Zapijanie się na śmierć całych narodów to nie jest zagadnienie medyczne, genetyczne, biologiczne, ale społeczne. To choroba socjalna - mówi narkolożka Lubow Passar.
Z doktor Lubow Passar, udehejską lekarką narkologiem i psychiatrą ze wschodniej Syberii, rozmawia Jacek Hugo-Bader
ZOBACZ WIDEO
ZOBACZ TAKŻE
- Westalki Stalina (02-02-10, 01:00)
- Święto brzucha (20-02-10, 17:00)
- Mój anioł jest kobietą (11-04-09, 22:00)
- Biała gorączka czyli jak piją na Syberii (25-12-08, 18:00)
- Rosja z wirusem HIV (02-12-08, 17:18)
- 296 godzin (15-07-08, 01:00)
- Maską w stronę wiatru (08-07-08, 01:00)
- Psy Moskwy (13-05-08, 01:00)
- Alkoholiczki. Fragment książki Ewy Woydyłło "Sekrety kobiet" (05-03-05, 01:00)
- Dorosłe dzieci alkoholików (03-03-04, 00:00)
Czym zajmuje się narkolog?
Leczeniem uzależnień. Ja specjalizuję się w alkoholizmie. Mam 1757 pacjentów. Mój gabinet należy do szpitala psychiatrycznego miasta Chabarowska.
Ale to zwykłe mieszkanie na parterze w ohydnym, odrapanym bloku na osiedlu Niekrasowka.
Od 22 lat w tym samym miejscu.
A robili ci kiedyś remont?
Ale moi pacjenci dobrze się w nim czują! Tutaj nie wstydzą się przychodzić tak jak do psychiatryka. Od 16 lat prowadzę także praktykę w formie wyjazdowej. Jeżdżę po całym rosyjskim Dalekim Wschodzie do wiosek zamieszkanych przez rdzenną ludność, przez syberyjskich aborygenów.
I co?
Widzę, że giną, wymierają. Zagłada. Fizyczne unicestwienie. Całe narody zapijają się na śmierć i znikają z powierzchni ziemi.
Ty też jesteś aborygenką.
Tak. Udehejką.
To bardzo mały naród. W moim spisie rdzennych narodów Syberii napisane jest, że żyje już tylko 1657 Udehejczyków. Cały naród! Mniej niż pacjentów w twoim gabinecie.
Są mniejsze. I wszyscy przyjmują mnie jak swoją. Ewenkowie, Eweni, Ulczowie, Nanajowie, Udehejczycy. Praca z nimi nie należy do moich obowiązków. Jeżdżę do nich, bo mnie serce boli, kiedy patrzę, co się dzieje z moim ludem, bo mnie błagają o pomoc. Rosjanie oczywiście także strasznie piją, ale rdzenni mieszkańcy... Przerażające. Zwyczajny holocaust. Do tego ginie najmłodsza, wydałoby się, najbardziej perspektywiczna grupa ludzi, głównie mężczyźni. Giną w straszny sposób. Napił się i zastrzelił albo powiesił, położył na torach. Mamy do czynienia z plagą samobójstw. I morderstw. Albo wypadł w zimie z łódki, samochód go przejechał, spalił się, zamarzł albo zwyczajnie zapił.
Zawsze jest to śmierć związana z wódką.
Tak. Nie jest już tajemnicą, że rdzenne narody żyjące na północy mają genetyczne predyspozycje do alkoholizmu. Na to nic nie można poradzić. Od tysięcy lat żyjemy na terenach, gdzie niewiele rośnie, bo takie surowe panują warunki. Odżywialiśmy się tylko mięsem, nabiałem i rybami, więc w procesie ewolucji wykształciła się u nas białkowo-tłuszczowa przemiana materii. Ty, jak wszyscy ludzie rasy indoeuropejskiej, masz białkowo-węglowodanowy typ przemiany materii, bo setki, tysiące lat odżywiacie się głównie pokarmami roślinnymi.
No i jak to się ma do wódki?
Tak, że jak każdy alkohol robiona jest ze zboża, kartofli albo owoców. Żeby go przepracować, zutylizować w organizmie, potrzebny jest pewien ferment, którego w twoim organizmie jest pod dostatkiem, a w moim bardzo mało, bo mam inną przemianę materii. Taka fizjologia.
Co się dzieje, kiedy wypijesz?
Mój organizm nie utylizuje alkoholu jak każdej trucizny, prawie z nim nie walczy, więc wódka robi, co chce. Głównie w systemie nerwowym, w mózgu. Człowiek jest bardzo agresywny, emocjonalny, ekspresyjny. Ale niedawno cieplej zrobiło mi się na sercu. Wróciłam z wioski Ajamo, w której pierwszy raz byłam osiem lat temu. Miałam 30 pacjentów. Z tej grupy do dzisiaj nie pije siedem osób.
Ponad 25-procentowa skuteczność.
Najważniejsze, że w tej grupie było kilka wielodzietnych matek. W tym czasie udało im się odchować dzieci, bo wcześniej włóczyły się po wiosce jak bezpańskie, bezdomne psy. Wygrzebywały jedzenie w śmietnikach. Leczyć tak bardzo prostych, kołchozowych ludzi to nadzwyczaj niewdzięczne zajęcie. Żadne finezyjne psychoterapie, nie mówiąc o grupowych, nie wchodzą w rachubę. Zwyczajnie włączam u chorego najbardziej podstawowy ze wszystkich instynkt samozachowawczy w postaci środka chemicznego - esperalu. Pacjent wie, że z tym nie da się pić. Wytwarzam chemiczny wstręt do alkoholu. Mogę tego dokonać także dzięki hipnozie. Nazywamy to kadirowaniem.
Leczeniem uzależnień. Ja specjalizuję się w alkoholizmie. Mam 1757 pacjentów. Mój gabinet należy do szpitala psychiatrycznego miasta Chabarowska.
Ale to zwykłe mieszkanie na parterze w ohydnym, odrapanym bloku na osiedlu Niekrasowka.
Od 22 lat w tym samym miejscu.
A robili ci kiedyś remont?
Ale moi pacjenci dobrze się w nim czują! Tutaj nie wstydzą się przychodzić tak jak do psychiatryka. Od 16 lat prowadzę także praktykę w formie wyjazdowej. Jeżdżę po całym rosyjskim Dalekim Wschodzie do wiosek zamieszkanych przez rdzenną ludność, przez syberyjskich aborygenów.
I co?
Widzę, że giną, wymierają. Zagłada. Fizyczne unicestwienie. Całe narody zapijają się na śmierć i znikają z powierzchni ziemi.
Ty też jesteś aborygenką.
Tak. Udehejką.
To bardzo mały naród. W moim spisie rdzennych narodów Syberii napisane jest, że żyje już tylko 1657 Udehejczyków. Cały naród! Mniej niż pacjentów w twoim gabinecie.
Są mniejsze. I wszyscy przyjmują mnie jak swoją. Ewenkowie, Eweni, Ulczowie, Nanajowie, Udehejczycy. Praca z nimi nie należy do moich obowiązków. Jeżdżę do nich, bo mnie serce boli, kiedy patrzę, co się dzieje z moim ludem, bo mnie błagają o pomoc. Rosjanie oczywiście także strasznie piją, ale rdzenni mieszkańcy... Przerażające. Zwyczajny holocaust. Do tego ginie najmłodsza, wydałoby się, najbardziej perspektywiczna grupa ludzi, głównie mężczyźni. Giną w straszny sposób. Napił się i zastrzelił albo powiesił, położył na torach. Mamy do czynienia z plagą samobójstw. I morderstw. Albo wypadł w zimie z łódki, samochód go przejechał, spalił się, zamarzł albo zwyczajnie zapił.
Zawsze jest to śmierć związana z wódką.
Tak. Nie jest już tajemnicą, że rdzenne narody żyjące na północy mają genetyczne predyspozycje do alkoholizmu. Na to nic nie można poradzić. Od tysięcy lat żyjemy na terenach, gdzie niewiele rośnie, bo takie surowe panują warunki. Odżywialiśmy się tylko mięsem, nabiałem i rybami, więc w procesie ewolucji wykształciła się u nas białkowo-tłuszczowa przemiana materii. Ty, jak wszyscy ludzie rasy indoeuropejskiej, masz białkowo-węglowodanowy typ przemiany materii, bo setki, tysiące lat odżywiacie się głównie pokarmami roślinnymi.
No i jak to się ma do wódki?
Tak, że jak każdy alkohol robiona jest ze zboża, kartofli albo owoców. Żeby go przepracować, zutylizować w organizmie, potrzebny jest pewien ferment, którego w twoim organizmie jest pod dostatkiem, a w moim bardzo mało, bo mam inną przemianę materii. Taka fizjologia.
Co się dzieje, kiedy wypijesz?
Mój organizm nie utylizuje alkoholu jak każdej trucizny, prawie z nim nie walczy, więc wódka robi, co chce. Głównie w systemie nerwowym, w mózgu. Człowiek jest bardzo agresywny, emocjonalny, ekspresyjny. Ale niedawno cieplej zrobiło mi się na sercu. Wróciłam z wioski Ajamo, w której pierwszy raz byłam osiem lat temu. Miałam 30 pacjentów. Z tej grupy do dzisiaj nie pije siedem osób.
Ponad 25-procentowa skuteczność.
Najważniejsze, że w tej grupie było kilka wielodzietnych matek. W tym czasie udało im się odchować dzieci, bo wcześniej włóczyły się po wiosce jak bezpańskie, bezdomne psy. Wygrzebywały jedzenie w śmietnikach. Leczyć tak bardzo prostych, kołchozowych ludzi to nadzwyczaj niewdzięczne zajęcie. Żadne finezyjne psychoterapie, nie mówiąc o grupowych, nie wchodzą w rachubę. Zwyczajnie włączam u chorego najbardziej podstawowy ze wszystkich instynkt samozachowawczy w postaci środka chemicznego - esperalu. Pacjent wie, że z tym nie da się pić. Wytwarzam chemiczny wstręt do alkoholu. Mogę tego dokonać także dzięki hipnozie. Nazywamy to kadirowaniem.
Czyli kodowaniem wstrętu. Słyszałem! Szczytowe osiągnięcie radzieckiej psychiatrii. Wmawiacie pacjentowi, że jak się napije, to odpadną mu jądra.
W przybliżeniu tak to działa. Ale u kołchoźników, pasterzy, myśliwych najczęściej wszywam chemię na pół roku albo rok i wtedy człowiek nie pije. Potem znowu przychodzi, to znowu mu wszywam esperal. Taki styl życia. Cykliczność jak w przyrodzie. Po zimie przychodzi wiosna, a po wiośnie lato. Często kombinują tak, żeby pić tylko w zimie, kiedy nie mają roboty. Mam stałych klientów, którzy nie piją dwa-trzy lata i zbierają pieniądze, bo wiedzą, że wreszcie ruszą w tango i trafią do mojego gabinetu w bardzo ciężkim stanie. Oszczędzają na dobre leczenie. Normalnie planują pijackie ciągi. W Rosji za darmo jest tylko detoksykacja i każdemu należy się na żądanie. Leczenie alkoholizmu jest płatne. Tym bardziej że ja wspomagam je bioenergetycznie.
Masz taką siłę?
Mam. Oczyszczam pole energetyczne pacjenta. Oczywiście nie uczyli mnie tego w akademii medycznej. Dopiero 20 lat temu poczułam w sobie moc. A mam 50.
To świetnie się składa. Bo to dokładnie tyle co ja i książka 'Reportaż z XXI wieku', której śladem wędruję od kilku miesięcy przez całą Rosję. Solowo, ruskim dżipem, czyli łazikiem, z Moskwy do Władywostoku. Autorzy tej książki opowiadają, jak będzie wyglądał Związek Radziecki za 50 lat, to znaczy właśnie teraz. W XXI wieku miały zniknąć wszystkie choroby, z rakiem, chorobami psychicznymi i naczyniowo-sercowymi, tak jak wtedy całkowicie została zlikwidowana gruźlica.
Kłamczuchy. Ani wtedy, ani tym bardziej teraz gruźlicy nie zlikwidowali. Szpitale gruźlicze pękają w szwach, psychiatryki też. Niczego nie załatwili. Rosja zajmuje czołowe miejsca na świecie w liczbie zabójstw i samobójstw. Co roku zapija się na śmierć 40 tysięcy ludzi. Statystyczny obywatel wypija 17 litrów czystego spirytusu rocznie.
Polak ponad dziewięć. Ale Rosjanin na jedną butelkę legalnego alkoholu dodatkowo wypija cztery flaszki samogonu, którego nie uwzględniono w statystyce. A to co za zdjęcia?! Poznaję, to ty. A to zdjęcie?
To też ja, tylko w dzieciństwie.
Kurczę pieczone! Wszędzie jakaś poświata, jakby aureola nad głową. Jak u świętego na ikonie.
To aura. Widoczne, bardzo silne pole energetyczne, które wychodzi na tradycyjnej błonie fotograficznej, a na cyfrowych zdjęciach już nie. Nad tym mężczyzną też to jest. To bardzo potężny szaman z mojej rodzinnej wsi Krasny Jar, która leży w środku tajgi nad Pacyfikiem. Wszystko zaczęło się, od kiedy zajęłam się hipnozą. Zauważyłam, że lekarz, który wprowadza pacjenta w ten stan, także zmienia stan swojej świadomości. Ja wokół każdego człowieka widzę aurę, która...
Poczekaj. Bo akapit będzie za długi. Mów dalej.
Ta aura u jednego jest cienka, a u innego gruba, ciemna albo kolorowa, najczęściej jak zielonkawe, połyskliwe i przezroczyste światło. Wypróbowałam siebie i za pierwszym razem obniżyłam swojemu ojcu ciśnienie ze 160 na 130. Tylko położyłam ręce. I piasek uwolniłam z nerek. Nagle zaczęłam dostawać od swoich pacjentów wspaniałe sygnały. Przychodzili w fatalnym stanie, pogadaliśmy, a oni, że już im lepiej. Żadnych zastrzyków, tabletek, a leczenie się zaczynało. Zaczęłam grzebać w genealogii. Dotarłam w swoim rodzie do szóstego pokolenia wstecz. W każdym był co najmniej jeden potężny szaman.
A to co takiego?
Wygląda na talizman. Jak tylko wszedłeś, zobaczyłam, to znaczy poczułam, że masz na szyi zawieszony potężny... Jakbyś ukruszył kawałek słońca.
Mogłaś zapytać.
Och, nie! Nie wypada. My nie pytamy o te rzeczy. Mogę dotknąć? Parzy!
Bez przesady. To kamyki w szmatce. I wcale nie parzą.
Głupi chrześcijanin! Bo są twoje! Ty je dostałeś, to ciebie chronią. Skąd je masz?
Dostałem od bardzo potężnej szamanki w górach w Tuwie, na południu Sybiru. Talizman miał mnie chronić od 'dużego żelaza'. Tak mówiła. A dwa dni później miałem straszny wypadek na drodze. Też mi ochrona. Ledwie uszedłem z życiem.
Jaki głupi chrześcijanin! Gdybyś tego nie miał na szyi, już byśmy nie rozmawiali. Nie wierzysz? To go wyrzuć!
Nie ma mowy.
A widzisz! Boisz się!
Wstrętna czarownica. Mów lepiej o twoich szamańskich przodkach.
Prowadzą mnie i ratują życie po dzień dzisiejszy. Kilka lat temu mojemu przyjacielowi Dankanowi z Krasnego Jaru w pożarze spłonęło dwoje dzieci... Ale to długa historia. Jak chcesz. A więc Dankanowi fizycznie nic nie dolegało, ale zaczął umierać. Trafił na reanimację do szpitala, gdzie trzymali go w śpiączce farmakologicznej, żeby wyłączyć głowę, ale i tak gasł. Jego ojciec przyjeżdża do mnie i błaga, żebym go ratowała. Zabrałam go ze szpitala i zawiozłam do naszej rodzinnej wioski w tajdze. Naszemu staremu szamanowi bardzo się nie podobało, że pomagam Dankanowi. A ja go jakoś podniosłam. Kilka miesięcy później ja zaczynam umierać. W płucach znajdują mi okropne glisty, które rozwijają się i żyją w wielkich wągrach wypełnionych cieczą.
Ohyda. Skąd się tam wzięły?
Podobno od zwierząt. To zabójcze, śmiercionośne robale. Szykowali mnie do operacji, a ja na obrazie tomograficznym zobaczyłam, że te straszne wągry są dość blisko tchawicy. Gdyby tylko przedostały się do niej, tobym je wykrztusiła. I udało się. Samymi tylko myślami. W nocy przed operacją wykasłałam z siebie kilka litrów płynu z tymi glistami. Potem ludzie mi powiedzieli, że to była kara naszego szamana z Krasnego Jaru. Oni tak potrafią. Zdradziłam duchy naszych przodków, poszłam tam, gdzie nie powinnam.
Luba, na litość boską! Jak lekarz może z powagą opowiadać takie historie?
Zaraz potem nasz stary szaman umiera. To moja wina. Nie powinnam leczyć Dankana. On powinien był umrzeć, bo tak było mu pisane. Dlatego potem miał umrzeć ten, co go ratował, ale się wybroniłam. To stary szaman wziął śmierć Dankana na siebie.
Wierzysz w to?!
Ja to wiem. W świecie panuje równowaga. Jak gdzieś przyjdzie, gdzieś musi odejść. W naszym świecie, w Krasnym Jarze, nie odszedł człowiek, który miał odejść, więc odszedł inny. Nasz szaman.
W Tuwie poszedłem z szamanką do szpitala dziecięcego. Matka dziecka prosiła ją o ratunek, bo lekarze byli bezradni. Wpuścili nas pod warunkiem, że nie będziemy dawać żadnych szamańskich lekarstw. Biała, sterylna sala, pielęgniarki, lekarze, kroplówki, a w tym brudna starucha z pióropuszem na głowie, obwieszona kolorowymi wstążkami, skrzydłami ptaków, skórkami zwierząt i węży. Okadza łóżko dymem, wyje w rytm bębna i chlapie na wszystko mlekiem. Dzieci płakały ze strachu.
Syberyjskie narody nie mogą żyć bez szamanów. Na księdza można się wyuczyć, a szamanem trzeba się urodzić.
Lekarze mi powiedzieli, że traktują te rytuały jako psychoterapię, głównie dla rodziny. Ale mieliśmy rozmawiać o wódce i pijaństwie aborygenów. Mają predyspozycje, to już wiemy, ale to wcale nie znaczy, że muszą się zapijać.
Ale się zapijają, bo żyją w chronicznym, długotrwałym stresie. Tak jest nie tylko w Rosji, ale także w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych z Eskimosami i Indianami. Narody, które przyszły i zamieszkały wśród aborygenów, wszędzie dominują liczebnie i pod każdym względem. Jesteśmy u siebie, ale jakby nie u siebie. To straszna sytuacja. Chcielibyśmy się wyzwolić, zaprotestować, zbuntować, podnieść pięści, ale nie wiemy, o co konkretnie powalczyć.
A więc na razie, dawaj, walniemy kielicha.
Tak jest! I od razu robi się fajnie. Tak więc problem zapijania się na śmierć całych narodów to nie jest zagadnienie medyczne, genetyczne, biologiczne, ale społeczne. To choroba socjalna. Winna jest sytuacja, w której aborygeni znaleźli się nie ze swojej winy. Dzieci, które wychodzą z tajgi, żeby pójść do obowiązkowej szkoły, uczą się siedzieć na krześle, spać w łóżku, chodzić po schodach, jeść łyżką, widelcem i na talerzu, a przy tym uczą się czytać i pisać, na dodatek w obcym języku. To straszne katusze. Nie dają rady i już na starcie są gorsze. A to wy przyszliście na naszą ziemię, gdzie żyliśmy spokojnie tysiące lat, nie znając wódki. A więc, dawaj, walniemy kielicha. Od razu robi się lepiej, człowiek robi się dumny, silny, wspaniały, niezwyciężony.
A jak ktoś nie podziela tego poglądu, łapiecie za noże i karabiny, które wszyscy mają, bo to tajga. Osobliwe, że mordujecie się między sobą. Nie strzelacie do Ruskich.
Bo przecież pijemy w swoim sosie, a nie z Ruskimi. Osobliwe, że nasze kobiety także robią się bardzo agresywne, ale przyznam się, że nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje. U Rosjan tylko faceci po pijaku tłuką się po mordach. Nie wiem także, jak to się dzieje, że kobiety nie giną przy tym tak masowo jak mężczyźni, chociaż według moich obserwacji piją od nich jeszcze więcej. Nasze kobiety także szybciej i łatwiej niż mężczyźni wpadają w alkoholizm, ale nie zabijają i rzadko decydują się na samobójstwo.
Nie ma mowy.
A widzisz! Boisz się!
Wstrętna czarownica. Mów lepiej o twoich szamańskich przodkach.
Prowadzą mnie i ratują życie po dzień dzisiejszy. Kilka lat temu mojemu przyjacielowi Dankanowi z Krasnego Jaru w pożarze spłonęło dwoje dzieci... Ale to długa historia. Jak chcesz. A więc Dankanowi fizycznie nic nie dolegało, ale zaczął umierać. Trafił na reanimację do szpitala, gdzie trzymali go w śpiączce farmakologicznej, żeby wyłączyć głowę, ale i tak gasł. Jego ojciec przyjeżdża do mnie i błaga, żebym go ratowała. Zabrałam go ze szpitala i zawiozłam do naszej rodzinnej wioski w tajdze. Naszemu staremu szamanowi bardzo się nie podobało, że pomagam Dankanowi. A ja go jakoś podniosłam. Kilka miesięcy później ja zaczynam umierać. W płucach znajdują mi okropne glisty, które rozwijają się i żyją w wielkich wągrach wypełnionych cieczą.
Ohyda. Skąd się tam wzięły?
Podobno od zwierząt. To zabójcze, śmiercionośne robale. Szykowali mnie do operacji, a ja na obrazie tomograficznym zobaczyłam, że te straszne wągry są dość blisko tchawicy. Gdyby tylko przedostały się do niej, tobym je wykrztusiła. I udało się. Samymi tylko myślami. W nocy przed operacją wykasłałam z siebie kilka litrów płynu z tymi glistami. Potem ludzie mi powiedzieli, że to była kara naszego szamana z Krasnego Jaru. Oni tak potrafią. Zdradziłam duchy naszych przodków, poszłam tam, gdzie nie powinnam.
Luba, na litość boską! Jak lekarz może z powagą opowiadać takie historie?
Zaraz potem nasz stary szaman umiera. To moja wina. Nie powinnam leczyć Dankana. On powinien był umrzeć, bo tak było mu pisane. Dlatego potem miał umrzeć ten, co go ratował, ale się wybroniłam. To stary szaman wziął śmierć Dankana na siebie.
Wierzysz w to?!
Ja to wiem. W świecie panuje równowaga. Jak gdzieś przyjdzie, gdzieś musi odejść. W naszym świecie, w Krasnym Jarze, nie odszedł człowiek, który miał odejść, więc odszedł inny. Nasz szaman.
W Tuwie poszedłem z szamanką do szpitala dziecięcego. Matka dziecka prosiła ją o ratunek, bo lekarze byli bezradni. Wpuścili nas pod warunkiem, że nie będziemy dawać żadnych szamańskich lekarstw. Biała, sterylna sala, pielęgniarki, lekarze, kroplówki, a w tym brudna starucha z pióropuszem na głowie, obwieszona kolorowymi wstążkami, skrzydłami ptaków, skórkami zwierząt i węży. Okadza łóżko dymem, wyje w rytm bębna i chlapie na wszystko mlekiem. Dzieci płakały ze strachu.
Syberyjskie narody nie mogą żyć bez szamanów. Na księdza można się wyuczyć, a szamanem trzeba się urodzić.
Lekarze mi powiedzieli, że traktują te rytuały jako psychoterapię, głównie dla rodziny. Ale mieliśmy rozmawiać o wódce i pijaństwie aborygenów. Mają predyspozycje, to już wiemy, ale to wcale nie znaczy, że muszą się zapijać.
Ale się zapijają, bo żyją w chronicznym, długotrwałym stresie. Tak jest nie tylko w Rosji, ale także w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych z Eskimosami i Indianami. Narody, które przyszły i zamieszkały wśród aborygenów, wszędzie dominują liczebnie i pod każdym względem. Jesteśmy u siebie, ale jakby nie u siebie. To straszna sytuacja. Chcielibyśmy się wyzwolić, zaprotestować, zbuntować, podnieść pięści, ale nie wiemy, o co konkretnie powalczyć.
A więc na razie, dawaj, walniemy kielicha.
Tak jest! I od razu robi się fajnie. Tak więc problem zapijania się na śmierć całych narodów to nie jest zagadnienie medyczne, genetyczne, biologiczne, ale społeczne. To choroba socjalna. Winna jest sytuacja, w której aborygeni znaleźli się nie ze swojej winy. Dzieci, które wychodzą z tajgi, żeby pójść do obowiązkowej szkoły, uczą się siedzieć na krześle, spać w łóżku, chodzić po schodach, jeść łyżką, widelcem i na talerzu, a przy tym uczą się czytać i pisać, na dodatek w obcym języku. To straszne katusze. Nie dają rady i już na starcie są gorsze. A to wy przyszliście na naszą ziemię, gdzie żyliśmy spokojnie tysiące lat, nie znając wódki. A więc, dawaj, walniemy kielicha. Od razu robi się lepiej, człowiek robi się dumny, silny, wspaniały, niezwyciężony.
A jak ktoś nie podziela tego poglądu, łapiecie za noże i karabiny, które wszyscy mają, bo to tajga. Osobliwe, że mordujecie się między sobą. Nie strzelacie do Ruskich.
Bo przecież pijemy w swoim sosie, a nie z Ruskimi. Osobliwe, że nasze kobiety także robią się bardzo agresywne, ale przyznam się, że nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje. U Rosjan tylko faceci po pijaku tłuką się po mordach. Nie wiem także, jak to się dzieje, że kobiety nie giną przy tym tak masowo jak mężczyźni, chociaż według moich obserwacji piją od nich jeszcze więcej. Nasze kobiety także szybciej i łatwiej niż mężczyźni wpadają w alkoholizm, ale nie zabijają i rzadko decydują się na samobójstwo.
A dla mężczyzn...
To bardzo łatwa, lekka i szybka decyzja.
W wiosce Ewenków, w której długo mieszkałem, samobójstwo popełnił dziewięcioletni chłopiec. Pasł renifery i jeden padł.
To wszystko jest zupełnie niezbadane zjawisko, wielki problem dla nauki. Wiem, że im bardziej na północ, tym więcej samobójstw wśród rdzennej ludności, ale nie wiemy, dlaczego tak jest. Może dlatego, że mało światła słonecznego, ale Rosjanie mają go tyle samo. Jedno jest pewne. Prawie zawsze samobójstwa jakoś związane są z alkoholem.
Z wioski, o której ci mówiłem, co roku wysyłają młodego Ewenka na studia do miasta. Tylko jednej osobie udało się je skończyć. Nie wytrzymują i wracają albo zaczynają pić, a w czasie, kiedy tam byłem, w akademiku w Petersburgu powiesił się 20-letni Wania. Podobno nieszczęśliwa miłość.
My po prostu nie możemy żyć w miastach. W zamkniętej przestrzeni, bez rodziców, tajgi, tradycyjnego jedzenia. Ja to wiem, bo pochodzę z Krasnego Jaru. 30 lat mieszkam w półmilionowym Chabarowsku, ale już Moskwa jest dla mnie nie do wytrzymania. Każdy człowiek z punktu widzenia energetyki ma przestrzeń, która potrzebna mu jest do życia. Nie powinno się jej radykalnie zmniejszać ani powiększać. U człowieka tajgi ta potrzebna przestrzeń jest ogromna.
To mi się nie zgadza, bo rosyjskie dzieci z tej samej wioski jakoś sobie radzą w miastach.
To kolejna zagadka. Na Dalekiej Północy prowadziłam badanie aborygeńskich alkoholików. W ankiecie była pozycja 'gotowość do samobójstwa'. 90 procent badanych rozważało taką decyzję po pijaku, a także na trzeźwo. 20 procent badanych alkoholików podejmowało próby samobójcze, z tego prawie połowa zupełnie na trzeźwo. Te próby to jest krzyk rozpaczy, wzywanie ratunku.
A wśród twoich rosyjskich pacjentów jaki odsetek ma myśli samobójcze?
Nie liczyłam dokładnie, ale około 20 procent. W Rosji jest potężna, bardzo głęboko zakorzeniona kultura picia. To nieszczęście zaczęło się w czasach Piotra Wielkiego, który zachęcał do otwierania karczem na każdym kroku i picia ile wlezie. Ściągał z tego potężne podatki.
Wczoraj w Rosji był Dzień Obrońców Ojczyzny, to znaczy żołnierza, w całym kraju bardzo uroczyście obchodzony jako dzień mężczyzny. Każdy obywatel płci męskiej w tym dniu obowiązkowo musi się zalać. Osobliwe, że w Dzień Kobiet świętuje się dokładnie tak samo - upijają się wszyscy faceci... Ze mnie się śmiejesz?
Z tego, jak to opisałeś. Ale masz rację. A wiesz, że nie zwróciłam uwagi na tę niesprawiedliwość w obchodzeniu tych świąt?
Jeżeli kobiety tego nie widzą, znaczy, przywykły. Pogodziły się.
Nie jest trudno przywyknąć, bo nie znajdziesz w Rosji rodziny, w której by nie było tego problemu. Mój mąż nie pije, szczęśliwie odchowaliśmy dwie córki, ale ja jestem bardzo doświadczona przez życie z tego powodu. Nawet specjalizację narkologa wybrałam właśnie dlatego. Mój ojciec pił. Był dyrektorem szkoły sportowej, wykształconym człowiekiem sukcesu, którego wszyscy lubili i szanowali. Ale u nas każde sportowe zawody to bankiet. Obozy treningowe - bankiety, zwycięstwa - bankiety, porażki - bankiety, furszety, zastolja...
I tak wpadł.
Ale u nas w karierze zawodowej to nie przeszkadza. Jest ogromna tolerancja dla pijaków. Alkoholizm nie dyskredytuje człowieka, ale w życiu osobistym taki ktoś to przekleństwo. Moje dzieciństwo to było piekło. Kiedy się upijał, był strasznie agresywny. Na szczęście umarł sześć lat temu.
Ludzie sukcesu nieczęsto są pijakami. Piją ci z problemami.
Ale on był Udehejczykiem. Te cholerne genetyczne, rasowe predyspozycje! Widzę, że dokładnie taki sam problem ma mój młodszy brat. Jest lekarzem sądowym, wybitnym ekspertem. Pozycja, wspaniała rodzina, pieniądze, wszystko, jak trzeba, a pije. Trudno zrozumieć. Zaczynam wierzyć w genetyczne predyspozycje do pijaństwa. Nawet nie zaczynam, ale wierzę w to głęboko.
Niezależnie od także genetycznych predyspozycji rasowych.
Tak. Jedne nałożyły się na drugie. Do tego dochodzi kulturowy rosyjski rytuał picia przy każdej okazji, więc człowiek się rodzi i jest bez szans. Przysięgaliśmy sobie z bratem, że prędzej gardła sobie popodrzynamy, niż takie życie urządzimy naszym dzieciom. Potem przechodzą lata, przed chłopakiem stawiają wódkę i on pije jak ojciec. Wszystko zaczyna się od początku. Płakać mi się chce, jak patrzę na jego dzieci. Też się zapiją? Jak przerwać ten pijacki kołowrót pokoleń?
To bardzo łatwa, lekka i szybka decyzja.
W wiosce Ewenków, w której długo mieszkałem, samobójstwo popełnił dziewięcioletni chłopiec. Pasł renifery i jeden padł.
To wszystko jest zupełnie niezbadane zjawisko, wielki problem dla nauki. Wiem, że im bardziej na północ, tym więcej samobójstw wśród rdzennej ludności, ale nie wiemy, dlaczego tak jest. Może dlatego, że mało światła słonecznego, ale Rosjanie mają go tyle samo. Jedno jest pewne. Prawie zawsze samobójstwa jakoś związane są z alkoholem.
Z wioski, o której ci mówiłem, co roku wysyłają młodego Ewenka na studia do miasta. Tylko jednej osobie udało się je skończyć. Nie wytrzymują i wracają albo zaczynają pić, a w czasie, kiedy tam byłem, w akademiku w Petersburgu powiesił się 20-letni Wania. Podobno nieszczęśliwa miłość.
My po prostu nie możemy żyć w miastach. W zamkniętej przestrzeni, bez rodziców, tajgi, tradycyjnego jedzenia. Ja to wiem, bo pochodzę z Krasnego Jaru. 30 lat mieszkam w półmilionowym Chabarowsku, ale już Moskwa jest dla mnie nie do wytrzymania. Każdy człowiek z punktu widzenia energetyki ma przestrzeń, która potrzebna mu jest do życia. Nie powinno się jej radykalnie zmniejszać ani powiększać. U człowieka tajgi ta potrzebna przestrzeń jest ogromna.
To mi się nie zgadza, bo rosyjskie dzieci z tej samej wioski jakoś sobie radzą w miastach.
To kolejna zagadka. Na Dalekiej Północy prowadziłam badanie aborygeńskich alkoholików. W ankiecie była pozycja 'gotowość do samobójstwa'. 90 procent badanych rozważało taką decyzję po pijaku, a także na trzeźwo. 20 procent badanych alkoholików podejmowało próby samobójcze, z tego prawie połowa zupełnie na trzeźwo. Te próby to jest krzyk rozpaczy, wzywanie ratunku.
A wśród twoich rosyjskich pacjentów jaki odsetek ma myśli samobójcze?
Nie liczyłam dokładnie, ale około 20 procent. W Rosji jest potężna, bardzo głęboko zakorzeniona kultura picia. To nieszczęście zaczęło się w czasach Piotra Wielkiego, który zachęcał do otwierania karczem na każdym kroku i picia ile wlezie. Ściągał z tego potężne podatki.
Wczoraj w Rosji był Dzień Obrońców Ojczyzny, to znaczy żołnierza, w całym kraju bardzo uroczyście obchodzony jako dzień mężczyzny. Każdy obywatel płci męskiej w tym dniu obowiązkowo musi się zalać. Osobliwe, że w Dzień Kobiet świętuje się dokładnie tak samo - upijają się wszyscy faceci... Ze mnie się śmiejesz?
Z tego, jak to opisałeś. Ale masz rację. A wiesz, że nie zwróciłam uwagi na tę niesprawiedliwość w obchodzeniu tych świąt?
Jeżeli kobiety tego nie widzą, znaczy, przywykły. Pogodziły się.
Nie jest trudno przywyknąć, bo nie znajdziesz w Rosji rodziny, w której by nie było tego problemu. Mój mąż nie pije, szczęśliwie odchowaliśmy dwie córki, ale ja jestem bardzo doświadczona przez życie z tego powodu. Nawet specjalizację narkologa wybrałam właśnie dlatego. Mój ojciec pił. Był dyrektorem szkoły sportowej, wykształconym człowiekiem sukcesu, którego wszyscy lubili i szanowali. Ale u nas każde sportowe zawody to bankiet. Obozy treningowe - bankiety, zwycięstwa - bankiety, porażki - bankiety, furszety, zastolja...
I tak wpadł.
Ale u nas w karierze zawodowej to nie przeszkadza. Jest ogromna tolerancja dla pijaków. Alkoholizm nie dyskredytuje człowieka, ale w życiu osobistym taki ktoś to przekleństwo. Moje dzieciństwo to było piekło. Kiedy się upijał, był strasznie agresywny. Na szczęście umarł sześć lat temu.
Ludzie sukcesu nieczęsto są pijakami. Piją ci z problemami.
Ale on był Udehejczykiem. Te cholerne genetyczne, rasowe predyspozycje! Widzę, że dokładnie taki sam problem ma mój młodszy brat. Jest lekarzem sądowym, wybitnym ekspertem. Pozycja, wspaniała rodzina, pieniądze, wszystko, jak trzeba, a pije. Trudno zrozumieć. Zaczynam wierzyć w genetyczne predyspozycje do pijaństwa. Nawet nie zaczynam, ale wierzę w to głęboko.
Niezależnie od także genetycznych predyspozycji rasowych.
Tak. Jedne nałożyły się na drugie. Do tego dochodzi kulturowy rosyjski rytuał picia przy każdej okazji, więc człowiek się rodzi i jest bez szans. Przysięgaliśmy sobie z bratem, że prędzej gardła sobie popodrzynamy, niż takie życie urządzimy naszym dzieciom. Potem przechodzą lata, przed chłopakiem stawiają wódkę i on pije jak ojciec. Wszystko zaczyna się od początku. Płakać mi się chce, jak patrzę na jego dzieci. Też się zapiją? Jak przerwać ten pijacki kołowrót pokoleń?
Na mój rozum jest nadzieja. Kiedy parę dni temu przyjechałem strasznie zdołowany z zapitej wioski moich Ewenków i prosiłem cię o coś, co daje nadzieję, że nie zginiecie, wyprawiłaś mnie do Dankana. Twojego nanajskiego przyjaciela z Krasnego Jaru, którego wyrwałaś śmierci z łap po tym, jak spaliły się jego dzieci.
Racja. Człowiek pracuje, daje pracę innym, świetnie zarabia, więc jest szczęśliwy. Po co ma pić?
Już nie mieszka w Krasnym Jarze. W wiosce, do której się przeniósł, w swoich firmach zatrudnia wszystkich mieszkańców. Nie tylko Nanajów, ale i Rosjan.
Ludzie oczywiście tam piją, ale się nie zapijają. Nie ma zagłady, bo jest prawdziwy, wspaniały lider, który swoje imperium zbudował tylko po to, żeby jego lud miał zajęcie. Stworzył im warunki, żeby żyli jak ludzie.
On mi powiedział, że jak człowiek nie ma pracy i zarobków, ale jakoś zdobędzie, ukradnie, wydziaduje albo pożyczy sto rubli, to oczywiście kupi sobie butelkę wódki. Ale jak po miesiącu ciężkiej, uczciwej pracy dostanie 20-30 tysięcy (2-3 tysiące złotych), a to na Syberii są ogromne pieniądze, to przecież nie pójdzie tego przepić. Wypije piwo, a potem będzie budował swoje życie.
Ale są narody, które nie doczekają takiego lidera. A przekroczyły próg ilościowy, po którym zwyczajnie nie ma biologicznej możliwości odtworzenia substancji ludzkiej.
Jaka to jest liczba?
Około 250 osób.
To z mojego spisu małych rdzennych narodów Rosji, których jest 45, mniej niż 250 osób mają Alutorzy, których zostało 12, Kerekowie, tylko ośmiu, i 237 Eńców. Tazowie są na granicy wyginięcia, bo zostało ich tylko 276. W sumie z dużymi narodami, takimi jak: Jakuci, Buriaci, Chakasi, Tuwińcy, na Syberii żyją dwa miliony aborygenów i wszędzie, z wyjątkiem Republiki Tuwy, są mniejszością narodową.
Kilka lat temu przyjechali do mnie ze świata zagraniczni lekarze. Objechałam z nimi wszystkie te miejsca. Wszędzie opowiadali o wspólnotach Anonimowych Alkoholików. Teraz już wiemy, że ta metoda w Rosji się nie sprawdza, bo jeśli w półmilionowym Chabarowsku z wielkim trudem udało się założyć jedną grupę, w której jest 30 osób, to jednak znaczy, że to nie pasuje do naszej mentalności. To jest metoda dla ludzi z choć nieco otwartą głową, ludzi skłonnych do samoanalizy.
A jakbyś jeszcze raz to powiedziała, ale po ludzku.
Takich ludzi, którzy mają świadomość, że są chorzy, że są alkoholikami, nie panują nad piciem i potrzebują pomocy. Musi być to zatem kontyngent ludzi jako tako sprawnych intelektualnie. Nie da się spędzać na mityngi i terapie grupowe pasterzy reniferów, traktorzystów, drwali, poszukiwaczy złota... Ani Ruskich, ani aborygenów. Alkoholika można leczyć, jeśli sam tego pragnie, ale leczenie w grupie, we wspólnocie u nas nie przechodzi. Prędzej zapije się na śmierć, a nie będzie opowiadał przed innymi o swoich halucynacjach: glistach, robakach, diabłach, czerwiach, gnomach...
No, nareszcie! Mówisz o białej gorączce, gorszej od śmierci bohaterce mojego reportażu, który w poniedziałek był w 'Dużym Formacie'.
Fachowo nazywa się to delirium tremens, jedna z najczęstszych psychoz alkoholowych. Pojawia się dwa-trzy dni po przerwaniu pijackiego ciągu. Zaczyna się od bezsenności, niepokoju, a potem przychodzą halucynacje. U jednych wzrokowe, u innych słuchowe. Widzą dziwne, bardzo ruchliwe postaci, stwory, zwierzęta. Słyszą głosy, które ich obrażają, grożą im, wymyślają, oskarżają albo każą coś zrobić, na przykład popełnić samobójstwo albo wziąć siekierę i odrąbać sobie rękę.
Moi Ewenkowie opowiadali mi o głosach, które kazały zrobić w głowie dziurkę, przez którą wyleci straszny ból głowy, który towarzyszy halucynacjom. No to brali karabin i strzelali sobie w łeb. Wydaje mi się, że te głosy to ich własne poczucie winy, bo zawsze mówią im, jaki jest zły, beznadziejny, głupi, brzydki, nic niewart. No to człowiek, który, pamiętajmy o tym, jest zupełnie trzeźwy, mówi sobie, że jak jestem takim śmieciem, to się powieszę.
A zmory, które się pojawiają, bardzo często przychodzą do tego człowieka od lat, zawsze te same, jego prywatne, znane i wyczekiwane ze strachem po każdym przepiciu. Często są to dawno zmarli ludzie, którym ten alkoholik zrobił coś złego, a teraz powracają, żeby go dręczyć, odegrać się. Albo pojawia się rozgniewany Bóg. Generalne w białej gorączce widzisz to, czego się boisz, brzydzisz, wszystko, co jest ci wstrętne.
Mózg wyrzuca na wierzch to, co jest najczarniejsze w twojej duszy i głowie. I to wszystko jest możliwe już po kilkudniowym ciągu, pijaństwie?
Tak. A trwać może od kilku godzin do miesiąca. Ale ty najpierw musiałbyś zostać alkoholikiem. Już w trzy lata można. Ja znam 14-letnich uzależnionych chłopaków. Bardzo dużo zależy od jakości alkoholu.
Ja piłem z pasterzami reniferów rozrobiony spirytus techniczny.
No, to jest zabójczy trunek. Samogon też, ale zazwyczaj piją zacier i tak przyjmują trujące substancje procesu fermentacji, które powinny być odrzucone podczas destylacji.
Racja. Człowiek pracuje, daje pracę innym, świetnie zarabia, więc jest szczęśliwy. Po co ma pić?
Już nie mieszka w Krasnym Jarze. W wiosce, do której się przeniósł, w swoich firmach zatrudnia wszystkich mieszkańców. Nie tylko Nanajów, ale i Rosjan.
Ludzie oczywiście tam piją, ale się nie zapijają. Nie ma zagłady, bo jest prawdziwy, wspaniały lider, który swoje imperium zbudował tylko po to, żeby jego lud miał zajęcie. Stworzył im warunki, żeby żyli jak ludzie.
On mi powiedział, że jak człowiek nie ma pracy i zarobków, ale jakoś zdobędzie, ukradnie, wydziaduje albo pożyczy sto rubli, to oczywiście kupi sobie butelkę wódki. Ale jak po miesiącu ciężkiej, uczciwej pracy dostanie 20-30 tysięcy (2-3 tysiące złotych), a to na Syberii są ogromne pieniądze, to przecież nie pójdzie tego przepić. Wypije piwo, a potem będzie budował swoje życie.
Ale są narody, które nie doczekają takiego lidera. A przekroczyły próg ilościowy, po którym zwyczajnie nie ma biologicznej możliwości odtworzenia substancji ludzkiej.
Jaka to jest liczba?
Około 250 osób.
To z mojego spisu małych rdzennych narodów Rosji, których jest 45, mniej niż 250 osób mają Alutorzy, których zostało 12, Kerekowie, tylko ośmiu, i 237 Eńców. Tazowie są na granicy wyginięcia, bo zostało ich tylko 276. W sumie z dużymi narodami, takimi jak: Jakuci, Buriaci, Chakasi, Tuwińcy, na Syberii żyją dwa miliony aborygenów i wszędzie, z wyjątkiem Republiki Tuwy, są mniejszością narodową.
Kilka lat temu przyjechali do mnie ze świata zagraniczni lekarze. Objechałam z nimi wszystkie te miejsca. Wszędzie opowiadali o wspólnotach Anonimowych Alkoholików. Teraz już wiemy, że ta metoda w Rosji się nie sprawdza, bo jeśli w półmilionowym Chabarowsku z wielkim trudem udało się założyć jedną grupę, w której jest 30 osób, to jednak znaczy, że to nie pasuje do naszej mentalności. To jest metoda dla ludzi z choć nieco otwartą głową, ludzi skłonnych do samoanalizy.
A jakbyś jeszcze raz to powiedziała, ale po ludzku.
Takich ludzi, którzy mają świadomość, że są chorzy, że są alkoholikami, nie panują nad piciem i potrzebują pomocy. Musi być to zatem kontyngent ludzi jako tako sprawnych intelektualnie. Nie da się spędzać na mityngi i terapie grupowe pasterzy reniferów, traktorzystów, drwali, poszukiwaczy złota... Ani Ruskich, ani aborygenów. Alkoholika można leczyć, jeśli sam tego pragnie, ale leczenie w grupie, we wspólnocie u nas nie przechodzi. Prędzej zapije się na śmierć, a nie będzie opowiadał przed innymi o swoich halucynacjach: glistach, robakach, diabłach, czerwiach, gnomach...
No, nareszcie! Mówisz o białej gorączce, gorszej od śmierci bohaterce mojego reportażu, który w poniedziałek był w 'Dużym Formacie'.
Fachowo nazywa się to delirium tremens, jedna z najczęstszych psychoz alkoholowych. Pojawia się dwa-trzy dni po przerwaniu pijackiego ciągu. Zaczyna się od bezsenności, niepokoju, a potem przychodzą halucynacje. U jednych wzrokowe, u innych słuchowe. Widzą dziwne, bardzo ruchliwe postaci, stwory, zwierzęta. Słyszą głosy, które ich obrażają, grożą im, wymyślają, oskarżają albo każą coś zrobić, na przykład popełnić samobójstwo albo wziąć siekierę i odrąbać sobie rękę.
Moi Ewenkowie opowiadali mi o głosach, które kazały zrobić w głowie dziurkę, przez którą wyleci straszny ból głowy, który towarzyszy halucynacjom. No to brali karabin i strzelali sobie w łeb. Wydaje mi się, że te głosy to ich własne poczucie winy, bo zawsze mówią im, jaki jest zły, beznadziejny, głupi, brzydki, nic niewart. No to człowiek, który, pamiętajmy o tym, jest zupełnie trzeźwy, mówi sobie, że jak jestem takim śmieciem, to się powieszę.
A zmory, które się pojawiają, bardzo często przychodzą do tego człowieka od lat, zawsze te same, jego prywatne, znane i wyczekiwane ze strachem po każdym przepiciu. Często są to dawno zmarli ludzie, którym ten alkoholik zrobił coś złego, a teraz powracają, żeby go dręczyć, odegrać się. Albo pojawia się rozgniewany Bóg. Generalne w białej gorączce widzisz to, czego się boisz, brzydzisz, wszystko, co jest ci wstrętne.
Mózg wyrzuca na wierzch to, co jest najczarniejsze w twojej duszy i głowie. I to wszystko jest możliwe już po kilkudniowym ciągu, pijaństwie?
Tak. A trwać może od kilku godzin do miesiąca. Ale ty najpierw musiałbyś zostać alkoholikiem. Już w trzy lata można. Ja znam 14-letnich uzależnionych chłopaków. Bardzo dużo zależy od jakości alkoholu.
Ja piłem z pasterzami reniferów rozrobiony spirytus techniczny.
No, to jest zabójczy trunek. Samogon też, ale zazwyczaj piją zacier i tak przyjmują trujące substancje procesu fermentacji, które powinny być odrzucone podczas destylacji.
Każdy alkoholik dojdzie do białej gorączki?
Nie każdy. To zależy od poziomu mózgowej traumy, ewentualnych chorób i urazów psychicznych. Wiadomo na przykład, że jeśli alkoholik choruje na nerki albo wątrobę, to pojawienie się białej gorączki jest dużo, dużo bardziej prawdopodobne. Nie mówiąc już, że jak ktoś stale pije samogon, zacier, wynalazki, to gorączka dopadnie go niemal na pewno.
W wiosce moich Ewenków piją prawie wszyscy dorośli i dopada większość z nich.
Niemożliwe. Z moich 1757 pacjentów psychozy alkoholowe ma 78. Prawie 4,5 procent. I to się zgadza z danymi naukowymi.
Może u Ewenków, u aborygenów jest inaczej.
Nie ma takiej statystyki.
A jak alkoholik popełnia samobójstwo, robi to w białej gorączce?
Najpewniej tak. Ale także może mu się zdarzyć krótki, niezwykle brutalny, gwałtowny atak agresji, po którym natychmiast zasypia kamiennym snem. Kompletnie nic potem nie pamięta.
Opowiadała mi Swieta, ewenkijska dziewczyna, że kilka dni po sylwestrowym pijaństwie, które urządziła z mężem w namiocie w tajdze, obudziła się, a obok niej leżał jej Sława z dziurą po pocisku w głowie. Nie była pijana, ale nic nie pamiętała. I musiała długo spać, bo jej mąż był zupełnie zimny.
Mógł popełnić samobójstwo.
Ale dlaczego strzał jej nie obudził?
Nie wiem. Na pewnym etapie białej gorączki może pojawić się strach. Ogromny, paniczny strach. Niepojęty. Alkoholik nie wie, czego się boi. Może śmierci, ale skąd miałaby nadejść? Nie wiadomo. Strach rośnie i zamienia się panikę, w której ludzie kompletnie przestają siebie kontrolować, a jak mają broń, zaczynają strzelać na oślep w różne strony, najczęściej tam, skąd dochodzą złe głosy. Chorzy chowają się, uciekają albo atakują napotkane osoby, rozpoznając w nich swoich prześladowców.
Opowiadali mi o Juriju, który w zimie, w 40-stopniowym mrozie dwie doby biegł bez ubrania przez tajgę. Pokonał 120 kilometrów.
On nie biegł, tylko uciekał. Głowę dam, że nie wiedział przed czym i dokąd. Kiedyś miałam pacjenta, który dwie doby nie wychodził z wychodka. Mówił, że ma węża w brzuchu i koniecznie chciał się go pozbyć. Gniótł obsesyjnie brzuch pięściami, wiercił palcami w pępku... Inny przyszedł do mnie, bo miał usta pełne robaków. Wyciągał je, wygarniał palcem na biurko, pluł na podłogę, deptał, a robactwa tylko przybywało i przybywało, wyciekało potokiem z...
Dzięki, Luba! To chyba wystarczy.
Ja też jestem zmęczona. To co? Zapraszam na kolację.
Nie wiem, czy jestem głodny. Ale coś wypijemy? Mam wyborny dagestański koniak.
A ja armeński. Dwudziestoletni!
Nie każdy. To zależy od poziomu mózgowej traumy, ewentualnych chorób i urazów psychicznych. Wiadomo na przykład, że jeśli alkoholik choruje na nerki albo wątrobę, to pojawienie się białej gorączki jest dużo, dużo bardziej prawdopodobne. Nie mówiąc już, że jak ktoś stale pije samogon, zacier, wynalazki, to gorączka dopadnie go niemal na pewno.
W wiosce moich Ewenków piją prawie wszyscy dorośli i dopada większość z nich.
Niemożliwe. Z moich 1757 pacjentów psychozy alkoholowe ma 78. Prawie 4,5 procent. I to się zgadza z danymi naukowymi.
Może u Ewenków, u aborygenów jest inaczej.
Nie ma takiej statystyki.
A jak alkoholik popełnia samobójstwo, robi to w białej gorączce?
Najpewniej tak. Ale także może mu się zdarzyć krótki, niezwykle brutalny, gwałtowny atak agresji, po którym natychmiast zasypia kamiennym snem. Kompletnie nic potem nie pamięta.
Opowiadała mi Swieta, ewenkijska dziewczyna, że kilka dni po sylwestrowym pijaństwie, które urządziła z mężem w namiocie w tajdze, obudziła się, a obok niej leżał jej Sława z dziurą po pocisku w głowie. Nie była pijana, ale nic nie pamiętała. I musiała długo spać, bo jej mąż był zupełnie zimny.
Mógł popełnić samobójstwo.
Ale dlaczego strzał jej nie obudził?
Nie wiem. Na pewnym etapie białej gorączki może pojawić się strach. Ogromny, paniczny strach. Niepojęty. Alkoholik nie wie, czego się boi. Może śmierci, ale skąd miałaby nadejść? Nie wiadomo. Strach rośnie i zamienia się panikę, w której ludzie kompletnie przestają siebie kontrolować, a jak mają broń, zaczynają strzelać na oślep w różne strony, najczęściej tam, skąd dochodzą złe głosy. Chorzy chowają się, uciekają albo atakują napotkane osoby, rozpoznając w nich swoich prześladowców.
Opowiadali mi o Juriju, który w zimie, w 40-stopniowym mrozie dwie doby biegł bez ubrania przez tajgę. Pokonał 120 kilometrów.
On nie biegł, tylko uciekał. Głowę dam, że nie wiedział przed czym i dokąd. Kiedyś miałam pacjenta, który dwie doby nie wychodził z wychodka. Mówił, że ma węża w brzuchu i koniecznie chciał się go pozbyć. Gniótł obsesyjnie brzuch pięściami, wiercił palcami w pępku... Inny przyszedł do mnie, bo miał usta pełne robaków. Wyciągał je, wygarniał palcem na biurko, pluł na podłogę, deptał, a robactwa tylko przybywało i przybywało, wyciekało potokiem z...
Dzięki, Luba! To chyba wystarczy.
Ja też jestem zmęczona. To co? Zapraszam na kolację.
Nie wiem, czy jestem głodny. Ale coś wypijemy? Mam wyborny dagestański koniak.
A ja armeński. Dwudziestoletni!
Źródło: Wysokie Obcasy
-
Też tam byłem i gorzałkę piłem
august.k
07.01.09, 21:46
...40 lat temu. my-sweet-prl.blog.onet.pl/2,ID358225100,index.html Wtedy taki hier z Agencji "Nowosti" - Bugajenko - próbował mi wmawiać: "Tu nie ma żadnych Nanajców. A w każdym razie»
-
Szamanka od pijaków
klinikka
07.01.09, 22:12
fajny gość»
-
Szamanka od pijaków
kol.3
11.01.09, 15:57
Propagandowy artykuł tego autora jak zawsze z "tezą" jak zawsze stawiający naszych sąsiadów na Wschodzie w złym świetle.»
W numerze z 28 sierpnia
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień







odtwórz




