Oto sposób na rosnące ceny mieszkań i samotność. Trzeba zebrać grupę zaufanych ludzi, wspólnie kupić ziemię, zbudować dom lub - jeszcze lepiej - zaadaptować stary
ZOBACZ TAKŻE
- Jak śmiecić z głową (27-10-08, 13:43)
- Zielone brygady (07-06-09, 01:00)
- Zadbajmy o ziemię (21-07-08, 14:44)
- Pogromczyni wampirów (11-05-08, 11:00)
- Ekoinwazja (25-02-08, 11:00)
- Biżuteria dla miasta (14-06-09, 01:00)
Jurek Ambroszczyk od roku sadzi leśny ogród w Dziadowicach koło Turku. Razem ze swoją dziewczyną Dominiką, Dorotą, Petrem z Czech i Kubą. Kiedy ogród urośnie, nie trzeba będzie go pielić, podlewać ani nawozić. Wystarczy kilkadziesiąt godzin pracy rocznie, bo rośliny współpracują ze sobą i leczą wyjałowioną sztucznymi nawozami i jednorodnymi uprawami ziemię. Czarny bez na przykład chroni od wiatru, a żywokost pozyskane z gleby minerały udostępnia innym roślinom przez korzenie i opadłe liście. - Zaczęliśmy od drzew owocowych i roślin, które użyźniają glebę: żywokostu, krwawnika i wrotycza - opowiada Jurek. - Dopiero kiedy urosną drzewa, będziemy sadzić warzywa. Przede wszystkim byliny, żeby co roku nie przewracać ziemi, nie naruszać jej struktury.
Mieszkają w jednym domu, ale planują budowę kolejnych (gości lokują w tipi). Teraz stawiają pracownię ceramiczną - podmurówka z opon samochodowych wypełnionych piaskiem, ściany z płyty wiórowej, izolacja ze słomy. Pieką chleb, hodują pszczoły. Kompostują organiczne śmieci, mają własną oczyszczalnię ścieków (szambo ekologiczne). - Wyrostki wytykają nas palcami i nazywają sektą z pustyni. Ale starsi są zachwyceni. Choć dziwi ich, że chcieliśmy się tu sprowadzić i walczyć z nieużytkami - mówi Dominika. Podczas podróży po Europie Jurek odwiedzał różne wspólnoty: Beneficio w Hiszpanii, De Vlierhof w Niemczech, holenderskie squaty. Kiedy wrócił do swojego wiejskiego domu, Dominika już tam była. Okazało się, że w innym czasie odwiedziła te same miejsca. Kuba przyjechał z Bieszczad, gdzie już próbował żyć w grupie. Jednak jego radykalizmu, m.in. rezygnacji z prywatnej własności, nie zaakceptowali współmieszkańcy.
Ludzie od tysięcy lat funkcjonowali w grupach. To plemię, a nie rodzina, było kiedyś podstawową komórką społeczną - przypomina Richard Heinberg, amerykański publicysta piszący o ekologii. Najbardziej znana dziś ekowioska na świecie powstała w latach 60. w szkockim Findhorn. Założyli ją Eileen i Peter Caddy po stracie pracy i mieszkania. Z trojgiem dzieci i przyjaciółką zamieszkali w przyczepach kempingowych. Z zasiłku dla bezrobotnych trudno było wykarmić sześć osób. Zaczęli więc ekologicznie uprawiać warzywa i medytować. Warzywa rosły jak na drożdżach. Przyłączały się kolejne osoby. Przyczepy kempingowe zastąpili ekodomami z gliny i słomy, beczek i wypełnionych piaskiem opon samochodowych.
Dziś czterystu mieszkańców Findhorn jest samowystarczalnych energetycznie - korzystają z turbin wiatrowych i paneli słonecznych. Oszczędzają wodę, używając deszczówki, pryszniców zamiast wanien, małych spłuczek w toaletach i samozakręcających się kurków w kranach. Mają biologiczną oczyszczalnię ścieków - w specjalnych zbiornikach, jak w naturze, wodę filtrują rośliny, ślimaki, ryby, algi i bakterie (system wymyślony przez kanadyjskiego biologa Johna Todda, w Europie po raz pierwszy zastosowano go w Findhorn). - Takich wspólnot jest obecnie około 1,5 tys. - szacuje Jonathan Dawson, prezes Global Ecovillage Network, międzynarodowej sieci ekowiosek, i mieszkaniec Findhorn.
Ekologiczne życie w grupie w krajach Trzeciego Świata to doraźna konieczność. Popenguine, wioska w Senegalu położona nad Oceanem Atlantyckim. Wysokie klify, lazurowe zatoki, pomarańczowe wydmy. Wśród nich domy z pustaków, sklep, szkoła. Kilka kobiet pracuje na niewielkim polu. - Bez nas rezerwat by nie przetrwał - twierdzi Woulimata Thiaw, która zorganizowała znajome w kolektyw RFPPN (Regroupement des femmes de Popenguine pour la protection de la nature, Zgrupowanie Kobiet Popenguine na rzecz Ochrony Natury), by odtwarzać i chronić ginące rośliny i wspomagać rządową inicjatywę. W 1986 r. rząd senegalski utworzył tu rezerwat, żeby zapobiec szybko postępującej degradacji okolicy (nieumiejętna uprawa pól, wycinka drzew na opał).
119 kobiet zabrało się do budowania tam, grobli i wałów przeciwpożarowych. Po siedmiu latach pracy okolica się zazieleniła, zaczęły wracać zwierzęta. Dziś kolektyw liczy 1,5 tys. kobiet i podlega mu 100 km kw. rezerwatu. Sprzedaje także opał, dzięki czemu nikt już nie wycina nielegalnie drzew. W każdej wiosce kobiety założyły szkółkę drzew. Pilnują też kompostowania odpadów organicznych. - Podniósł się poziom higieny i mamy bezpłatny nawóz - chwali się jedna z nich. Zbudowano też gliniane chaty dla turystów.
Tamerę, portugalską ekowioskę, założyła Sabine Lichtenfels, 54-letnia filozofka, teolożka, po swoim rozwodzie. Jak we wspólnotach pierwotnych istnieje tu rada. Kobiet. - Trzy lata temu myślałam o dziecku - opowiada Dorthe, mieszkanka Tamery. - Kobiety z rady najpierw mnie wysłuchały, a potem zasugerowały, żebym poczekała i pogłębiła miłość oraz zaufanie do partnera. Po roku znowu o tym porozmawiamy. Peace and Love - to hasło już znamy. Świata nie zmieniło, więc dlaczego teraz miałoby być inaczej? - Bo w Tamerze ważna jest edukacja - tłumaczy Sabine. Można tu podjąć trzyletnią naukę o pokoju na świecie (semestr kosztuje 3 tys. euro; dla osób, które nie ukończyły 21 lat - 1,5 tys. euro), m.in. o tym, jak tworzyć wspólnotę między ludźmi, rozwiązywać konflikty, budować ekologicznie.
O 18.45 na osiedlu Songai na przedmieściach Seattle pachnie jedzeniem. Trzy osoby przygotowują kolację dla trzydziestki sąsiadów. - Nie pomagam, bo sprzątałem po sobotnim śniadaniu - tłumaczy się 60-letni Craig Ragland. Oprócz wspólnej stołówki i kuchni wspólne są: cztery hektary z łąkami, lasem, sadem i ogrodem, stodoła z pracownią ceramiczną, kawiarnia, trzy spiżarnie, sala zabaw dla dzieci, miejsce do medytacji i ćwiczenia jogi, a także narzędzia i sprzęt AGD. Dzięki temu oszczędności są duże - przy zakupach, naprawach, przechowywaniu. - Cohousing jest dla osób, które potrafią się dzielić - podkreśla Craig. Cohousing, skrót od community housing - mieszkania we wspólnocie - to pomysł Duńczyków. Mieszkańcy takich osiedli sami je projektują, budują, a potem nimi zarządzają. Pierwsze powstały w latach 60. XX wieku. Ponieważ przy budowie domu od podstaw zużywa się pięciokrotnie więcej energii niż przy adaptacji już istniejącego, społeczności cohousingowe często zasiedlają stare domy. A między nimi budują szklarnie, zakładają ogrody warzywne. W Songai każdy mieszkaniec kilka godzin w tygodniu musi przepracować dla ogółu. Jeśli nie lubi gotować, może zaopiekować się dziećmi, pomalować stołówkę albo wypielić grządki. Wspólne mieszkanie to nie tylko obowiązki. - Nie jestem zbyt towarzyski, ale odkąd tu mieszkam, uwielbiam nasze sąsiedzkie imprezy - opowiada Craig. - Znam wszystkich: dorosłych, ich dzieci, wnuki, prawnuki. Nasze osiedle ma też taki plus, że od początku było wiadomo, kto będzie sąsiadem. W USA istnieje już ponad sto takich osiedli, a trzysta kolejnych jest w trakcie budowy. Powstają w podmiejskich dzielnicach, ale także w centrum największych metropolii, jak Ecovillage w Los Angeles.
Deweloperzy wyczuli nową niszę na rynku. Zaczęli budować miejskie ekowioski. Ponad 70-metrowe dwupoziomowe mieszkanie w BedZED w Londynie (dwie łazienki, dwie sypialnie, salon, kuchnia, oszklona weranda) można kupić za niecały milion złotych lub wynająć za 4,6 tys. zł miesięcznie. I czuć się w porządku wobec przyrody. Bo osiedle Beddington Zero Energy Development w południowym Londynie produkuje nie mniej energii, niż konsumuje. Lokale mają różne standardy, ceny, przeznaczenie i status prawny: 34 apartamenty przeznaczono dla indywidualnych klientów, 23 dla spółek, 15 mieszkań jest na wynajem, a 10 należy do pracowników osiedla. Dzięki temu BedZED nie jest gettem jednej grupy społecznej - mieszkają tu młodzi, zamożni, rodziny z dziećmi i emeryci.
Do budowy domów użyto surowców najtańszych w eksploatacji, które pochodziły z miejsc położonych nie dalej niż 35 mil i często z recyklingu. Domy ogrzewane są energią słoneczną i ciepłem wytwarzanym przez urządzenia gospodarstwa domowego. Okna są duże, żeby wpuszczały jak najwięcej światła naturalnego, a ograniczały korzystanie ze sztucznego. Energochłonną klimatyzację zastąpiły urządzenia wentylacyjne wykorzystujące wiatr i zjawiska termiczne. BedZED uczy pewnych nawyków. W każdej kuchni znajdują się liczniki gazu i wody. Domowe i publiczne śmietniki przystosowane są do segregacji odpadów. Osiedle ma ścieżki rowerowe. Niedaleko są stacja kolejowa, przystanek tramwajowy i autobusowy. Jest też wypożyczalnia aut elektrycznych lub na gaz. W przyszłości latarnie fotowoltaiczne, które zamieniają światło słoneczne w prąd, będą produkować energię zasilającą 40 samochodów. Mieszkańcy BedZED samochodów na stałe nie potrzebują, bo na miejscu mają biura, warsztaty, kawiarnię, żłobek, centrum sportowe i kulturalne. W porównaniu z brytyjską średnią krajową zużywają mniej ciepłej wody o 57 proc., energii elektrycznej o 25 proc. i samochodów - o 65 proc.
Kiedy w 2001 r. powstał projekt Osiedla Eko-Park autorstwa APA Kuryłowicz & Associates, o ekologicznym budownictwie w Polsce nawet się nie mówiło. - Dlatego osiedle nie ma żadnych rozwiązań wodo- ani energooszczędnych - tłumaczy Marek Kuryłowicz, rzecznik prasowy studia architektonicznego. Eko-Park z ekologią ma tyle wspólnego, że wkomponowane zostało w jedną z najbardziej zielonych części Warszawy - Pole Mokotowskie. Z 19 hektarów osiedla 60 proc. to tereny zielone. - Zachowaliśmy tyle starych drzew, ile się dało, budynki skupione są wokół wewnętrznych dziedzińców z trawnikami i placami zabaw - wyjaśnia Kuryłowicz. Do budowy zastosowano naturalne materiały: drewno, kamień. Ważną częścią projektu miał być też jego wymiar społeczny. Osiedle zaprojektowano jako zespół minispołeczności z odrębnymi zarządami i obowiązkiem troszczenia się o zieleń oraz architektoniczną stylistykę. - To się udało - twierdzi Kuryłowicz. - Wszyscy w Polsce pomstują na zamknięte osiedla, na ich destruktywny wpływ na więzi społeczne. A ja mieszkam w Eko-Parku i znam wszystkich moich sąsiadów. Jesteśmy po imieniu, gramy w siatkówkę, urządzamy grille.
Mieszkają w jednym domu, ale planują budowę kolejnych (gości lokują w tipi). Teraz stawiają pracownię ceramiczną - podmurówka z opon samochodowych wypełnionych piaskiem, ściany z płyty wiórowej, izolacja ze słomy. Pieką chleb, hodują pszczoły. Kompostują organiczne śmieci, mają własną oczyszczalnię ścieków (szambo ekologiczne). - Wyrostki wytykają nas palcami i nazywają sektą z pustyni. Ale starsi są zachwyceni. Choć dziwi ich, że chcieliśmy się tu sprowadzić i walczyć z nieużytkami - mówi Dominika. Podczas podróży po Europie Jurek odwiedzał różne wspólnoty: Beneficio w Hiszpanii, De Vlierhof w Niemczech, holenderskie squaty. Kiedy wrócił do swojego wiejskiego domu, Dominika już tam była. Okazało się, że w innym czasie odwiedziła te same miejsca. Kuba przyjechał z Bieszczad, gdzie już próbował żyć w grupie. Jednak jego radykalizmu, m.in. rezygnacji z prywatnej własności, nie zaakceptowali współmieszkańcy.
Ludzie od tysięcy lat funkcjonowali w grupach. To plemię, a nie rodzina, było kiedyś podstawową komórką społeczną - przypomina Richard Heinberg, amerykański publicysta piszący o ekologii. Najbardziej znana dziś ekowioska na świecie powstała w latach 60. w szkockim Findhorn. Założyli ją Eileen i Peter Caddy po stracie pracy i mieszkania. Z trojgiem dzieci i przyjaciółką zamieszkali w przyczepach kempingowych. Z zasiłku dla bezrobotnych trudno było wykarmić sześć osób. Zaczęli więc ekologicznie uprawiać warzywa i medytować. Warzywa rosły jak na drożdżach. Przyłączały się kolejne osoby. Przyczepy kempingowe zastąpili ekodomami z gliny i słomy, beczek i wypełnionych piaskiem opon samochodowych.
Dziś czterystu mieszkańców Findhorn jest samowystarczalnych energetycznie - korzystają z turbin wiatrowych i paneli słonecznych. Oszczędzają wodę, używając deszczówki, pryszniców zamiast wanien, małych spłuczek w toaletach i samozakręcających się kurków w kranach. Mają biologiczną oczyszczalnię ścieków - w specjalnych zbiornikach, jak w naturze, wodę filtrują rośliny, ślimaki, ryby, algi i bakterie (system wymyślony przez kanadyjskiego biologa Johna Todda, w Europie po raz pierwszy zastosowano go w Findhorn). - Takich wspólnot jest obecnie około 1,5 tys. - szacuje Jonathan Dawson, prezes Global Ecovillage Network, międzynarodowej sieci ekowiosek, i mieszkaniec Findhorn.
Ekologiczne życie w grupie w krajach Trzeciego Świata to doraźna konieczność. Popenguine, wioska w Senegalu położona nad Oceanem Atlantyckim. Wysokie klify, lazurowe zatoki, pomarańczowe wydmy. Wśród nich domy z pustaków, sklep, szkoła. Kilka kobiet pracuje na niewielkim polu. - Bez nas rezerwat by nie przetrwał - twierdzi Woulimata Thiaw, która zorganizowała znajome w kolektyw RFPPN (Regroupement des femmes de Popenguine pour la protection de la nature, Zgrupowanie Kobiet Popenguine na rzecz Ochrony Natury), by odtwarzać i chronić ginące rośliny i wspomagać rządową inicjatywę. W 1986 r. rząd senegalski utworzył tu rezerwat, żeby zapobiec szybko postępującej degradacji okolicy (nieumiejętna uprawa pól, wycinka drzew na opał).
119 kobiet zabrało się do budowania tam, grobli i wałów przeciwpożarowych. Po siedmiu latach pracy okolica się zazieleniła, zaczęły wracać zwierzęta. Dziś kolektyw liczy 1,5 tys. kobiet i podlega mu 100 km kw. rezerwatu. Sprzedaje także opał, dzięki czemu nikt już nie wycina nielegalnie drzew. W każdej wiosce kobiety założyły szkółkę drzew. Pilnują też kompostowania odpadów organicznych. - Podniósł się poziom higieny i mamy bezpłatny nawóz - chwali się jedna z nich. Zbudowano też gliniane chaty dla turystów.
Tamerę, portugalską ekowioskę, założyła Sabine Lichtenfels, 54-letnia filozofka, teolożka, po swoim rozwodzie. Jak we wspólnotach pierwotnych istnieje tu rada. Kobiet. - Trzy lata temu myślałam o dziecku - opowiada Dorthe, mieszkanka Tamery. - Kobiety z rady najpierw mnie wysłuchały, a potem zasugerowały, żebym poczekała i pogłębiła miłość oraz zaufanie do partnera. Po roku znowu o tym porozmawiamy. Peace and Love - to hasło już znamy. Świata nie zmieniło, więc dlaczego teraz miałoby być inaczej? - Bo w Tamerze ważna jest edukacja - tłumaczy Sabine. Można tu podjąć trzyletnią naukę o pokoju na świecie (semestr kosztuje 3 tys. euro; dla osób, które nie ukończyły 21 lat - 1,5 tys. euro), m.in. o tym, jak tworzyć wspólnotę między ludźmi, rozwiązywać konflikty, budować ekologicznie.
O 18.45 na osiedlu Songai na przedmieściach Seattle pachnie jedzeniem. Trzy osoby przygotowują kolację dla trzydziestki sąsiadów. - Nie pomagam, bo sprzątałem po sobotnim śniadaniu - tłumaczy się 60-letni Craig Ragland. Oprócz wspólnej stołówki i kuchni wspólne są: cztery hektary z łąkami, lasem, sadem i ogrodem, stodoła z pracownią ceramiczną, kawiarnia, trzy spiżarnie, sala zabaw dla dzieci, miejsce do medytacji i ćwiczenia jogi, a także narzędzia i sprzęt AGD. Dzięki temu oszczędności są duże - przy zakupach, naprawach, przechowywaniu. - Cohousing jest dla osób, które potrafią się dzielić - podkreśla Craig. Cohousing, skrót od community housing - mieszkania we wspólnocie - to pomysł Duńczyków. Mieszkańcy takich osiedli sami je projektują, budują, a potem nimi zarządzają. Pierwsze powstały w latach 60. XX wieku. Ponieważ przy budowie domu od podstaw zużywa się pięciokrotnie więcej energii niż przy adaptacji już istniejącego, społeczności cohousingowe często zasiedlają stare domy. A między nimi budują szklarnie, zakładają ogrody warzywne. W Songai każdy mieszkaniec kilka godzin w tygodniu musi przepracować dla ogółu. Jeśli nie lubi gotować, może zaopiekować się dziećmi, pomalować stołówkę albo wypielić grządki. Wspólne mieszkanie to nie tylko obowiązki. - Nie jestem zbyt towarzyski, ale odkąd tu mieszkam, uwielbiam nasze sąsiedzkie imprezy - opowiada Craig. - Znam wszystkich: dorosłych, ich dzieci, wnuki, prawnuki. Nasze osiedle ma też taki plus, że od początku było wiadomo, kto będzie sąsiadem. W USA istnieje już ponad sto takich osiedli, a trzysta kolejnych jest w trakcie budowy. Powstają w podmiejskich dzielnicach, ale także w centrum największych metropolii, jak Ecovillage w Los Angeles.
Deweloperzy wyczuli nową niszę na rynku. Zaczęli budować miejskie ekowioski. Ponad 70-metrowe dwupoziomowe mieszkanie w BedZED w Londynie (dwie łazienki, dwie sypialnie, salon, kuchnia, oszklona weranda) można kupić za niecały milion złotych lub wynająć za 4,6 tys. zł miesięcznie. I czuć się w porządku wobec przyrody. Bo osiedle Beddington Zero Energy Development w południowym Londynie produkuje nie mniej energii, niż konsumuje. Lokale mają różne standardy, ceny, przeznaczenie i status prawny: 34 apartamenty przeznaczono dla indywidualnych klientów, 23 dla spółek, 15 mieszkań jest na wynajem, a 10 należy do pracowników osiedla. Dzięki temu BedZED nie jest gettem jednej grupy społecznej - mieszkają tu młodzi, zamożni, rodziny z dziećmi i emeryci.
Do budowy domów użyto surowców najtańszych w eksploatacji, które pochodziły z miejsc położonych nie dalej niż 35 mil i często z recyklingu. Domy ogrzewane są energią słoneczną i ciepłem wytwarzanym przez urządzenia gospodarstwa domowego. Okna są duże, żeby wpuszczały jak najwięcej światła naturalnego, a ograniczały korzystanie ze sztucznego. Energochłonną klimatyzację zastąpiły urządzenia wentylacyjne wykorzystujące wiatr i zjawiska termiczne. BedZED uczy pewnych nawyków. W każdej kuchni znajdują się liczniki gazu i wody. Domowe i publiczne śmietniki przystosowane są do segregacji odpadów. Osiedle ma ścieżki rowerowe. Niedaleko są stacja kolejowa, przystanek tramwajowy i autobusowy. Jest też wypożyczalnia aut elektrycznych lub na gaz. W przyszłości latarnie fotowoltaiczne, które zamieniają światło słoneczne w prąd, będą produkować energię zasilającą 40 samochodów. Mieszkańcy BedZED samochodów na stałe nie potrzebują, bo na miejscu mają biura, warsztaty, kawiarnię, żłobek, centrum sportowe i kulturalne. W porównaniu z brytyjską średnią krajową zużywają mniej ciepłej wody o 57 proc., energii elektrycznej o 25 proc. i samochodów - o 65 proc.
Kiedy w 2001 r. powstał projekt Osiedla Eko-Park autorstwa APA Kuryłowicz & Associates, o ekologicznym budownictwie w Polsce nawet się nie mówiło. - Dlatego osiedle nie ma żadnych rozwiązań wodo- ani energooszczędnych - tłumaczy Marek Kuryłowicz, rzecznik prasowy studia architektonicznego. Eko-Park z ekologią ma tyle wspólnego, że wkomponowane zostało w jedną z najbardziej zielonych części Warszawy - Pole Mokotowskie. Z 19 hektarów osiedla 60 proc. to tereny zielone. - Zachowaliśmy tyle starych drzew, ile się dało, budynki skupione są wokół wewnętrznych dziedzińców z trawnikami i placami zabaw - wyjaśnia Kuryłowicz. Do budowy zastosowano naturalne materiały: drewno, kamień. Ważną częścią projektu miał być też jego wymiar społeczny. Osiedle zaprojektowano jako zespół minispołeczności z odrębnymi zarządami i obowiązkiem troszczenia się o zieleń oraz architektoniczną stylistykę. - To się udało - twierdzi Kuryłowicz. - Wszyscy w Polsce pomstują na zamknięte osiedla, na ich destruktywny wpływ na więzi społeczne. A ja mieszkam w Eko-Parku i znam wszystkich moich sąsiadów. Jesteśmy po imieniu, gramy w siatkówkę, urządzamy grille.
Źródło: Wysokie Obcasy
-
Ekokolektyw
ogia
25.11.08, 10:15
niesamowita ta łazienka na drugim zdjęciu :) a pomysł ma coś w sobie, chociażnie wiem, czy potrafiłabym dzielić ulubione rzeczy z innymi osobami ;)»
-
Ekokolektyw
zarone
12.12.08, 18:53
To dobra droga, oczywiście nie dla każdego. Na pewno lepiej mieszkać w jednym domu z oryginałami, nawet gdy są lekko nawiedzeni, niż dzielić klatkę z drobnomieszczanami, pijaczkami i ich »
-
Przejmę dom w krakowie z grupą przyjaciół
goha2
13.12.08, 11:23
witam serdecznie,już od jakiegoś czasu myślałam o tego typu inicjatywach - wizyty w holenderskichsquatach i zamiłowanie do Bieszczad zrobiły swoje: chciałabym spróbować życia wkolektywie. »
W numerze z 28 sierpnia
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień






więcej zdjęć




