Agnieszka: Zacznijmy od 'teorii trutnia'. Reporter Maciej Zaremba powiedział nam, że czuje, że mężczyzna jest uboższy od kobiety, jakoś niespełniony. 'Zastanawiałem się, jak to jest być istotą ludzką, na której organizm bezpośredni wpływ ma Księżyc. Wy przecież tak macie... Gdybym był kobietą, czułbym się chyba pewniej jako Ziemianin. Zaryzykuję twierdzenie, że nie mielibyśmy telefonów komórkowych czy innych wynalazków, gdyby mężczyźni mogli rodzić dzieci. Bo czymś trzeba wypełnić życie. Moja teoria trutnia podpowiada mi, że w tym trutniowym życiu trzeba sobie samemu stworzyć sens. Bo biologia to nie tylko przekazywanie genów, to coś o wiele więcej...'. Co pan o tym myśli? Jakoś rozumiem tę nostalgię. To, że mężczyzna nie rodzi dziecka, jest rzeczywiście zubażające. Brak mu pewnego fundamentalnego doświadczenia. Niezależnie od tego, że
poród na pewno jest wydarzeniem trudnym (ponieważ towarzyszyłem żonie, to wiem mniej więcej, jak to wygląda), jednocześnie wydaje mi się czymś bardzo fajnym. Nawet nie tyle samo rodzenie, ile to, że kobieta ma to dziecko bardzo blisko. Ale do teorii trutnia się dystansuję, bo mimo wszystko mężczyzna może bardzo głęboko wejść w 'matczyną' rolę. Nie wierzę w tak silne przypisanie określonych funkcji płciom. To jest fakt, że mężczyźni nie mogą rodzić dzieci i z tym na razie nie da się dyskutować, choć wydaje mi się, że niektórzy by chcieli i próbują
Anna: Nie widziałam żadnego mężczyzny w ciąży. Ale wszystkie funkcje, które są związane z opieką nad małym dzieckiem, mogą być pełnione przez mężczyzn, a także mogą oni czerpać z tego głębokie poczucie sensu. Problem jest raczej w przełamaniu masy stereotypów, wygody, która powoduje, że tak się nie dzieje. Opowiem wam mój ulubiony mit wywodzący się z sag wikingów. To historia pewnego wikinga, który popłynął na Grenlandię, osiedlił się tam i, jak to u wikingów, podczas gdy nie było go w domu, jacyś wrogowie dopadli i wytłukli całą jego rodzinę. Uchowało się tylko kilkumiesięczne dziecko gdzieś pod jakimś łóżkiem. Zatem jest samotny wiking z malutkim dzieciakiem, który chce jeść. On myśli, że musi to dziecko zabrać z powrotem do Norwegii, do jakiejś kobiety, żeby je wykarmiła. Na północnym Atlantyku są straszne sztormy, podróż się przeciąga, dziecko jest głodne i wrzeszczy. Wiking bierze nóż, przecina swój sutek i karmi dziecko własną krwią. Karmił piersią. I tak wykarmił jednego z wielkich królów Norwegii, który potem dał się wielu ludom we znaki. Ta saga niesie w sobie różne takie odpowiedzi: jedna, że mężczyźni mogą, a druga, że to nigdy nie będzie to samo.
O współczesnych kobietach-wojowniczkach czytaj w serwisie Miłość i seks
>
Anna: Maciej Zaremba mówił też, że w mężczyzna konstruuje sobie rzeczywistość zastępczą. I tu znowu dystansuję się od takiego postawienia sprawy, że parowozy lub wędrówki to jest rzeczywistość zastępcza. To by znaczyło, że prawdziwa twórczość to rodzenie dziecka, a reszta to jakiś erzac. Poza tym kobiety też mogą skonstruować telefon albo parowóz. Problem nadania sensu swojemu życiu dotyczy i mężczyzn, i kobiet. Urodzenie dziecka w najmniejszym stopniu go nie rozwiązuje.
Agnieszka: To prawda. Ja wpadłam w taki tryb myślenia, że kobiety lepiej rozumieją, że życie jest do codziennego użytku. Jak to jest w wierszu Różewicza: 'umiera bóg/ stare kobiety wstają jak co dzień/ o świcie kupują chleb wino rybę'. Ale to zakłada, że kobiety nie chciałyby czegoś więcej. W szacunku, który jest w tym wierszu, i w tej trochę jednak pozornej - mam wrażenie - zazdrości wpisany jest moment konserwatywnego spojrzenia, które przypisuje kobiety do życia codziennego, do zajmowania się różnymi drobiazgami. I kiedy mężczyźni wzdychają: 'O, jak one mają fajnie, te kobiety!' - to jest w tym sporo obłudy, w gruncie rzeczy jest to zamykanie kobiet w roli przypisanej im przez tradycję. Są kobiety, które niezależnie od tego, czy rodzą dzieci, czy nie, muszą wymyślać jakieś rakiety, a są mężczyźni, którzy siedzą sobie i w ogóle nie zastanawiają się nad sensem życia albo oglądają telewizję, wypijają piwo i jest im świetnie.
Anna: Czy te rewolucje feministyczne i te przekształcenia świadomości itd. spowodowały, że współczesny mężczyzna ma problemy z określeniem siebie samego i swojej roli? Myślę, że tak. Wpisywałbym to w ciąg wydarzeń związanych z ruchami emancypacyjnymi w ogóle, ruchami, które w ciągu ostatnich dwustu lat zdominowały kulturę Zachodu. Wywróciły większość hierarchii rządzących społeczeństwem, ba, zakwestionowały samą ideę hierarchii. Oczywiście największy problem mają z tym ci, którzy w tych hierarchiach byli na górze. Tak jak arystokracja, która w większości krajów zachodnich została zmieciona w XIX w. i do dzisiaj nie bardzo potrafi się znaleźć. Mężczyźni mają trochę podobny problem. Pozycja dominacji, którą bez dwóch zdań mieli w społeczeństwie europejskim i która została całkowicie zakwestionowana, utrudnia odpowiedź na pytanie: no dobra, ale kim teraz jesteśmy?
Agnieszka: Dwa lata temu pisał pan w 'Polityce' w tekście 'Głód Narcyza': 'Cicho brzmi głos tych, którzy jak Emmanuel Levinas wierzą, że więź jest istotą człowieka. Że wcale nie musi być przeżywana jak kajdany, które albo nieuchronnie ciążą, albo prowokują do tego, żeby się ich pozbyć. Że jest darem, który pozwala poczuć to, że Ja zaczyna się w Innym'. Mnie się to bardzo spodobało, bo myślę, że jednym z ważniejszych problemów współczesnych jest to, że więź nie jest postrzegana jako wartość, tylko jako przeszkoda. To trochę inny problem, niedotyczący tylko mężczyzn. Tu chodzi w ogóle o emancypację, uwolnienie od przymusu ról społecznych. Byłoby tu miejsce na długi referat o historii tej idei, która wiąże się z kwestią samorealizacji, z tą dziwną postnietzscheańską ideą, że każdy musi być twórcą, każdy musi się odcisnąć w świecie. Oczywiście chodzi mi o bycie twórcą niezależnie od tego, czym się człowiek trudni, choć bardzo widoczne jest to w środowiskach, które żyją życiem wielkomiejskim - w obszarze mediów, w reklamie albo w życiu uniwersyteckim. Tworzenie zaś, kreowanie własnego wizerunku dotyczy właściwie wszystkich, może nawet bardziej tych, którzy nie mają 'twórczej' pracy. Mówiąc krótko: wszyscy nie mogą być twórcami, a szczególnie takimi powszechnie znanymi i podziwianymi, powstaje niesłychanie silna rywalizacja o to, komu się to uda. I jakiekolwiek wiązanie się jest po prostu przeszkodą w tym wyścigu.
Agnieszka: Lęk przed więzią jest też widoczny w życiu prywatnym. W 'Seksie w wielkim mieście', kiedy Miranda ma zamieszkać ze Steve'em, wpada w panikę, bo ma trzydzieści kilka lat i nigdy z nikim nie mieszkała. Kocha go, ale mówi: 'Nie umiem gotować, czasami nie robię prania przez dwa tygodnie, zdarza się, że moja gąbka śmierdzi Boję się, że to zobaczysz', i zaczyna płakać. Ten strach jest zrozumiały. Przecież w mieszczańskiej rodzinie intymność była schowana. Pani nie pokazywała panu swojej gąbki ani szczotki pełnej włosów. Szczotkowała się w swoim buduarze i dopiero cała wyszczotkowana pojawiała się w towarzystwie pana oraz jego gości. A do zmywania była służba. Problem, na ile własna intymność może być dostępna dla człowieka, z którym dzieli się życie, jest - oczywiście dla ludzi, którzy mają w ogóle luksus wyboru - problemem względnie nowym. Proletariat i chłopi eksponowali intymność, ale oni nie mieli wyboru, dla nich problemem było to, co do garnka włożyć. Ale od połowy XX w. zmienił się model mieszczańskiego życia. W rodzinie jesteśmy blisko siebie. I wyłania się problem, na ile wizerunek, który kreujemy, można skonfrontować z intymnością, która musi się pojawić, jeżeli ktoś wejdzie w nasze życia. Dotyczy to nadal pewnej znaczącej, jednak mniejszości, miejskiej klasy średniej.
O tym, jak kosztowne jest utrzymywanie męskiej dominacji przeczytaj w Wysokich Obcasach.
>
Anna: Można nie związać się z kimś dlatego, że on nie lubi jakiegoś koloru, który ty lubisz. Wymyślamy sobie takie przeszkody. Agnieszka: Pytanie, czy rzeczywiście trzeba lubić ten sam odcień czerwonego. Ludzie, którzy są skupieni na kreowaniu swojego wizerunku, do kwestii wyborów estetycznych przywiązują dramatyczną wagę. Niezwykle ważne jest, żeby potwierdzić, że ma się dobry gust - gust jest ostatnim azylem pewnej arbitralności, posiadanie go sytuuje wysoko w hierarchii. Ten, kto zaprzecza mojemu wyborowi estetycznemu, głęboko kwestionuje moją tożsamość jako twórcy. Nie wiem, czy miały panie okazję być w jakimś sklepie z wyposażeniem wnętrz, na przykład na Bartyckiej. Kiedy przychodzą tam małżeństwa urządzać nowo zbudowane domy, wybuchają niezwykłe awantury. Poziom emocji, jaki się ujawnia w momencie, gdy trzeba wybrać terakotę, jest zadziwiający.