http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Potwór, nie matka

rozmawiała Mariola Wiktor
2009-03-22, ostatnia aktualizacja 2009-03-22 10:32

Laura Linney (od lewej), Colin Firth, center i Emma Thompson piją drinki na przyjęciu po ceremonii rozdania Złotych Globów
Laura Linney (od lewej), Colin Firth, center i Emma Thompson piją drinki na przyjęciu po ceremonii rozdania Złotych Globów
Fot. Kevork Djansezian / AP

Z Emmą Thompson rozmawia Mariola Wiktor

<b>'Powrót do Brideshead'</b> , reż. Julian Jarrold, 2008 r. Przygotowując się do roli ultrakatolickiej arystokratki,  Emma Thompson konsultowała się z Watykanem i księciem Karolem
Fot. Gutek Film
'Powrót do Brideshead' , reż. Julian Jarrold, 2008 r. Przygotowując się do roli ultrakatolickiej arystokratki, Emma Thompson konsultowała się z Watykanem i księciem Karolem
ZOBACZ TAKŻE




Mój ślub był kompletnie niezgodny z nauką Kościoła. Podobnie jak metoda in vitro, dzięki której po wielu nieudanych próbach udało mi się zajść w ciążę

Lubi pani prowokować, drażnić, wsadzać kij w mrowisko?

Jeżeli ktoś tak o mnie myśli, to pewnie dlatego, że nienawidzę hipokryzji. Może czasami jestem za bardzo szczera, a za mało dyplomatyczna? To wcale nie ułatwia mi życia. Bywa i tak, że zabieram głos w słusznej sprawie, ale jak się potem okazuje - w nieodpowiednim miejscu i czasie. Albo z kolei moje żarty brane są całkiem na serio. Jednak nie robię tego specjalnie. Nie mam natury i temperamentu skandalistki. Irytuje mnie tylko to, że poglądy stają się niewygodne na ogół wtedy, gdy zaczynamy mówić o takich sprawach jak polityka, wiara czy sfera obyczajowa, a kiedy dyskutujemy o sztuce i rozrywce, to nie ma problemu.

Pamiętam dobrze, jak kilka lat temu w Wenecji broniła pani Christophera Hamptona, reżysera filmu 'Mroczna Argentyna', który został niemal wygwizdany przez publiczność.

To był film o terrorze junty Pinocheta, a więc znów polityka i historia. Metody, jakimi walczono wtedy z prawdziwymi albo urojonymi politycznymi przeciwnikami, niewiele różniły się od tych, które stosowali naziści. Ludziom nie spodobało się to, że zastosowaliśmy konwencje musicalu i realizmu magicznego w scenach tortur. Kiedy Benigni zrobił 'Życie jest piękne' o kłamstwie obozu koncentracyjnego, nikt się nie oburzał. My tymczasem chcieliśmy zmusić ludzi do dyskusji o tamtych tragicznych czasach w Argentynie, do wstrząsu i refleksji nad okrucieństwem oraz zanikiem humanizmu, tyle że zrobiliśmy to w niekonwencjonalny sposób. Myślę, że ten film szczególnie teraz, gdy wisi nad nami widmo terroryzmu, pozostaje bardzo aktualny.

Jest pani przekorna. No bo jak inaczej powiedzieć, gdy zaprzysięgła ateistka, kobieta obyczajowo wyzwolona podejmuje się zagrania roli ultrakatolickiej arystokratki w filmie 'Znowu w Brideshead'?

Owszem, jestem ateistką. Nie zmienił się mój stosunek do religii, choć zrozumiałam, że może ona nieść otuchę i pocieszenie w trudnych momentach życia. To wspaniałe móc wierzyć. Jednak nadal, gdybym mogła powtórzyć moje życie, to najpierw zdecydowałabym się na macierzyństwo, a dopiero potem na ślub, tak jak to zrobiłam, bo wciąż uważam, że to wspaniałe przeżycie dla dziecka, gdy jest świadkiem przysięgi miłości rodziców. A to kompletnie niezgodne z nauką Kościoła. Podobnie jak metoda in vitro, dzięki której po wielu nieudanych próbach udało mi się zajść w ciążę. Odbieranie parom, które nie mogą naturalnie począć dziecka, prawa do tego zabiegu jest dla mnie niedopuszczalne i niehumanitarne. Jednak pani miesza dwie różne rzeczy. Największą satysfakcję daje każdemu aktorowi granie wbrew sobie. Chodzi nie tylko o wygląd, ale przede wszystkim o własną osobowość, poglądy, charakter. Byłam w siódmym niebie, kiedy zaproponowano mi rolę błazna w 'Królu Learze'. Zagrałam aseksualnego kalekę. Wreszcie nie musiałam zachowywać się jak kobieta, która musi spełniać rozmaite społeczne oczekiwania, ale jak ktoś, kto uchodzi za jeszcze pośledniejszy gatunek człowieka. To bardzo wyzwalające i inspirujące doświadczenie. Nie chcę grać dyżurnych babć ani stereotypowych matek tylko dlatego, że niedługo skończę 50 lat.

Lady Marchmain z filmu 'Powrót do Brideshead' też jest matką, ale bardzo nietypową.

To niezwykle skomplikowana kobieta. Na pierwszy rzut oka potwór, nie matka. Zimna, okrutna, despotyczna. Ktoś, kto niszczy szczęście własnych dzieci, ignorując ich indywidualne wybory uczuciowe i moralne. Jednak kiedy zaczęłam studiować tę postać głębiej, zrozumiałam, że lady Marchmain naprawdę szczerze wierzy w to, że tylko życie w całkowitym posłuszeństwie Bogu i przykazaniom Kościoła uchroni jej dzieci przed wiecznym potępieniem i zapewni im zbawienie. Pomyślałam sobie, że - paradoksalnie - ona działa z podobnych pobudek jak ja, kiedy martwię się o moją dziesięcioletnią córkę Gaię i zabraniam jej na przykład przebiegania ruchliwej ulicy w nieoznakowanym miejscu. Wydaje mi się, że jeśli tego nie zrobię, to coś złego jej się stanie, a ja nie będę potem mogła sobie wybaczyć, że jako matka nie zrobiłam wszystkiego, by zniechęcić moje dziecko do takiego zachowania. To jest podobny mechanizm, choć oczywiście w innej skali, dzieci mojej bohaterki są już dorosłymi ludźmi. Tym boleśniejszy jest potem dramat lady Marchmain, która wierząc, że robi dla swoich dzieci jak najlepiej, zaczyna dostrzegać, do jakich tragedii doprowadziło jej zaślepienie. Wątek braci, którzy zginęli w czasie I wojny światowej, a potem męża, który nie mogąc znieść postępującej dewocji żony, opuścił ją dla kochanki i dolce vita we Włoszech, tłumaczy także, dlaczego jej wiara została wypaczona.

"Powrót do Brideshead"




Czy to prawda, że przygotowując się do roli, dzwoniła pani do Watykanu? Musi być pani odważną kobietą.

(śmiech!) Nie, to nie jest jakaś szczególna odwaga! Raczej profesjonalne podejście do zawodu. Zawsze uważałam, że trzeba się uczyć od najlepszych i nie bać się mierzyć wysoko. Nie miałam żadnych kompleksów, dzwoniąc do Watykanu. To, że jestem ateistką i mówię o tym otwarcie, nie przestraszyło księdza, którego do mnie oddelegowano. Okazał się całkiem sympatycznym i tolerancyjnym człowiekiem. Długo rozmawialiśmy o religii. Chodziłam do katolickich kościołów, czytałam Biblię. Spróbowałam także modlitwy. Chciałam maksymalnie zanurzyć się w ten obcy dla mnie świat, zgłębić go, zrozumieć. Niezależnie od kontaktu z Watykanem zadzwoniłam też do księcia Karola. Lady Marchmain to także arystokratka. Książę udzielił mi kilku rad, jak powinnam się zachowywać. Na przykład zalecił, bym zawsze pamiętała o trzymaniu łokci jak najbliżej ciała, gdy zasiadam do stołu. Nie, oczywiście żartuję. Takie rzeczy wie każdy kulturalny i obyty towarzysko człowiek. Rozmawialiśmy ogólnie o arystokracji angielskiej w latach 20. i 30. oraz o powieści Evelyna Arthura Waugh, na podstawie której powstał scenariusz filmu.

Znana jest pani nie tylko z aktorstwa, ale i pomagania ludziom.

Nie wierzę w Boga, absolut, utopie, ale w to, że sami możemy uczynić ten świat trochę lepszym. Nie przez modlitwy czy przesiadywanie w kościele, ale akcje charytatywne, w których biorę udział. Nie chodzi o to, by pokazać, jaka to jestem szlachetna i empatyczna, bo martwię się o los mieszkańców Trzeciego Świata, ale o to, by pomóc tym ludziom w wyrównaniu szans. Chodzi nie tylko o tak podstawowe rzeczy jak dostarczenie jedzenia, wody, leków, ale o zmianę ich świadomości. Organizacja ActionAid, którą wspieram, pomaga ludziom dochodzić swoich praw do posiadania swojej żywności czy mienia na drodze sądowej. Irytuje mnie hipokryzja wielkich światowych koncernów, polityków, banków mających o wiele większe możliwości manewru i środki, które można by przeznaczyć na akcje charytatywne, ale jeśli nie mają na danym obszarze jakichś swoich ukrytych interesów, zwykle, niestety, kończy się na pięknych, ale pustych deklaracjach. Mam także adoptowanego syna z Ruandy. Tindy ma już 21 lat, świetnie się uczy i wyrasta na wartościowego człowieka. Nie planowaliśmy z mężem tej adopcji. Spotkałam go kiedyś na przyjęciu do spraw uchodźców w Londynie. Miał wtedy 14 lat. Nie miał tutaj nikogo, więc na święta zaprosiliśmy go do domu. Polubiliśmy go. Tindy zaczął przychodzić coraz częściej. Aż w końcu stał się częścią naszej rodziny.

Obecnego męża - aktora Grega Wise'a - spotkała pani 14 lat temu, kiedy pani zwątpiła, że uda się jej stworzyć pełną i szczęśliwą rodzinę.

To był trudny czas. Rozstałam się z Kennethem Branaghem, moim pierwszym mężem. Byłam w depresji. Miałam 36 lat, czułam się źle ze sobą, nie miałam dla kogo żyć. Nie mieliśmy dzieci. Bilans mojego życia nie był wesoły. Budziłam się rano i nie chciało mi się wstawać z łóżka. Dobrze, że miałam pracę, bo wyrywała mnie z marazmu. Grega poznałam na planie serialu telewizyjnego. Rozczulił mnie, pichcąc dla mnie jedzenie, kiedy po pracy smutna i zmęczona wracałam do domu. On był przeciwieństwem Kena. Spokojny domator, choć o wiele bardziej zamknięty, emocjonalnie stłumiony, ale to mi chyba odpowiadało. Wyciszyłam się przy nim, nie musiałam nic nikomu udowadniać, czułam się swobodniej. Kiedy urodziła się nasza córka Gaia, kończyłam 40 lat, a więc to był chyba ostatni moment na macierzyństwo. Jestem szczęściarą. Dostałam od losu drugą szansę.

Źródło: Wysokie Obcasy
  • Potwór, nie matka alekloco 24.03.09, 11:53

    Pinochet to Chile a nie Argentyna. W tej ostatniej była junta generałów zJorge Videlem na czele. Alekloco»

W numerze z 4 września