http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Polityka - Agnieszka Chłoń-Domińczak

Marcin Bojanowski
30.11.2008 , aktualizacja: 26.11.2008 13:17
A A A Drukuj
Rozwiązanie pani minister
Pierwsze zdjęcie Maciusia dla prasy. W domu w Warszawie, 21 listopada
Fot. Adam Kozak / AG
Pierwsze zdjęcie Maciusia dla prasy. W domu w Warszawie, 21 listopada
Jest 7 listopada, czwartkowy wieczór. W Sejmie trwa dyskusja nad emeryturami pomostowymi. Na trybunę wchodzi prezydencki minister Andrzej Duda. - Od ponad ośmiu godzin pan premier zasłania się przed pytaniami panią minister, która jest w zaawansowanej ciąży - grzmi z mównicy. I z udawaną troską prosi siedzących w ławach rządowych mężczyzn, żeby ustąpili miejsca młodej wiceminister pracy - dr Agnieszce Chłoń-Domińczak. Sala sejmowa wrze. - Podła kanalia! Ty bucu! - słyszy od posłów Duda. - Zejdź z trybuny, ty prostaku! - woła wicemarszałek Sejmu Stefan Niesiołowski z PO. Spokój zachowuje tylko wiceminister. - To, że nie siedzę, ale stoję, jest moim wyborem. Ciąża to nie choroba, to jest moje trzecie dziecko - tłumaczy spokojnym głosem. Po czym dodaje: - Jeśli jedynym pana argumentem w dyskusji, która się tu toczy, jest mój stan, to jest mi przykro. Bo ja nie używam go jako argumentu w tym, co robię. Staram się po prostu dobrze wykonywać moją pracę.

Duda przeprasza za swoje słowa. Jednak już następnego dnia znany z szarmanckiego stosunku do kobiet prezydent Kaczyński pochwali swojego ministra za jego zachowanie. A jego brat będzie się domagał przeprosin od marszałka Sejmu, bo 'jak można nazwać wysłannika prezydenta chamem'. Marszałek Bronisław Komorowski przeprosi. Ale nie prezydenta, tylko wiceminister. - Wysłałem w imieniu Sejmu kwiaty pani minister. Może nam wybaczy chamstwo. Zachowanie pana ministra Dudy zostawiam państwu i opinii publicznej, i panu prezydentowi również - mówił, gdy opadły emocje.

Agnieszka Chłoń-Domińczak: - Nie chcę już wracać do wydarzeń podczas tamtej debaty. Minister Duda chciał dobrze. Wyszło, jak wyszło, nie mam o to pretensji. Nikt i tak nie odwiódłby mnie od udziału w tym posiedzeniu. Każdy, kto mnie zna, wie, że emerytury są tematem, którym zajmuję się od lat. Nie chcę, żeby reformę przysłoniły tego typu spory.

Róże od Pospieszalskiego

Ciąża wiceminister nie po raz pierwszy stała się przedmiotem debaty publicznej. Miesiąc wcześniej temat ten poruszył Jan Pospieszalski, prowadzący 'Warto rozmawiać' w telewizyjnej 'Dwójce'. Dziennikarz zaprosił ją do programu na godzinę 22. Odmówiła, tłumacząc, że w ósmym miesiącu ciąży trudno jej przyjść do studia tak późno. - Być może dla nas wszystkich jest to najlepszy przykład, jak dalece bezpieczne są te ustawy, które ona przygotowuje, skoro sama postanowiła inaczej zadbać o swoją przyszłość, mając po prostu dużo dzieci - drwił, kończąc program, Pospieszalski.

Reakcja Chłoń-Domińczak była błyskawiczna. Złożyła skargę do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, zażądała przeprosin od dziennikarza, a od telewizji - wycięcia jego komentarza z powtórki programu. - Cholernie się wściekłam, bo ten człowiek w jednym zdaniu podważył wszystkie moje kompetencje, zakwestionował sens pracy, którą wykonuję od dziesięciu lat. Nie rodzę dzieci, żeby się zabezpieczyć na starość. Dzieci to mój najcenniejszy skarb - tłumaczyła potem wiceminister. Dzień później Pospieszalski zjawił się w ministerstwie z bukietem róż, żeby osobiście ją przeprosić.

Apolityczna

Duda i Pospieszalski to chyba jedyne osoby, które nie wierzą w kompetencje pani wiceminister. Rozmawiając z jej byłymi i obecnymi współpracownikami, nie znalazłem osoby, która miałaby do powiedzenia o niej złe słowo. Wszyscy, bez względu na partyjne sympatie, nie mogą się jej nachwalić. Jerzy Hausner, były wicepremier, zalicza ją do grona najbliższych współpracowników z lat 2001-05, kiedy przygotowywał reformę gospodarki i finansów publicznych znaną jako plan Hausnera. A w roku 2001 Chłoń-Domińczak miała zaledwie 28 lat. - Jest najwyższej klasy bezpartyjnym fachowcem. To dzięki takim ludziom ten kraj jeszcze jakoś działa - mówi Hausner. Do tej pory żałuje, że nie zrobił jej wtedy wiceministrem. - Może bylibyśmy teraz o kilka kroków dalej - dodaje.

- Ma ogromną wiedzę i jest przy tym całkowicie apolityczna. Nie mam pojęcia, jakie ma poglądy poza sprawą emerytur - mówi była minister pracy Joanna Kluzik-Rostkowska z PiS. - Tylko ktoś szalony mógłby nie docenić wiedzy i zaangażowania Agnieszki - mówi Izabela Jaruga-Nowacka, posłanka Lewicy.

Harcerstwo i matematyka

Chłoń-Domińczak w listopadzie skończyła 35 lat. Urodziła się i wychowała w Warszawie. - Tutaj poznali się moi rodzice, choć mama pochodziła spod Wilna, a tato z Tarnowa - wspomina.

Mama jako mikrobiolog całe życie badała krew i mocz, najpierw w laboratorium MSW, potem w UOP. Ojca właściwie nie znała. Zginął w wypadku samochodowym, gdy miała trzy lata. Mówi o nim, że był wierzącym komunistą, należał do partii. Pracował w Komendzie Głównej Milicji Obywatelskiej, gdzie zajmował się izbami wytrzeźwień. - Te historie znam tylko z domowych opowiadań, ale nauczyły mnie tego, że nie moją rolą jest osądzać tamte postawy, tamte wybory. Jeśli ktoś w moim wieku wychodzi na sejmową trybunę i krzyczy, że trzeba ukarać tych wszystkich złych komunistów, to nie godzę się na to. Moje pokolenie nie ma moralnego prawa do oceniania tamtych wyborów - mówi zdecydowanie. Jej mama nigdy nie wyszła ponownie za mąż. Samotnie wychowała dwójkę dzieci - ją i starszego o 12 lat brata. Z czasem zamieszkała z nimi babcia. - Mama starała się nam pomóc, ale niewiele mogła zrobić - mówi. Starała się ich chronić, trzymała raczej pod kloszem, nie pozwalając na samodzielność. - Usamodzielniłam się dopiero w harcerstwie. Jeździliśmy na obozy, sami musieliśmy zbijać prycze, gotować, zadbać o siebie i młodszych kolegów - wspomina. Zawsze była wybitnie uzdolniona matematycznie. Za namową przyjaciółki mamy trafiła do klasy z eksperymentalnym programem matematycznym w warszawskim Liceum im. Stanisława Staszica. W klasie było jedynie 11 dziewczyn i 14 chłopaków. Idealne warunki do pracy dla uzdolnionych dzieci. Nauczyciele wspominają ją jako typ prymuski. Zawsze doskonale przygotowana, aktywna, nigdy nie sprawiała kłopotów. Może tylko za bardzo angażowała się w harcerstwo.

Oksford otwiera oczy

Bez problemu dostała się do warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej. Wybrała finanse i bankowość. - Mając 19 lat, nie bardzo jeszcze wiedziałam, co ze swoim życiem zrobić. Chciałam wykorzystać zdolności matematyczne w mniej abstrakcyjnym wymiarze - tłumaczy tamten wybór. Zaczęła od zarządzania i marketingu, żeby zainteresować się systemami ilościowymi bardziej związanymi z ekonometrią, aż doszła do zagadnień związanych z rynkiem pracy. - Bardziej interesowali mnie ludzie i procesy niż same cyferki - mówi. Po IV roku wyjechała na trzymiesięczne stypendium do Oksfordu. Chciała zebrać materiały do pracy magisterskiej. - W Oksfordzie otworzyły mi się oczy na to, jak na Zachodzie prowadzi się prace naukowe. Moim mentorem został prof. Stephen Nickell, ekonomista, obecnie doradca Gordona Browna, którego książki czytałam z wypiekami na twarzy. Świetny przewodnik - wspominała w 'Polityce'. Profesor nauczył ją samodzielności myślenia i porządkowania pracy. Zachęcał do sprawdzania wielu źródeł. Zupełnie inaczej niż w Polsce. Tu bardziej niż samodzielność liczyła się znajomość skryptów przygotowanych przez wykładowców.

Po powrocie do Warszawy, jeszcze na V roku studiów, zaczęła prowadzić zajęcia dla młodszych studentów z analizy matematycznej. - To był taki moment na SGH, kiedy dokonała się zmiana i sposobu nauczania, i metod nauczania. Ćwiczenia do wykładów zaczęli prowadzić studenci starszych lat, którzy wiązali swoją przyszłość z uczelnią - opowiada. Nim została magistrem, już zaczęła studia doktoranckie. - To był taki dziwny czas, gdy miałam już zdane wszystkie egzaminy i pozostał mi tylko ten ostatni, magisterski. Interesowało mnie to, jak brak pracy wpływa na przenoszenie się ludzi z jednego miejsca do drugiego - mówi. W tym samym czasie jej promotor prof. Marek Góra wciągnął ją do zespołu, który miał przygotować reformę systemu emerytalnego dla Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Przygotowywała analizy, prognozy, projekty ustaw i kampanię informacyjną o reformie emerytalnej. - Nie chciałam eksperymentować i pracę doktorską napisałam już z emerytur (temat pracy: wpływ demografii na systemy emerytalne). Na szczęście dużo pracy, czyli chodzenie na uczelnię, wysiadywanie w ławkach, mnie ominęło. Byłam zwolniona zarówno z wykładów, jak i z samych egzaminów. Akurat urodziłam pierwszego synka, byłam na urlopie macierzyńskim i dzięki temu miałam czas na dokończenie doktoratu - mówi.

Mąż wraca wcześniej

W resorcie pracy już została. Pracowała dla kolejnych ekip rządzących: od prawicy, przez centrum, po lewicę. Analizowała m.in., jak będą się zmieniały wydatki na emerytury w zależności od sytuacji demograficznej kraju. Po drodze rodziły się jej dzieci. Ciąże zawsze były zaplanowane. Siedmioletni dziś Michał urodził się krótko po starcie nowego systemu emerytalnego. Czteroletnia Marysia przyszła na świat w czasie prac nad planem Hausnera. Teraz, akurat na finał ustawy o emeryturach pomostowych, urodziła trzecie dziecko - Maciusia. - Z mężem planowaliśmy trójkę dzieci i chyba na tym poprzestaniemy - mówi, ale jakby bez przekonania. Poznali się jeszcze na studiach. - Gdzieś tam dopasowaliśmy się do siebie. Podobnie myślimy, mamy taki sam zdroworozsądkowy stosunek do życia - opowiada. Mąż od kilku lat pracuje w departamencie kontroli w polskim oddziale holenderskiego banku. - Więcej nie powiem, mamy prostą zasadę, że staramy się odgradzać życie prywatne od tego, co robimy zawodowo - tłumaczy. Także w domu o pracy się nie rozmawia. - Czasami podzielę się z mężem moimi frustracjami, ale z zasady staram się trzymać sprawy zawodowe z daleka od domu. Nie chcę, żeby pierwszym słowem, jakie powie mój synek, była 'emerytura' - żartuje. Jeśli już ma trochę czasu dla siebie, najczęściej późno w nocy albo w weekendy, czyta głównie fantastykę. - Czasami, kiedy w środku nocy nie mogę spać, biorę do ręki książkę Małgorzaty Musierowicz. Będąc u kresu wytrzymałości, sięgam po Herberta czy Szymborską, rzadziej Białoszewskiego. Do tego w tle Kaczmarski, Gintrowski, Wolna Grupa Bukowina, Wysocki. Tak odpoczywam - opowiada. - Ma pani jeszcze czas dla dzieci? - Staram się nie pracować w weekendy. W tygodniu próbuję tak organizować swój czas, żeby być z nimi chociaż wieczorami. - I udaje się? - W ostatnim czasie rzadko. Dokańczamy reformę emerytalną, wiele zależy od tego, jak pracuje Sejm. Często zdarza się, że przychodzę do domu, kiedy dzieci już śpią. Potem rano pytają, czemu wróciłam tak późno. Na szczęście nie wyjeżdżam już tak często jak kiedyś i dzięki temu mam poczucie, że spędzam z nimi więcej czasu niż jeszcze kilka miesięcy temu. Dwa razy w tygodniu wracam na tyle wcześnie, żeby móc jeszcze z nimi posiedzieć, nim zasną. - A co na to mąż? - Pod tym względem ja go chyba nie przebiję. A tak poważnie... Wydaje mi się, że on to rozumie i wie, że gdybym tego nie robiła, byłabym głęboko nieszczęśliwa. To on dopasowuje swoje plany zawodowe do tego, czym zajmuję się ja. To on wraca wcześniej do domu, choć - jak mówią ich przyjaciele - robi to kosztem własnej kariery. Pomaga im też od siedmiu lat ta sama niania.

Mrożone mleko

Jej pracy nie przerywały kolejne ciąże. Za każdym razem pracowała niemal do dnia porodu, a do pracy zawsze stawiała się natychmiast po urlopie macierzyńskim. Kiedy było trzeba, przychodziła do Sejmu na wieczorne debaty. Była na wszystkich komisjach sejmowych poświęconych emeryturom. Zawsze cierpliwie odpowiadała nawet na najgłupsze pytania nieprzygotowanych do dyskusji posłów. Nigdy nie pozwoliła sobie przy tym na złośliwości pod adresem rozmówcy. Czasami tylko uśmiechała się, słysząc kolejne banalne pytanie. Przyklejano już jej łatkę człowieka Góry, potem Hausnera, teraz Tuska. Te etykietki jej nie uwierają, póki może robić swoje. Gorzej z samą polityką. - Można przygotować świetny projekt, ale i tak trafi do kosza, jeżeli na drugiej szali leży poparcie wyborców - mówi rozgoryczona. Tak było z negocjowanym przez nią projektem emerytur górniczych. Choć nie dała się zakrzyczeć górnikom, którzy traktowali ją protekcjonalnie, dając do zrozumienia, że 'młoda powinna siedzieć cicho', to przegrała z polityką. Rządząca lewica w przededniu wyborów ustąpiła górnikom, utrzymując ich przywileje. - To był moment zwątpienia - wspomina. - Siedziałam na wakacjach z mężem i dziećmi, a tu rozdzwaniają się telefony z informacją, że Cimoszewicz jednak ustąpił górnikom. Miałam takie poczucie, że choć wszyscy przyznawali mi po cichu rację, to w kluczowym momencie ktoś nie umiał stanąć na wysokości zadania. - Agnieszka jest doskonałym ekspertem, a przy tym potrafi mówić o skomplikowanych sprawach zrozumiałym językiem. To bardzo rzadkie, a przez to ogromnie cenne - mówi Izabela Jaruga-Nowacka. To ona zrobiła Chłoń-Domińczak swoim zastępcą, kiedy objęła tekę ministra pracy. Zaczęła dużo wyjeżdżać za granicę. - To był czas, kiedy pierwszego synka Michała jeszcze karmiłam piersią. Zawsze miałam przy sobie laktator. W hotelu ściągałam pokarm i biegłam do restauracji, żeby mi go zamrozili. Tak samo w samolocie. Po powrocie do domu miałam już zapas na następną podróż - wspomina. Przestała, gdy dzieci zaczęły się buntować. - Tęskniły. Kiedyś wychodziłam na spotkanie ze znajomą, kilka domów dalej. Michał spojrzał na mnie: 'Idź już, mamusiu, do swojego samolociku'. Zawróciłam. Już nie wyjeżdżam tak często - mówiła 'Polityce'.

Bank Światowy się o nią dobija

Zaczęła być marginalizowana wraz z nadejściem rządów koalicji PiS-Samoobrona-LPR. - Nowa minister Anna Kalata nie chciała wprowadzać żadnych zmian, nieustannie nas kontrolowała, mój zespół dostawał niższe premie, więc odeszłam - mówi otwarcie. Schronienie znalazła w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego u Grażyny Gęsickiej. - To pomogło mi złapać oddech, na chwilę wyrwać się z urzędniczego świata i spróbować czegoś nowego - wspomina. Jednak po odejściu Kalaty - za namową Kluzik-Rostkowskiej - natychmiast wróciła do resortu pracy. Sama mówi, że nie wyobraża sobie życia bez ministerstwa. I poza Polską. Choć od lat dobija się o nią Bank Światowy. Ofertę pracy ponawia nieprzerwanie od 2000 r. - Nie chcę przeprowadzać się do Waszyngtonu. Tutaj mamy rodzinę, poza tym mąż jest przeciwny wyjazdowi za granicę i ja szanuję jego decyzję - mówi. Dla Banku Światowego i OECD pracowała już jako konsultant. Tam też poznała swojego najbliższego przyjaciela - Edwarda Whitehouse'a z OECD specjalizującego się w prognozowaniu wysokości emerytur dla wszystkich krajów świata. Potrafiła z nim w waszyngtońskich barach godzinami rozmawiać o tym, jak zorganizować system emerytalny w Polsce. - Póki będę mogła pracować w Polsce, nigdzie się nie wybieram - deklaruje, choć jej przyjaciele pukają się w głowę. Na Zachodzie mogłaby za łatwiejszą pracę dostawać kilkakrotnie większe pieniądze. - Mam duże poczucie obowiązku - odpowiada. - Chcę dokończyć reformę emerytalną i to determinuje to, co teraz robię. Wierzę też, że gdzieś tam w ludziach, także posłach, tkwi odrobina przyzwoitości. I że w którymś momencie oni sami poczują, że pewna granica smaku została przekroczona.

Podziel się