'Lecznica. - Poród. - Rodzi się córka - jestem wściekła. Drwię z powinszowań, kwiatów i odwiedzin. Rysuję doktorów, karmię z niechęcią dziecko'. To wpis do pamiętnika Zofii Stryjeńskiej z roku 1918. Wstrząsający zapis. Napisała to ta sama osoba, która na własnej skórze odczuła, czym jest brak równouprawnienia. Na zdjęciu z Akademii w Monachium siedzi wśród studentów w pracowni malarskiej. Chłopcy, przeważnie wąsaci, pewni siebie, zakładają ręce na piersiach, podpierają się pod boki i posyłają fotografowi zawadiackie uśmieszki. W tej grupie są dwie upokorzone osoby: Stryjeńska, wtedy jeszcze Lubańska, która wygląda jak wiejski chłopiec wśród paniczyków, i rozebrana do naga modelka. Obie patrzą spode łba, bez cienia uśmiechu. Zawstydzone i przestraszone, świadome żenady sytuacji. 'Stefuś skończył konserwatorium i zaczął zarabiać muzyką, grając w orkiestrze i chórach kościelnych, Maryla i Janka zostały jeszcze w szkołach, a ja zgoliłam głowę do skóry i w ubraniu męskim Tadzia i za jego papierami pojechałam zapisać się do Akademii Sztuk Pięknych w Monachium, gdyż uznawano wtedy tę uczelnię za najtrudniejszą i najlepszą. Maskarada moja była o tyle konieczna, że ani w Akademii monachijskiej, ani w ogóle na wyższych uczelniach kobiet wtedy nie przyjmowano' - pisała Stryjeńska na temat wydarzeń roku 1911. Nie była to do końca prawda, np. Warszawska Szkoła Sztuk Pięknych przyjmowała w tym czasie kobiety, a w Krakowie istniała prywatna szkoła sztuki dla kobiet Marii Niedzielskiej, w której zresztą Stryjeńska przed wyjazdem do Monachium krótko się uczyła. A jednak swoim gestem wyprzedziła rewolucję w europejskiej edukacji po I wojnie światowej, kiedy kobiety bardziej masowo zaczęły zapisywać się na wyższe studia. Wyprzedziła też przemiany w ubiorze i wyglądzie zewnętrznym, które nastąpiły w latach 20., kiedy pojawił się styl 'chłopczycy'. Zofia Stryjeńska, najsławniejsza polska malarka dwudziestolecia międzywojennego, żyła na przełomie dwóch światów. Pierwszy, dziewiętnastowieczny, odchodził właśnie w niebyt razem z niewolą narodową. Drugi, nowoczesny, właśnie nadchodził. To, co było w Zofii nowoczesne, to świadomość własnego talentu, dzika pewność, że nawet jej, kobiecie, należy się prawo do studiowania na uczelni artystycznej, którą uważa za najlepszą. To, co było w niej staroświeckie, to odrzucenie kobiecości. 'Dla niej bycie kobietą to był jakiś błąd w castingu' - pisze o niej w katalogu trwającej właśnie wystawy w Muzeum Narodowym w Krakowie Martine Jaques-Dalcroze Sokołowska - córka jej córki Magdaleny. - Matka nie chciała się zgodzić na wydanie pamiętnika babci - mówi Martine - dla niej było to zbyt bolesne. Wuj Jan Stryjeński zadecydował o ich opublikowaniu po śmierci mamy. Ja też zatrzymałam się w miejscu, w którym Zofia Stryjeńska mówi o porodzie. Kiedy zbliżała się wystawa retrospektywna babci, pomyślałam, że powinnam go przeczytać na nowo. Jest fascynujący.
Na sprzedaż
Zofia Stryjeńska jest dzisiaj mitem zastygniętym w kształt kujawiaka, oberka i mazurka. Jest w tym micie uśmiech, piękna kobieta i hasło 'sukces'. Prace Stryjeńskiej od czasu do czasu pojawiają się na aukcjach. Tu jakiś obraz, tam talerz z nadrukiem według jej kompozycji, ówdzie teka litografii złożona z plansz przedstawiających np. polskie stroje ludowe. Na okładce jest dziewczynka o niebieskich oczach z warkoczami blond, na kartach chłopi w barwnych strojach. Wszyscy tańczą, nawet mężczyzna w stroju krakowskim ze snopkiem zboża pod pachą i sierpem w ręce. Już w dwudziestoleciu międzywojennym była mitem. Jak przed I wojną krakowskie mieszczaństwo musiało mieć na ścianach Jacka Malczewskiego, tak teraz mieszczaństwo warszawskie, które w latach 20. i 30. nadawało ton odrodzonej Polsce, musiało mieć Zofię Stryjeńską. Była znakiem firmowym II Rzeczypospolitej. Joanna Olczak-Ronikier, wnuczka słynnego warszawskiego wydawcy Jakuba Mortkowicza, wspomina np. 'barwny fryz pod sufitem złożony z portretów Piastów Zofii Stryjeńskiej' w domu swojej babki. W 1925 r. wzięła udział w Międzynarodowej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej w Paryżu. Święciła tam triumfy - zgarnęła cztery medale Grand Prix, jej sześć dekoracyjnych panneaux przedstawiających pory roku zdobiło ściany polskiego pawilonu. Ale z punktu widzenia jej życia prywatnego ten mit nie był prawdą. Jej 'Pamiętnik' wydany w 1995 r., prawie 20 lat po jej śmierci (zmarła w Genewie w 1976 r.), odsłania nędzę tej samodzielnej, ale przez to skazanej na samotność kobiety, gonitwę za pieniędzmi, pościg za stabilizacją, która nigdy nie nadchodzi. Zmusza też, by zrewidować sielankowy obraz dwudziestolecia międzywojennego. Nie była to epoka łatwa dla artystów.
Jest też o Stryjeńskiej drugi mit - wariatki, kobiety szalonej. Do dzisiaj krążą anegdoty: o tym, jak goniła po Zakopanem męża Karola Stryjeńskiego opętana myślą o jego zdradach, jak potłukła szyby w jego mieszkaniu, i o tym, że kiedy urodziły się jej bliźniaki Janek i Jacek, by móc pracować, zamykała ich w szufladzie. A także o tym, jak na uroczystej kolacji, kiedy pani domu chwaliła się, że jedzą na talerzach z miśnieńskiej porcelany, Zofia przewróciła talerz z zupą do góry dnem i powiedziała: 'Rzeczywiście!'. Kim więc była? 'Półwariatką', 'czupiradłem', jak o niej pisano, wśród zrównoważonych i świetnie uczesanych mężczyzn? Czy odwrotnie: kimś, kto widział rzeczywistość zbyt dobrze, zbyt realnie, by móc w niej wytrzymać?
Sensacja w Zakopanem
Relacje prasowe o zatrzymaniu Zofii Stryjeńskiej przez psychiatrów w Zakopanem 31 sierpnia 1927 r. przypominają znaną anegdotę Juliana Tuwima 'Zbrodnia Hilarego Pęcikowskiego w oświetleniu pięciu pism warszawskich' (1925). W skeczu Tuwima wypadek, w którym kierowca potrąca przechodnia, przedstawiony jest już to jako zemsta chadeków na lewicy, już to jako antysemicki wybryk szofera nacjonalisty, już to jako chytra pułapka zastawiona przez mniejszość żydowską na polskiego kierowcę. 'Przegląd Wieczorny': 'Wczoraj w nocy do mieszkania znanej artystki, malarki p. Zofii Stryjeńskiej, przybyła nagle policja wraz z lekarzem i jako podejrzaną o obłęd wywiozła z Zakopanego, podobno do zamkniętego sanatorium'. 'Kurier Czerwony': 'Do mieszkania artystki przybył lekarz zdrojowy dr Gabryszewski w towarzystwie przedstawicieli władz policyjnych. P. Stryjeńską siłą uprowadzono i wywieziono do sanatorium zamkniętego w Batowicach pod Krakowem. Opinia miejscowa zgodnie głosi, iż sprawcą porwania jest mąż artystki p. Karol Stryjeński, przeciw któremu wytoczyła ona proces rozwodowy. Porwanie i osadzenie w sanatorium ma - jak mówią - na celu wytworzenie opinii, iż p. Stryjeńska cierpi na obłęd. Gdyby fakt ten uznano, wówczas dzieci pp. Stryjeńskich pozostałyby przy ojcu'. 'Kurier Warszawski': 'Według informacji zaczerpniętych u źródeł urzędowych w sprawie artystki malarki p. Zofii Stryjeńskiej, dowiadujemy się, że dnia 31 sierpnia p. Stryjeńska z powodu braku na miejscu w Zakopanem lekarzy specjalistów, wskutek porady przybyłego z Krakowa lekarza, wyjechała w towarzystwie tegoż lekarza do prywatnego sanatorium w Batowicach celem uzyskania porady u szeregu wybitnych lekarzy krakowskich. Wywiezienie p. Stryjeńskiej siłą za pośrednictwem organów policji nie miało miejsca i korespondenci dzienników, podający ten fakt, byli wprowadzeni w błąd przez bezpodstawne a tendencyjne, złośliwe plotki krążące po Zakopanem'. 'Dwie parafie się kłócą' - pisał dwa dni później Stanisław Ignacy Witkiewicz w liście do żony. 'Sensacyjna sprawa Stryjeńskich podzieliła opinię publiczną na dwa obozy. Za Stryjeńskim część, m.in. Szymanowski, Wierzyński, Ferdynand Goetel, Nowaczyński i gros Zakopanego, za nią malarze, no i ja. Przykra mocna rzecz' - zapisywał Juliusz Zborowski, dyrektor Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem. Karol Stryjeński miał silną pozycję w środowisku. Był dyrektorem Szkoły Przemysłu Drzewnego w Zakopanem, zwanej potem Szkołą Kenara, która odnowiła rzemiosło Podhala. Zbudował także w Zakopanem kilka domów mieszkalnych, schroniska, skocznię i mauzoleum Jana Kasprowicza. Jego ojciec Tadeusz Stryjeński był jednym z najważniejszych architektów Młodej Polski, miłość do zakopiańszczyzny Karol miał po nim. Ironią było to, że kilku z tych, którzy bronili Karola Stryjeńskiego i uwierzyli w szaleństwo Zofii, we wcześniejszym okresie małżeństwa Zofii z Karolem było także przyjaciółmi artystki. Po kilku dniach gazety doniosły, że lekarze z Krakowa, gdzie Stryjeńska się znalazła, jednak nie potwierdzili diagnozy lekarzy z Zakopanego. Okazało się też, że dr Gabryszewski, dobry znajomy Karola Stryjeńskiego, nie miał podstaw do zatrzymania Zofii. We wrześniu został zwolniony z posady, podobnie jak komisarz rządu dla gminy Zakopane, który odpowiadał za jej zatrzymanie. Zaraz potem Zofia Stryjeńska przeprowadziła rozwód z Karolem. Moralnie wygrała, straciła jednak dzieci. Córka Magda oraz bliźniacy pozostali przy rodzinie męża. Wychowywała je jego bezdzietna i niezamężna siostra Joanna Stryjeńska zwana Żancią. Stosunki między Zofią a Żancią do końca pozostały więcej niż chłodne, ale dzieci były do niej bardzo przywiązane. - Ciocia Żancia była pełna energii życiowej i serca - mówi Łukasz Stryjeński, mieszkający w Genewie syn Jacka. - Zastępowała im rodziców, którzy na co dzień się nimi nie zajmowali.
Zofia przegrała też towarzysko. Za Stryjeńską do końca ciągnęła się opinia osoby, która ma za sobą pobyt w 'szpitalu wariatów'. Pytam wnuczkę Martine Jaques-Dalcroze Sokołowską, też mieszkającą w Genewie, czy babcia była przy zdrowych zmysłach. - Jak to powiedzieć - mówi Martine. - Było bardzo trudno z nią żyć, ale w ogóle trudno jest żyć z artystą. Była rozszarpywana przez dwa sprzeczne pragnienia - jedno to być z dziećmi, które kochała, drugie to pracować twórczo, usamodzielnić się, wreszcie zarabiać. Nie była szalona, była wewnętrznie rozdarta.
Na kłopoty w małżeństwie - szpital
W 1927 r. Karol nie pierwszy raz wsadził ją do szpitala. Był to środek, który stosował już wcześniej, kiedy nie potrafił sobie poradzić z kłopotami w małżeństwie. Pobrali się w 1916 r., latem 1918 r. urodziła im się Magda. Rok później pojechali do Paryża, zostawiając dziecko pod opieką rodziny w Krakowie. W Paryżu żyła wtedy liczna polska kolonia artystyczna, z którą Stryjeńscy nawiązali kontakty. Poznawali muzea i francuską sztukę współczesną, ale żyli w polskim środowisku, Zofia nigdy nie nauczyła się dobrze francuskiego. Wnuki urodzone i wychowane po wojnie w Szwajcarii wspominają, że dzieliła je od babci bariera językowa. Paryski wyjazd nie wróżył szczęśliwego i długiego pożycia. Po kilku tygodniach wybucha między nimi nieporozumienie. Zofia jest podejrzliwa, targa nią niepewność co do uczuć Karola. 'Doszłam do podejrzenia, że Karola interesuje we mnie głównie talent' - notuje w pamiętniku. Co robi, by to sprawdzić? 'Pod wpływem tych gorzkich refleksji lecę do stołu, gdzie leżały między książkami i zaczętymi drzeworytami przywiezione do Paryża oryginały mych prac i szast! Szast! Szast - strzępy rozsypały się po całym pokoju'. Miała dobrą intuicję, Karol się obraził. A po jakimś czasie wyjechał do Polski, zostawiając ją bez grosza. Rodzice przysłali jej pieniądze na powrót do Krakowa. Sytuacja, jaką tam zastała, była tylko potwierdzeniem stanu separacji - córeczka mieszkała z ojcem, Zofia zamieszkała u rodziców. Kiedy zaczęła błagać męża, by do niej wrócił, Karol zgodził się i przebiegle zaproponował wspólne wyjście do teatru. Niestety, zamiast w teatrze Zofia znalazła się w klinice znanego krakowskiego psychiatry dr. Piltza. Z opresji znów wydobyli ją rodzice. Inaczej niż rodzina Karola Stryjeńskiego zdominowana przez ojca Tadeusza, zwanego przez Zofię z uwagi na jego cechy autorytarne 'Filipem Hiszpańskim', rodzina Zofii miała chyba więcej wyrozumiałości dla ludzkich potknięć. Posyłanie do szpitala nie było wówczas rzadkim sposobem rozwiązywania spraw rodzinnych. Kilkanaście lat wcześniej w podobny sposób zniewolona została pisarka Maria Komornicka. W 1907 r. zrzuciła kobiecy strój na zawsze. W akcie przemiany wewnętrznej stała się mężczyzną. Do szpitala dla umysłowo chorych posłała ją własna rodzina. Magdalena Samozwaniec we wspomnieniowej książce 'Maria i Magdalena' opowiada historię kuzyna swojej matki Stefana Rogozińskiego. Interesowały go dalekie kraje, więc wydawał na podróże sporo pieniędzy. Wsadzono go do szpitala 'ze strachu, by nie roztrwonił całego majątku'.
Karol, promieniujący urokiem
'Karol Stryjeński był architektem, człowiekiem uroczym, pełnym wewnętrznego ognia o suchej, trochę indiańskiej twarzy' - wspominała Irena Krzywicka, Zofii poświęcając epitet: 'Utalentowana półwariatka'. Pisała Halina Ostrowska-Grabska, córka poetki Bronisławy Ostrowskiej: 'Oboje stanowili wielki kontrast - Zofia trochę kanciasta, pospieszna, milkliwa, napięta, z wielką ciemną, jakby kędzierzawą czupryną spadającą na oczy o mocnym spojrzeniu. I Karol, promieniujący urokiem, wdziękiem, o czarującym sposobie bycia. Moje koleżanki z Akademii nagminnie się w nim kochały, co on przyjmował z pobłażliwym zrezygnowaniem'. Jaki scenariusz życiowy przewidział dla Zofii? 'Zosia jest w Krakowie, wczoraj tam telefonowałem i była. Adres: Starowiślna 89, tam bywa codziennie. Wyjeżdżając stąd, mówiła, że jedzie do Warszawy, żeby sprzedać »Sielanki «, które zrobiła, i oddać Panu pieniądze, bo do Paryża robić nie myśli. Uważam jednak, że to tere-fere i łatwo będzie ją przerobić. Najlepiej zabrać ją, jak Pan będzie w Krakowie. Zwymyślać i obiecać większe honorarium'. Jest rok 1924, Stryjeński razem z Jerzym Warchałowskim, do którego list jest skierowany, montują polski sukces na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej w Paryżu. Warchałowski jest komisarzem ekspozycji w polskim pawilonie. Niebawem Polska zdobędzie tam kilka głównych nagród, a polski pawilon z ołtarzem w stylu podhalańskim wyrzeźbionym przez Jana Szczepkowskiego, z malowidłami Stryjeńskiej, z tancerzami i orkiestrą prosto z Zakopanego zrobi furorę. List do Warchałowskiego wydobyła z archiwum Joanna Sosnowska, która w pionierskiej książce o kobietach w polskiej sztuce przełomu XIX i XX wieku pierwsza odwróciła mit wspaniałego Stryjeńskiego i małej Zofii z Lubańskich, którą on wprowadza w świat sztuki, kształci i formuje. - Stryjeński był świetnym organizatorem i nauczycielem, ale w sztuce nie miał wielkich osiągnięć - mówi Sosnowska. - W tym związku ona była większym artystą. Według niej Karol wykorzystywał Zofię. 'W tonie listu jest coś ze stręczycielstwa i handlowej transakcji' - napisała. W pamiętniku Stryjeńskiej zachował się opis przygotowań do wystawy w Paryżu. To, co dla jej męża było problemem finansowym i organizacyjnym, dla niej miało wymiar egzystencjalnego dramatu. Wszystko rozgrywa się pod koniec lata w górach. Zofia dostaje od Warchałowskiego zaproszenie do Warszawy, by pracować nad panneaux do Paryża. Idzie na stację i kupuje bilety na pociąg. Już w drodze do domu chce się wycofać, zbyt drogie są jej dzieci, które musiałaby zostawić z niańką, a potem z ciotką w Krakowie. Wraca na stację, żeby oddać bilety. Kiedy jest w domu, znowu myśli o tym, że traci życiową szansę. I tak w kółko. Wreszcie decyduje się jechać. To był kluczowy moment w życiu Zofii. Decyzja, by pojechać do Warszawy i przygotowywać paryską wystawę, na zawsze oddzieliła ją od dzieci, już nigdy potem - wyjąwszy przełom lat 1938 i 1939, kiedy ściągnęła synów do Warszawy, gdzie wynajmowała mieszkanie z siostrą Janką - z nimi nie mieszkała, nie tworzyła 'domu'. W 1927 r. Karol Stryjeński został profesorem Warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, w 1930 r. był współzałożycielem Instytutu Propagandy Sztuki - galerii konkurencyjnej wobec Zachęty. Jak zapisała Zofia w pamiętniku, jeśli spotykali się w Warszawie, to przypadkiem, jak obcy. Zmarł w 1932 r. Podobno kiedyś w Zakopanem chciał pojedynkować się z Witkacym. Co było większym wariactwem: podrzeć swoje rysunki w przypływie rozpaczy, miotać się pomiędzy dziećmi a pracą czy wyzywać na pojedynek znajomego?
Boże, znikąd ratunku
Sądzi się, że Zofia Stryjeńska odniosła sukces w II Rzeczypospolitej, a zmierzch jej kariery nastąpił po wojnie. To nieprawda, prawdziwy upadek przeżyła w latach 30. 'Wyrzekłam się wszystkiego dla swojej urojonej pieśni, ale jestem marnym muzykiem, którego posadzono do wspaniałego instrumentu. Niestety, nie umiem wydobyć z tej klawiatury więcej niż »Krakowiaczek ci ja «'. Jest połowa lat 30. Mieszka sama w Warszawie, w wynajętym pokoju, żyjąc z dnia na dzień. Jest w trakcie drugiego rozwodu. Małżeństwo z aktorem Arturem Sochą, za którego wyszła w 1929 r., rozsypało się. 'Stryjeńska się powtarza' - pisali krytycy. Albo: 'Przytępiła się nasza wrażliwość na to olśniewające zjawisko'. A przecież zaczęła tak wspaniale, z takim rozmachem. Pochodziła z Krakowa, miasta Wyspiańskiego, i wyobraźnia, w której mitologia słowiańska stapia się z mitem greckim, a secesja ze stylem ludowym, była jej bliska. Chodząc po rynku z ojcem, który miał sklep z wyrobami skórzanymi, od dzieciństwa patrzyła na chłopskie typy: 'Tam, na Rynku krakowskim, zakiełkowały mi w myśli pierwsze zarysy postaci bogów słowiańskich i niejasne przeczucie wielkiej kiedyś rezurekcji Słowian, której przodownicą będzie Polska'. Stworzyła cykl 'Polskie bajdy na tle opowieści ludowych' na kilkunastu kartonach, gdzie własny tekst ozdobiła rysunkiem. Kiedy w 1912 r. pokazała je w krakowskim Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych, natychmiast zostały kupione. Zofia miała 21 lat. Jej ilustracje do kolęd, pieśni legionowych, obyczajów świątecznych już w okresie I wojny światowej były wydawane na pocztówkach. Weszła do Warsztatów Krakowskich, grupy artystów, którzy programowo czerpali z tradycji ludowej. W 1917 r. stworzyła cykl 'Pascha', w którym Chrystus, apostołowie i trzy Marie to Polacy otoczeni przez żołnierzy w pruskich pikielhaubach. W 1918 r. po raz pierwszy (będzie to powtarzać w różnych wariantach) namalowała na kartonach 'Bożki słowiańskie'. Opierając się na legendach i skąpych historycznych przekazach, stworzyła własny panteon, puściła wodze fantazji: potężny Boh ma w ręce ślimaka, bogini płodności Cyca ma kilka rzędów piersi. Dodany kilka lat później Perkun wygląda tak, jakby strzelił w niego piorun. Wreszcie przychodzi rok 1921 i triumf wystawy w warszawskiej Zachęcie, gdzie wystawiła obraz 'Łowy bogów'. 'Wściekłymi rzutami pędzla, jak pękiem strzał, kładzie Stryjeńska broczące karminem bestie' - pisał w entuzjastycznej recenzji Antoni Słonimski. Warszawa zakochała się w Stryjeńskiej. Sypały się zamówienia. Dla wydawnictwa Mortkowicza wykonała np. cykl 'Piastowie'. Bawiła się stworzoną przez siebie konwencją. W jej poczcie królów polskich Kazimierz Wielki pali papierosa. W 1930 r. pobiła rekord - sprzedała obraz za 7 tys. zł. A potem w jej życiu coś nagle zaczęło się psuć. Obrazy się nie sprzedają. Zimą wyprzedaje letnie kostiumy, latem futra, wyzbywa się mebli, jeśli maluje, to farbami na kredyt, jeśli zjada obiad, to za pożyczone pieniądze. Frustracja sięga dna. Jej marzeniem jest zarobić tyle, by móc wynająć samodzielne mieszkanie i sprowadzić dzieci. To mrzonka, zdarzają się najwyżej wspólne wakacje. To, co jej się udaje, to chwilowe wydobycie się z długów, posłanie rodzinie pieniędzy do Krakowa, by znowu zatonąć. W 1935 r. jej wystawa w Instytucie Propagandy Sztuki zostaje zajęta przez komornika. Co się stało ze Stryjeńską? Przyczyn było kilka. Pod koniec lat 20. zaczął się kryzys, który odbił się też na sztuce. Druga była związana z wewnętrzną dynamiką jej sztuki. Zofia miała świadomość, że obniża loty: 'Koloryt zaczyna być ordynarny, oświetlenie nie przeprowadzone, wszystko puszczone, smarowane, aby się pozbyć, figury na obrazach mi kostnieją. Zresztą już mnie nużą ciągle, w kółko tematy na zamówienia odstawiane. Boże, Boże, znikąd ratunku'. Ci, którzy ją znali, chcieli, by się powtarzała. Ci, którzy jej nie lubili, nic od niej nie chcieli.
Jej pamiętnik nie zawsze budzi tylko współczucie. 'Muszę gonić za zarobkiem po Żydach i ministerstwach' - skarży się. Jej koledzy z Warsztatów Krakowskich czy z grupy Rytm, z którą związała się w latach 20., wykładają na uczelniach artystycznych, pracują w rządowym Departamencie Sztuki, zostają dyrektorami. Kobiety bardzo rzadko wtedy otrzymywały uniwersyteckie katedry. Coś drgnie w jej życiu dopiero pod koniec lat 30. Starania, by otrzymać jakieś zamówienia państwowe, wreszcie kończą się sukcesem. Jej obraz 'Uczta Wierzynka' jedzie na wystawę światową w Nowym Jorku. Stryjeńska ma tam dotrzeć na początku września, ale przekłada wyjazd o dwa tygodnie, by dopilnować dzieci, które idą do szkoły. Wybucha wojna. Polska artystka Paulina Ołowska w tym roku na biennale w Berlinie pokazała wykonane przez siebie czarno-białe kopie obrazów Stryjeńskiej z lat 20. i 30., a także aranżację przestrzenną złożoną z oryginałów i kopii. - Kiedy przemalowywałam te obrazy, zobaczyłam, jak ona świetnie łapała formę, jak znakomicie potrafiła podejmować decyzje. W czerni i bieli to przypominało 'Guernicę'. Ołowska broni Stryjeńskiej. - Czy Stryjeńska się powtarza? Oczywiście! Każdy wielki artysta się powtarza. Może chciała coś zgłębić, a może było to związane z jej sytuacją osobistą. Poza tym czy w powtarzaniu się jest coś złego? Myślenie o oryginalności jest dzisiaj passé. Uważam ją za bardzo dobrą, kreatywną malarkę, która osiągnęła bardzo wiele, a w bardziej sprzyjających okolicznościach osiągnęłaby jeszcze więcej. To, co robiła w scenografii, w sztuce użytkowej, potwierdzało jej wielkie możliwości. W latach 30. tworzyła świetne kostiumy do baletu 'Harnasie' Szymanowskiego, a w czasie wojny obmyślała Witezjon, świątynię słowiańską. To było coś niesamowitego, gdyby to powstało, to byłby polski Akropol.
Pled w lodówce
Martine Jaques-Dalcroze Sokołowska zapamiętała babcię, jak stoi przed witryną biura podróży w Genewie i patrzy na reklamę przedstawiającą palmy na tle błękitnego nieba. Zofia skłonność do ucieczki miała od młodości. Zdarzały się jej zniknięcia z domu, potem odzywała się do rodziców, najczęściej z Wiednia, żeby poprosić o pieniądze na powrót. Zaraz po ślubie uciekła też Karolowi - pojechała trochę ochłonąć do Zakopanego. Zresztą ślub miał charakter tajny, nie wiedział o nim prawie nikt z rodziny. Nigdy nie miała swojego mieszkania, większość życia spędziła w hotelach i wynajmowanych pokojach albo kątem u rodziny. Paradoksalnie najbardziej ustabilizowane życie rodzinne prowadziła w czasie wojny w Krakowie, przynajmniej była blisko dzieci i matki. Decyzję o emigracji podjęła, kiedy matka zmarła. Dzieci już wcześniej wyjechały za granicę. Jacek walczył we Francji, potem został internowany w Szwajcarii i po wojnie tam został. Wszyscy Stryjeńscy po szczególnie zasłużonym dla Szwajcarii przodku, wybitnym inżynierze, mieli prawo do szwajcarskiego paszportu. - Babcia - mówi Martine - podróżowała, była trochę w Paryżu, trochę w Genewie, trochę w Brukseli, gdzie mieszkała jej siostra Janina. Martine wspomina, że w jednopokojowym mieszkaniu w Genewie w lodówce trzymała pled. - Chyba dużo nie jadła. Szczupła i drobna, w oczach miała iskrę humoru. Nigdy nie wyglądała jak staruszka, nawet kiedy była stara. Na kręconych włosach miała zawsze ładny kapelusz. Elegancka, z pewną dozą ekstrawagancji, przypominała Coco Chanel. Spotykałyśmy się w kawiarni albo w domu, czasem z mamą widywałyśmy ją w kościele, ale wiedziałam, że wtedy nie wolno nam do babci podchodzić. Babcia spała na desce położonej na wannie. Martine nie wie dlaczego. Babcia mówiła coś o duchach. Martine pamięta też, że miała rękawy swetrów obcięte przy łokciach, a stolik w jej małym mieszkaniu pokryty był ołówkami, kredkami i farbami. W 1961 r. przeżyła kolejny wstrząs - śmierć ukochanego syna Jacka. Ciągle malowała słowiańskie obrzędy, ludowe zwyczaje i stroje, hoże dziewoje i pięknych młodzianów. Co tworzyła? Prawdę o życiu słowiańskiego ludu czy własny świat, w którym mogła jakoś przetrwać? To świat specyficzny, kobiety są pełne seksu, mężczyźni przeważnie mają jasne włosy i niebieskie oczy. 'Tak pragnęłam - zapisała kiedyś - mieć w życiu syna z niebieskimi oczami, że to było leitmotivem moich przeżyć romantycznych. Znalazłam rasową formę fizyczną i zachwycającą królewską duszę: Karola. Tymczasem owocem tej miłości stała się córka z czarnymi oczami. Dziesięć stopni degradacji duchowej w dół'. 'Zabawne stworzenie z murzyńską kręconą czupryną' - pisały o niej przyjaciółki. Murzyńska czupryna w I połowie XX w. nie była ideałem kobiecego piękna. Być może jej sztuka to było nie tylko marzenie o słowiańszczyźnie, ale także wyzwolenie z własnej formy, z własnego ciała.
'Plastyka wymaga skupienia. A ja chcę brać udział w ruchu, wrzasku, kameleoństwie póz, wyrazów i we wszystkich jarmarcznych szałach życia'. Może dziś robiłaby performance? - Wie pani - mówi Martine Jaques-Dalcroze Sokołowska - w pierwszej wersji tekstu o babci napisałam, że była wolna. Potem się zawahałam. Na pewno była niezależna, na pewno była odważna i miała wolność wewnętrzną, ale czy była wolna? Wykreśliłam to i cały czas o tym myślę.