samanta, we wtorek Samuel, w środę Rose... Takie grupy mogą liczyć nawet kilkanaście osób, wtedy dyżur kulinarny w akademiku wypada dwa razy w miesiącu. Dzięki 'kolacji kooperacji' oszczędzają wszyscy - nie muszą chodzić do knajp, gotowanie większych porcji wychodzi taniej, nie muszą co wieczór ślęczeć w kuchni, no i ciągle próbują nowych potraw. Innym wariantem 'kolacji kooperacji' jest wspólne ugotowanie posiłków na cały tydzień i podzielenie się nimi z przyjaciółmi. Amerykanie są mistrzyniami przyjęć składkowych. Kiedy zapraszasz gości, niemal każdy bez pytania przynosi coś ze sobą. Ostatnio coraz popularniejsze są tzw. progressive dinners, czyli 'postępujące kolacje'. Kilka rodzin w sąsiedztwie umawia się na wspólny posiłek, z tym że w każdym domu zjada się różne dania. U pierwszego sąsiada - przystawki, u drugiego - małe ciepłe danie, kolejni serwują danie główne, jeszcze inni - desery.

Kanadyjskie małżeństwo Alisa Smith i James B. MacKinnon lato 2005 roku spędzało w swoim domku na wsi. Postanowili zabawić się w pierwszych osadników i jeść tylko to, co pochodzi z najbliższej okolicy. Złowili pstrąga, nazbierali grzybów, przynieśli jabłka z sadu. Jedli tylko te potrawy, których źródło znali. Po powrocie do Vancouver postanowili przedłużyć eksperyment. Zaczęli od dokładnego sprawdzenia, skąd pochodzą produkty, które można znaleźć na sklepowych półkach, i jak długo podróżowały. Wynik tego śledztwa był szokujący. Jabłko w Kanadzie podróżuje średnio 1,5 tys. mil, zanim trafi do klienta. Z innymi produktami jest jeszcze gorzej. Utrzymać dietę w mieście nie było łatwo, przez siedem miesięcy Smith i Kinnon nie mogli znaleźć w swojej okolicy nikogo, kto uprawiałby zboże. Byli skazani na ziemniaki. Z czasem jednak odkryli coraz więcej wcześniej nieznanych produktów i zapewniają, że niedożywienie im nie groziło. Autorzy eksperymentu dokumentowali swoje doświadczenia na blogu 100milediet.org, a po jego zakończeniu wydali książkę 'The 100-Mile Diet: A Year of Local Eating'. Dziś przyznają, że nie przestrzegają już zasad tej diety fanatycznie (wyjątek dla czekolady, oliwek i piwa).

Zwolennicy jedzenia tylko tego, co lokalne, to już całkiem spory ruch, który doczekał się nazwy - locavorians. Rzecznicy tej diety posługują się specjalnym przelicznikiem - food miles, czyli średnią liczbą kilometrów, którą odbywa dany produkt, zanim trafi na stół. Po polsku można by go nazwać jedzeniokilometrem. Termin 'food miles' pojawił się w latach 90. w Wielkiej Brytanii.

Rezygnując z kupowania przywożonej żywności, minimalizujemy emisję dwutlenku węgla. Poza tym dieta lokalna jest zdrowa, bo organizm człowieka najlepiej przyswaja produkty pochodzące z własnej strefy klimatycznej, ale też dlatego, że automatycznie wyklucza jedzenie produktów silnie przetworzonych, zamrożonych, zakonserwowanych. Możemy nawet zyskać przyjaciół - jak podają Smith i MacKinnon na swojej stronie www.100milediet.org - osoby kupujące lokalnie rozmawiają ze sprzedawcami średnio dziesięć razy więcej niż kupujący w normalnych sklepach! Czy taka żywność jest tańsza? Tak, bo kupujemy tylko to, co naprawdę potrzebne. Trend podchwyciły już nawet niektóre supermarkety, tworząc specjalne działy z lokalną żywnością, a także restauracje, na razie głównie w Kanadzie i USA.

Podziel się