http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Reporterka na wojnie

tekst Ludwika Włodek-Biernat
2008-10-26, ostatnia aktualizacja 2008-10-23 13:35

Uratował mnie 11 września


Fot. ze zbiorów prywatnych Petry Prochazkovej
Fot. ze zbiorów prywatnych Petry Prochazkovej
Fot. ze zbiorów prywatnych Petry Prochazkovej
Fot. ze zbiorów prywatnych Petry Prochazkovej
ZOBACZ TAKŻE
W mieszkaniu na praskich Vysoczanach zostało już niewiele mebli. Na środku stoi lodówka typu Smoleńsk 3M. Na drzwiczkach nalepka: 'Własność P. Prochazkovej'. - To jeszcze z mojego moskiewskiego mieszkania. Kiedy już FSB dokładnie obejrzało wszystkie moje rzeczy, oddali do ambasady czeskiej to, co im się nie przydało. Po czterech latach lodówkę, pralkę i kilka mebli odesłano do Pragi. Rzeczy odbierała mama. Gdy otworzyła drzwiczki, z lodówki wypłynął serek, który kupiłam jeszcze w Moskwie w przeddzień deportacji. Czyściłyśmy ją potem płynem do dezynfekcji. Pralkę wystarczyło podłączyć i nacisnąć przycisk. Cały czas były w niej moje brudne rzeczy.

Blondynka w parlamencie

W lutym 2001 roku Petra Prochazkova, czeska korespondentka wojenna, dostała nakaz opuszczenia Rosji. Spędziła w tym kraju prawie dziesięć lat. - Pod koniec 1991 roku wrócił z Moskwy mój kolega Mirek Sztetina. Zachwycony. Trafił na fantastyczny czas - rozpad ZSRR, pucz Janajewa. Spotkał mnie na korytarzu redakcji i namawiał, żebym przyjechała go zmienić. Pracowałam wtedy w dodatku weekendowym. Nie mówiłam po rosyjsku, nie miałam pojęcia o tamtejszej polityce. Ale pomyślałam, że super byłoby tak pojechać tam, stać się sławną. I pojechałam - wspomina Petra. - Pierwsze pół roku to był koszmar. Nic nie rozumiałam, w mieszkaniu karaluchy. Mirek, który obiecał, że wszystko mi spokojnie wytłumaczy, po trzech dniach gdzieś przepadł. Straciłam kontakt z redakcją, nie umiałam obsługiwać tych wszystkich sprzętów - dalekopisu, faksu. Ale nie chciałam, żeby to wyglądało tak, że pojechałam posprzątać po Sztetinie mieszkanie i wracam. Po pół roku przysłałam do Pragi pierwsze korespondencje, zaczęli mi coś tam płacić. Rok później Petra trochę przypadkiem z nieznanej nikomu dziennikarki przekształciła się w gwiazdę. Jesienią 1993 roku rozgorzał konflikt Jelcyna z parlamentem. 21 września prezydent Rosji podpisał dekret o reformie konstytucyjnej, który zakładał rozwiązanie wybranych jeszcze za ZSRR Rady Najwyższej i Zjazdu Deputowanych Ludowych. Przewodniczący parlamentu Rusłan Chasbułatow i wiceprezydent Aleksander Ruckoj ogłosili, że nie zamierzają się poddać woli głowy państwa. Milicja i jednostki wojskowe lojalne wobec Jelcyna otoczyły parlament. Zbuntowanym posłom na odsiecz ruszyły oddziały popierające Ruckoja i Chasbułatowa. Rosja stanęła na krawędzi wojny domowej. - Byłam wtedy w Białym Domu. W kluczowym momencie nie zrozumiałam, że trzeba wyjść, bo będzie blokada. I jako jedna z sześciorga dziennikarzy zostałam w zbuntowanym parlamencie. Moje korespondencje szły na czołówki. 'Blondynka w Białym Domu!' - krzyczały tytuły. Zrobiłam wywiad z Chasbułatowem. Stałam się sławna.

Potem Petra pojechała do Abchazji, gdzie od 1992 roku, czyli od proklamowania niepodległości przez tę gruzińską prowincję, trwała wojna. Abchaskim separatystom w walce z gruzińską armią pomagali Rosjanie (na złość Gruzji) i Czeczeni (kaukaska solidarność). - Gdy dziś o tym myślę, nie mogę uwierzyć, jak byłam głupia. Pojechałam tam sama. Po kilku dniach postanowiłam przeprawić się do Gruzji. Zrobiłam ostatni wywiad z Gamsachurdią, który niedługo potem się zastrzelił [albo zmarł od ran; do dziś nie wyjaśniono okoliczności śmierci byłego gruzińskiego prezydenta]. Jak wracałam do Abchazji, porwał mnie zabłąkany oddział Czeczeńców. Raczej zwykłych bandytów niż wojskowych. Trzymali mnie przez tydzień pod granicą gruzińską, w luksusowej osadzie nadmorskich willi opuszczonych przez Gruzinów. Nie traktowali mnie źle, żartowali: 'W Ameryce mają jednorazową zastawę z tektury, a my tutaj z porcelany'. I rzucali za siebie najlepsze talerze. Po tygodniu zauważyłam kilka samochodów. To jechali abchascy uchodźcy z Gruzji. Gdy zatrzymali się koło naszej willi, dałam im wizytówkę. Napisałam na niej nazwisko abchaskiego dowódcy, którego poznałam, zanim mnie porwano, i poprosiłam, żeby przekazali ją na pierwszym poście. Po kilku dniach ten abchaski komendant przyjechał po mnie. Postrzelali się trochę z Czeczenami i uwolnili mnie - opowiada Petra tonem, jakim opowiada się o wyprawie do kina z koleżanką.

Zrobić coś konkretnego

Petra zaczęła jeździć po całym byłym ZSRR. Pojechała też po raz pierwszy do Czeczenii. Poznała Basajewa, który handlował wtedy na bazarze. Wyrobiła sobie kontakty. Bezcenne, jak się wkrótce okazało. - Na początku grudnia 1994 roku zadzwonił do mnie Andriej Babicki, rosyjski dziennikarz, mój kolega. Powiedział, że szykuje się wojna, żebym jak najprędzej przyjeżdżała do Czeczenii. Byłam w Groznym jeszcze przed wejściem Rosjan. Petra zaczęła opisywać wojnę. Na to potrzeba pieniędzy. Wierszówka z 'Lidovek' przestała wystarczać. Z Mirkiem Sztetiną założyli agencję Epicentrum. - W 1995 roku kupiliśmy kamerę beta. Mirek jakoś nie umiał nauczyć się jej obsługiwać, więc ja zaczęłam kręcić, na czuja. Do dziś nie wiem, do czego służy połowa przycisków. Robiliśmy dla wszystkich: radia, telewizji, dla Niemców, dla BBC. Często przysyłałam redakcjom surowy materiał, ktoś inny to montował, nawet nie widziałam potem tych filmów. Całkiem dużo zarobiliśmy na tej wojnie. Aż mi głupio. Stała się specjalistką od punktów zapalnych. Z Moskwy jeździła filmować wojnę w Sudanie, przyłączenie Hongkongu do Chin. W 1999 roku, gdy wybuchła druga wojna czeczeńska, znów była na Kaukazie. Kursowała między Groznym a Inguszetią. W czasie jednej z takich wypraw jechała opancerzonym transporterem z rosyjskimi żołnierzami, wpadli na minę. 'Ja i kamera przeżyliśmy. Ale jeden z żołnierzy nie miał tyle szczęścia. Widziałam, jak wyciągali go ze szczątków pojazdu, widziałam jego zmiażdżone nogi. Natychmiast włączyłam kamerę. Pamiętam dokładnie, że aby nie wpaść w panikę, koncentrowałam się na tym, który wcisnąć guzik, jak ustawić ostrość i światło. Cały czas błagałam, by nikt nie wszedł mi w kadr i nie zasłonił miazgi pozostałej z nóg żołnierza. (...) Może powinnam była odłożyć na bok kamerę i pomóc przy tamowaniu krwi?' - pisała po latach. Ranny żołnierz wykrwawił się na śmierć. Petra postanowiła, że na rok skończy z dziennikarstwem i zajmie się czymś konkretnym. Razem z mężem Inguszem Ibragimem Zazikowem założyła w Groznym dom dziecka. - Miałam mnóstwo pieniędzy zarobionych na wojnie. Wieczorem jeździliśmy po mieście i jak widzieliśmy jakieś dzieciaki, brudne, głodne, samotne, zabieraliśmy je do siebie. To były głównie dzieci rosyjskie. Czeczeńskie zawsze brali do siebie jacyś krewni. Rosyjskimi sierotami nie miał kto się zajmować. Moskwa zakazała cudzoziemcom mieszkania w Groznym. Ale lokalne władze przymykały na to oko. Dogadywałam się z ówczesnym merem Groznego Gantamirowem, mimo że to był złodziej i łotr. Pomagali mi też miejscowi ruscy żołnierze. Często w sierocińcu mieliśmy od nich jedzenie. Sierociniec to nie była pierwsza humanitarna inicjatywa Petry. Wcześniej zakładała na Kaukazie największą czeską organizację humanitarną - Czelovek v Tisni. Dla nich pracował Ibragim. - Zawsze była czymś zajęta, zawsze w akcji, z telefonem przy uchu - wspomina Petrę Mimka Książak, która organizowała polską pomoc humanitarną na Kaukazie po wybuchu drugiej wojny czeczeńskiej. Petra była jednocześnie gumanitarcem i korespondentką wojenną. Po założeniu sierocińca nie porzuciła dziennikarstwa. Robiła wywiady z najsłynniejszymi komendantami polowymi - Basajewem, Chatabem. - Pytano mnie, czemu ja mogę robić te rozmowy, a inni dziennikarze nie. Posądzano mnie o jakieś brudne związki z partyzantami. Zostałam wepchnięta w rolę wielkiej przeciwniczki Rosjan. Na Kaukazie za to mnie uwielbiali. Mogłam pojechać do jakiejkolwiek wsi i żyć tam, ile chciałam. Karmili mnie, ubierali. Wszystkie drzwi stały przede mną otworem - opowiada. - W Rosji była znienawidzona - wspomina Wacek Radziwinowicz, moskiewski korespondent 'Gazety'. - Petra ma złote serce, robiła świetną robotę, np. zajmując się sierotami. Ale nie zachowywała się jak dziennikarka. Trzymała racje jednej strony. - A czyje racje trzymać w sytuacji, gdy jeden naród wykorzystuje całą swoją potęgę, by dokonać ludobójstwa na drugim narodzie?! - dziwi się Mimka, gdy przytaczam jej opinię Wacka. - Spotykałem Petrę i Mirka Sztetinę wiele razy: w Karabachu, Czeczenii, Gruzji. Jechali zawsze tam, gdzie coś się działo. Dopiero później zastanawiali się, komu sprzedać zebrany materiał. Petra starała się dotrzeć jak najgłębiej. Jak gdzieś był front, ona musiała poznać nie tylko głównych dowódców, ale ich wujków, siostrzenice. Potrafiła spędzić w jakimś miejscu kilka miesięcy. Nikt inny nie mógł sobie na coś takiego pozwolić. Ona chciała zanurzyć się w temacie, wytarzać się w nim. W Groznym była Czeczenką, w Karabachu Ormianką - wspomina Wojtek Jagielski z 'Gazety'. Cierpliwość władz rosyjskich skończyła się, gdy wyemitowano w TV program Kisielowa, w którym Petra wystąpiła jako przeciwniczka rosyjskiego generała z FSB. Niedługo potem zapadła decyzja o deportacji. - W piątek przyjechałam do Moskwy z Groznego. W niedzielę musiałam wyjechać.

W Czechach wszyscy są wierzący

- Przyjechałam do Pragi z maleńką torebeczką. Nie miałam gdzie mieszkać, za co żyć. Znów zaczęłam żyć jak nastolatka. Piłam, nocowałam kątem u ludzi. To mieszkanie na Vysoczanach kupiłam za pieniądze z reklamówki telefonii komórkowej, w której wystąpiłam. Nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby nie 11 września. Tuż po ataku na WTC Petra wyjechała do Afganistanu, który odwiedzała wcześniej wielokrotnie z Moskwy. Teraz kraj znalazł się w centrum uwagi całego świata.

Znów była korespondentką. Pracowała też dla fundacji Berkat, którą założyła, jeszcze będąc w Czeczenii. Berkat znaczy szczęście. - Nazwę wymyśliły moje czeczeńskie sieroty - tłumaczy Petra. - W 2002 roku zadzwoniła do mnie do Kabulu kobieta, Marta. Że widziała w TV jakieś biedne afgańskie dziecko, ślepe, prawie umierające z głodu. Chciała mu pomóc, ale wszystkie organizacje humanitarne, do których się zwracała, tłumaczyły jej, że nie sposób znaleźć tego konkretnego chłopca. Przekonywały, że jak chce, niech wpłaci pieniądze, które pomogą dzieciom w identycznej sytuacji co to, którego los tak bardzo ją wzruszył. Zdesperowana zwróciła się do mnie. Zaczęłam szukać tego chłopaka. Gdy poszłam do kabulskiego szpitala Wazir Akbar Chan, gdzie go sfilmowano, i pokazałam kadr z filmu, wyśmiali mnie: 'Tu są dziesiątki takich dzieci jak on'. Powiesiłam ogłoszenie, zgłosiły się tłumy, ale nie było wśród nich chłopca z filmu. Kobieta namawiała mnie do dalszych poszukiwań. Urzekła mnie jej determinacja. Ktoś doradził, żeby powiesić zdjęcie w meczecie, z dopiskiem 'nagroda'. Poskutkowało. Chłopiec nazywał się Adżmal. Cierpiał na bardzo powszechną w Afganistanie martwicę rogówki. Powoduje ją wszechobecny pył i złe odżywianie. Jedyne lekarstwo to przeszczep - opowiada Petra. - Znalazłyśmy lekarza w Czechach. Chciałyśmy wysłać do niego chłopca, ale on przytomnie zauważył, że taniej będzie, jak on pojedzie i zrobi na miejscu kilka takich operacji. Znalazłyśmy pięciu dawców rogówki (zmarłych). Trzeba to było przewieźć w lodówce, zwykłym samolotem. Afgańczycy mieli wątpliwości, czy operacja jest zgodna z nauczaniem islamu. Musiałam odwiedzić lokalną radę mędrców i przekonać ich, by wydali odpowiednią fatwę. Pytali mnie głównie, czy mogę zagwarantować, że dawca rogówki był wierzący. 'W Czechach wszyscy są wierzący' - zaklinałam się. 'Czy nie był przypadkiem komunistą?' 'Skąd - odpowiadałam - u nas wszyscy komuniści dawno wymarli'. Udało się. Gdy doktor przyjechał do Kabulu, okazało się, że Adżmal nie nadaje się już do operacji, ale przeprowadzono zabieg u pięciorga innych dzieci. Berkat rozkręcił akcję. Powstała klinika specjalizująca się w tego typu operacjach. Ci, których stać, by zapłacić 2 tys. dol., operują się za własne pieniądze, biednym dokłada fundacja.

- Zoperowaliśmy już ok. 200 osób. Rogówki bierzemy z Czech, a ostatnio też ze Sri Lanki - mówi Petra.

Jeździł na ośle

Kiedy Petrę wydalono z Rosji, jej mąż Ibragim nadal zajmował się sierocińcem i pracował jako ochroniarz dla organizacji Czelovek v Tisni. Planowali rozwód, gdy w lutym 2003 roku został porwany w drodze z Groznego do Nazara w Inguszetii.

- Słyszałam, że to może przeze mnie porwali Ibragima, ale to mało prawdopodobne. Jego rodzina już wcześniej błagała nas o rozwód. Wiadomo było, że przez mój zakaz wjazdu do Rosji nie będziemy mogli ze sobą żyć. Do ich domu przychodziło podobno FSB, szukając moich rzeczy. Jednak po zaginięciu Ibragima nikt się do mnie nie zwrócił o okup. W końcu rozwód udało się uzyskać w Pradze na podstawie jakiegoś świstka, który mogłoby napisać dziecko. Ibragim najprawdopodobniej nie żyje. Niektórzy uważają, że porwali go czeczeńscy bojownicy dla okupu, inni, że zrobili to przeciwnicy polityczni jego krewnego Murata Zazikowa, prezydenta Inguszetii. W tym czasie Petra żyła już w Afganistanie ze swoim przyszłym mężem Peikarem. Poznali się jeszcze w latach 90., gdy Petra przyjeżdżała do Pandższiru robić materiał o walczących z talibami partyzantach Ahmada Szacha Masuda. - Pamiętam Peikara, jak jeździł tylko na ośle. W 2001 roku brałam go już ze sobą jako kierowcę i przewodnika. Musieliśmy dodatkowo mieć tłumacza, bo nie znał żadnego obcego języka. Po kilku miesiącach nauczył się czeskiego i tłumacz przestał być potrzebny. Nauczył się też robić zdjęcia - świetne. To typowe dla Afgańczyków. Oni bardzo szybko się uczą. W głowie mają białą kartę. Wszystko się od razu zapisuje, bo na wszystko jest miejsce, nie tak jak u nas, którzy mamy umysł zaśmiecony tysiącem niepotrzebnych informacji. Mieszkali razem w Kabulu, wynajmowali dom na Tejmani. Wtedy Petra wpadła na pomysł książki 'Friszta', która pod koniec czerwca ukazała się w Polsce. To historia Rosjanki, która wyszła za Afgańczyka. Opowiada o miłości na przekór różnicom kulturowym. - Opisałaś swoje doświadczenia? - pytam. - Poznałam w Kabulu kobietę, pół Tadżyjkę, pół Rosjankę. W mieście nie było prądu, spędzałam z nią długie wieczory, gadałyśmy. Szczegóły są pozmieniane, ale zasadniczo bohaterką 'Friszty' jest ona. Mąż ją oszukał. Gdy poznali się w Duszanbe, nie powiedział jej, że w Kabulu ma już żonę. Nie napisałam o tym, bałam się, że ludzie mi nie uwierzą. - Ale właściwie masz rację, niektóre sceny są z mojego życia - dodaje Petra. - Pamiętam, jak idąc z Peikarem, spotkałam zagranicznych znajomych. 'Jak się czujesz? Musisz koniecznie dziś wpaść z nami do takiej a takiej restauracji' - mówią do mnie, a on stoi obok. W Kabulu był basen, w którym Peikar nie mógłby się kąpać, gdybyśmy tam przyszli. Ekspaci, którzy pojechali pomagać Afgańczykom, najczęściej traktują ich jak małe, sympatyczne zwierzątka. W 2004 roku w Pradze Petra i Peikar się pobrali. - Zdecydowałam się na ślub, bo nie mogłam znieść, że go traktują jak terrorystę. Raz w Budapeszcie nie wpuścili go do samolotu, bo reszta pasażerów nie zgodziła się z nim lecieć.

Adoptowałam Cyganiątko

Petra pakuje ostatnie drobiazgi do kartonów. Jutro do jej vysoczańskiego mieszkania wprowadzają się najemcy. Kupiła na kredyt dom w Peczkach pod Pragą, obok mamy. Musi mieć z czego spłacać bank. Dlatego nie może już użyczać mieszkania koleżance fotografce Ivie Zimovej. W porównaniu z nią Petra jest ustabilizowaną mieszczką. Iva w wieku 55 lat oprócz kilku wstrząsających wystaw fotograficznych z Czeczenii, Inguszetii i Afganistanu nie dorobiła się niczego. - Jak idzie do dentysty, wyjmuje swoje zdjęcia, nie stać jej, żeby płacić za leczenie - opowiada Petra. Do wczoraj Petra mieszkała w podpraskiej siedzibie Berkatu, posiadłości, którą przekazał fundacji minister spraw zagranicznych Czech - Schwarzenberg. - Ale mamy dużą rodzinę, dwójka dzieci, ogromny pies. W Peczkach będzie im lepiej. Gdy w 2006 roku przyjechali z Peikarem na chwilę do Pragi, okazało się, że Petra jest w ciąży. Lekarze odradzili jej powrót do Afganistanu. Miała 42 lata, pierwszy poród, bali się komplikacji. Zafar ma prawie półtora roku. Śniadą cerę i bujne czarne włosy, które wyrastają mu nawet z uszek. Na nazwisko ma Peikar. Bo jego ojciec nie ma nazwiska, co często się zdarza wśród afgańskich wieśniaków. - Jak gdzieś idę z Zafarem, ludzie myślą, że taka jestem Matka Teresa, że adoptowałam Cyganiątko. Od urodzenia syna Petra nie rusza się z Czech. Peikar krąży. W Kabulu pracuje dla czeskiego wojska. Spędza z żoną parę miesięcy i wraca do Afganistanu.

- W Afganistanie Peikar myślał, że wszystkie Europejki podobnie się zachowują. Gdy przyjechał tu po raz pierwszy, był w szoku, bo zrozumiał, że nawet jak na Czechy nie jestem typową żoną. W Afganistanie staram się mu nie wymyślać przy ludziach, nie kłócić się publicznie. Tu nie będę się hamować. On nie jest w stanie zrozumieć, że ja przy obcych ludziach mówię o jakichś domowych problemach. O, patrz, afgański ryż - wykrzykuje do mnie Petra, podnosząc parokilowy worek z podłogi. - Peikar mówi, że mu czeski nie smakuje. Słoma z butów na kilometr mu wystaje, a taki arystokrata, że go nasze jedzenie w zęby kole - wybucha śmiechem. - Powiedział mojej mamie, że kartofle w Afganistanie tylko największa biedota jada. Jutro mam przyjechać do Peczków. Poznać Zafara i Suchruba. Radwana nie będzie - jest jeszcze przez parę dni pod opieką Berkatu. Radwan to owczarek niemiecki, którego kupił Peikar. - Chciał go wyszkolić na psa wyszukującego miny. I zawieźć do Afganistanu. Na razie Radwan jest ze mną, a o szukaniu min nie ma pojęcia. Zresztą chłopcy go uwielbiają i nie pozwoliliby go zabierać do jakichś min, mógłby sobie jeszcze krzywdę zrobić. Natomiast Suchrub jest afgańskim chłopcem.

- Mój mąż uwielbia się chwalić. Był w jakiejś wsi rozdawać dary od Czechów. 'Mam żonę w Czechach, słynną dziennikarkę' - zaczął opowiadać. Zapytali go, czy nie mógłby do Czech zawieźć najzdolniejszego chłopca z wioski i wykształcić go na lekarza. Zgodził się, uwielbia, jak ludzie są mu wdzięczni. Peikar przywiózł Suchruba pół roku temu. Nikt nie znał daty urodzenia chłopca, na oko wpisali mu do dokumentów 14 lat. W Pradze Suchrub poszedł do szkoły. Czeski ma z pierwszymi klasami, ale już matematykę i biologię z siódmymi. Nauczyciele mówią, że jest bardzo zdolny. - Póki przez pierwsze dwa miesiące był Peikar, Suchrub chodził jak w zegarku. Teraz w ogóle mnie nie słucha. W Afganistanie dla kilkunastoletniego młodzieńca kobieta nie jest żadnym autorytetem. Suchrub, jak tu przyjechał, nie rozumiał, że ludzie mogą się tak różnić. Że mogą mieć różne poglądy, że mogą być wierzący i niewierzący, że mogą mieć różne style życia. Petra utrzymuje całą rodzinę. Pracuje jako dziennikarka działu zagranicznego w 'Lidovych Novinach'. Pisze z domu. Od dwóch miesięcy raz w tygodniu prowadzi też w telewizji cyfrowej program '18 minut z PP'. - Fajne. Zapraszam, kogo chcę. Mam garderobę z napisem: 'Petra Prochazkova'. Ubrania co prawda oddaję po programie, tak samo jeden klips - drugiego nie zakładam, bo filmują tylko z jednej strony. Tylko nie wiadomo, jak długo program się utrzyma. Bo widz docelowy nie istnieje. To 'bogaty intelektualista' - śmieje się. - Nie żałujesz, że z małym dzieckiem nie będziesz już mogła prowadzić takiego życia jak kiedyś? - pytam.

- Jedyne, czego żałuję, to to, że nie mogę znów być korespondentką z Rosji. Dostałam zakaz na pięć lat, już dawno minęło, ale wciąż mi nie pozwalają tam wjechać. Siedzę w Pradze i ciągle mam kłopoty finansowe. A w Moskwie spokojnie mogłabym mieszkać z małym Zafarem. Robiłabym to, co lubię, zarabiałabym dobre pieniądze. Spokojnie i Petra - to akurat niemożliwa kombinacja. Siedzimy w kuchni u jej mamy. Suchrub chodzi z małym Zafarem jak z taczką. Jutro przyjedzie Radwan. - I wtedy już nie wiem, co zrobię - wzdycha Petra znad laptopa, gdzie wyszukuje newsy dla 'Lidovek'. - Dom, który kupiłam, poprzedni właściciel sprzedał za długi. Razem z 80-letnią matką w środku. Kobieta już drugi tydzień obiecuje mi, że się jutro wyprowadzi. Przecież nie wyrzucę jej na bruk. Najwyżej będziemy mieszkać razem. Tylko czy Radwan nie pogryzie jej psa?

Źródło: Wysokie Obcasy
  • Reporterka na wojnie agniesz_mar 27.10.08, 23:01

    Na prawdę Michał Mutor zrobił wszystkie te zdjęcia?!»

  • Ostatnie zdjęcie mocne 444a 09.11.08, 12:47

    W tle ruiny (wygląda to jak wojna), a na pierwszym planie weseli dziennikarze,że mają fajny temat i fajne fotki.I nie czepiam się "dziennikarzy" tylko "gwiazd" bawiących się cudzym kosztem.»

W numerze z 31 lipca