Bogdan Bombelka, kinooperator, kino Światowid, Katowice Jakoś tak mi się poszło do kina. Potrzebowali pracownika, zgłosiłem się, kazali się zbadać i przyjść do pracy. Zacząłem w Panoramie w Chorzowie 4 lutego 1970 r. Pracowałem też w Polonii i Pionierze. W Gliwicach: w Jutrzence, Grażynie i Bajce. W Chropaczowie - w Śląsku, w Lipinach - w Odrodzeniu. Było też Colosseum w Świętochłowicach, Patria w Nowym Bytomiu, Tęcza w Siemianowicach Śląskich. Robiłem do ich ostatnich chwil i w większości ostatni zamykałem drzwi. W Światowidzie pracuję od 1989 r. Zaczynałem od przygotowywania projektora, czyszczenia. Taśma filmowa ściera się i ciągnie z otoczenia kurz. Dawniej były kopie łatwopalne, na nich można było więcej grać, ponad 1,2 tys. seansów. Tylko trzeba było uważać, żeby się kopia nie zapaliła. Mnie się to nie zdarzyło, ale spróbowałem kiedyś podpalić kawałek. No, fajnie się paliło, smrodu było trochę, wesoło. Pierwszy film, który samodzielnie puściłem, to była 'Kleopatra'. Jak mało ludzi przychodziło, to film się grało ze trzy tygodnie. 'Kleopatrę' graliśmy trzy miesiące, kopia się wytarła. Pamiętam, że filmu 'Lecą żurawie' czy coś takiego prawie nie graliśmy. Ludzie jakoś nie za bardzo chodzili na te radzieckie. Kina były uszeregowane, najlepsze, w dużych miastach, nową kopię dostawały. Po dwustu seansach nieco nadszarpnięta przechodziła do kin trochę gorszych, a potem do tych drugiej kategorii. Trzeba było mieć wiaderko, bo po czterystu seansach kopia się sypała. Miałem szczęście, że mnie zawsze na pipidówki wrzucali, co mało kto chciał robić. W kinach pierwszej kategorii operator mógł się nudzić, w kabinie było trzech ludzi. Ja byłem sam. Musiałem sobie i kawę zaparzyć, i projekcję zrobić. To była gonitwa! Zwłaszcza jak grałem na małych cewach (szpulach). Co 18 minut rolkę przełożyć i przewinąć! Telewizja powoli ludzi zabierała. W czwartki, kiedy była sensacja - 'Kobra', 'Stawka większa niż życie' - w kinie był luz. Na sali kinowej już 18 lat nie byłem. Kiedyś po pracy szedłem film zobaczyć. W Chorzowie były cztery kina i chodziłem od jednego do drugiego. Starszy operator mówił: 'Jak dorośniesz, to zapomnisz, jak film wygląda'. Miał rację. Doszedłem do wniosku, że wszystkie filmy są jednakowe. Romanse, wojny, to wszystko się powtarza. Tylko inny dialog, inny aktor, żeby człowieka trochę oszukać. Świat nie jest taki jak w filmie. W nowym kinie byłem raz. W kabinie projekcyjnej. Teraz za blisko ekranu się siedzi. Efektów specjalnych jest więcej niż słów.
Natalia Kukulska, bileterka, kino Piast, Słubice Do Słubic do kina przyjeżdżałam już w 1945-46 r. Potem sprowadziliśmy się tutaj. Nadarzyło się, że potrzebowali kogoś na bileterkę. Zgodziłam się, bo dzięki temu do godz. 15 w domu mogłam być, a po południu mąż z dziećmi siedział.
Jeździłam na początku do Zielonej Góry na przeszkolenie: jak wieszać plakaty i fotosy, jak robić reklamy. I streszczenia filmów, żebym umiała widzowi opowiedzieć. Jak zaczynałam pracę, był rok 1961. Mieliśmy filmy radzieckie, polskie, szkoły od rana przychodziły. Urwanie głowy, ale i satysfakcja była. Bardzo dużo było też występów, bo scenę dobrą mieliśmy: Beata Tyszkiewicz, Olbrychski, Czerwone Gitary. Bardzo, bardzo dużo ludzi chodziło do kina, miejsca nie starczało. Na 'Lalce' prawdziwe oblężenie, ktoś musiał stać na bramce. Przychodzili stali klienci, nawet lekarze: doktór Kępa, doktór Rejko.
'Sułtan i Andżelika' - o Boże, co na tym filmie się działo! Całe zakłady pracy, seans za seansem, seans za seansem, taki dobry był ten film. Albo 'Korsarz'. Przepiękny facet! Jedna pani trzy razy kupowała bilety i mówiła: 'Czy ja nie jestem wariatka?'.
Na radzieckich filmach też było dużo ludzi: 'Cichy Don', ;'O szóstej wieczorem po wojnie', 'Wojna i pokój'. Te wszystkie stare filmy przepiękne, mimo że oni w tych kufajkach. Film miał jakiś swój akcent, przyjemny był do oglądania. I ta muzyka ruska! Życie było w filmie. Był taki - 'Czułe słówka'. O Boże, tak się zryczałam, że tyłem szłam do domu, bo nie chciałam, żeby mnie ludzie widzieli. Sprawdzałam bilety, a jak nie miałam co robić, to siadałam zawsze w 14. rzędzie. Jak był tłok, to krzesełko stawiało się na boku. Dostawaliśmy bilety pracownicze, 18 na miesiąc. Całą rodzinę można było do kina zabrać. Podobała mi się ta praca, bo i z ludźmi miało się kontakt, i pieniążki się zarabiało, nieduże, ale na wszystko starczało. I było tak kulturalnie. Na Dzień Kobiet czy Dzień Oświaty nagrody się dostawało, myśmy organizowali sobie sałatki, jakieś
ciasto, po lampce szampana się wypiło. Bardzo miło, sympatycznie. Tańce też były oczywiście. Jakby to było bez? Mieliśmy kiedyś takie zdarzenie. Zaczął się seans, pełna sala, 350 miejsc. Naraz wszystko płacze. I my, i widzowie. Ktoś gaz łzawiący wpuścił. Musieliśmy przełożyć seans na drugi dzień, kto nie chciał, to mu się pieniążki zwróciło. A my wietrzyliśmy salę cały dzień. Ale tak to praca bardzo przyjemna, cały czas w ruchu, nie nudziłam się. Puszczaliśmy też film, jak nie było wielu osób. Nawet w Wigilię. Nieraz kierowniczkę prosiliśmy: 'Co będziemy w Wigilię grać'. Ale nie. Przyszedł jeden, dwóch, trzech żołnierzy, seans musiał być. Jak całe kino było wojska, co za smród z ich butów szedł! Budynek jest z 1924 r. Kino działało jeszcze za Niemców. Po wojnie przyjeżdżał były właściciel. Podobało mu się, że kino odnowione, że boazeria. W ogóle to dużo Niemców do nas przychodziło. Uwielbiali nasze plakaty, nie mogłam się odgonić. Jak tylko zobaczyli, że się wiesza nowy, cena nie grała roli. Jak nie mogli kupić, kradli. Kino już od kilku dobrych lat nie działa i nie ma w Słubicach innego. A przydałoby się. Jak idę obok i patrzę, to aż mi serce pika, że stoi puste i niszczy się. Na szczęście nie mogą go zburzyć, bo zabytek.
Mikołaj Jakowiuk, kierownik, kino Znicz, Bielsk Podlaski Chciałem zostać malarzem, ale jakoś nie wyszło, choć talent miałem wrodzony. Potem na lotnika się szkoliłem. Też nie wyszło. A kulturę lubiłem, w chórze się udzielałem, potem w domu kultury pracowałem. No to trzecie marzenie się ziściło - przy tej kulturze zostałem. W grudniu 1968 r. zacząłem pracę w kinie.Młodzież kiedyś chodziła do kina. Nie na film, tylko do kina. Bilet kupowali, ale nie szli na widownię, tylko siedzieli w holu, dyskutowali. U mnie podłoga zawsze wypastowana, froterką wyglansowana, jak na lodzie można było jeździć. W poczekalni fotosy i plakaty, światła przyciemnione, elegancko. W bufecie słodycze, pepsi nie pepsi, herbata, kawa. Najgorsze te pestki - śmietnik robili. Ale lubili, prosili, żeby były, no to musieliśmy się podporządkować. Zdarzało się, że dużo śniegu było, zaspy. Ale żeby z powodu pogody seans odwołać?! Zawsze w zapasie kopię mieliśmy, jakby samochód nie dojechał. No i przekopany był tunel, żeby widzowie mogli wejść i wyjść. Był taki zwiastun filmu, jak naga kobieta uciekała do lasu. Pierwszego dnia, kiedy ten film graliśmy, kino było tak nabite, że na stojąco oglądali. Myśleli, że ekstracuda będą. A tam nic nie było, tylko ta scena, co kobieta uciekała. Na drugi dzień miałem może 10 proc. widowni. Filmy były narzucone, ale jak frekwencja spadała, to wsiadałem w samochód, jechałem do Białegostoku i prosiłem taki a taki tytuł. Na własny koszt jeździłem. A jak biletów brakowało, krzesełka się dostawiało. Nocne seanse organizowałem. W 1970 r. byłem wytypowany na wyjazd do Sojuza: Wilno, Leningrad i Moskwa. Na wycieczkę Gdańsk - Gdynia też pojechałem i w Mikołajkach byłem tydzień na wczasach. Za wykonanie planu. A plan co roku był zwiększany. Najpierw 2 tys. widzów na rok, potem 5, 10 tys., ostatni - 150 tys. Na premierach bywali znani aktorzy. Dobrze pamiętam, jak Mikulski pięć minut na scenie był, potem w garderobie jedną ręką pieniądze bierze, drugą spodnie naciąga, do samochodu wybiega, i tyle. Ja żadnego filmu premierowego nie opuściłem. Tłumaczyłem ludziom, że kino to kino. Ekran duży, dźwięk duży, w spokoju siedzisz, nikt nie zakłóca, a tak siedzicie koło telewizora, komputera, czasem kłócicie się, wódkę pijecie i nie wiecie potem, co było. Milicji nie wzywałem. Jak się źle zachowywali, zakazywałem wstępu do kina na miesiąc, i bali się. Stałych bywalców miałem koło setki - że film w film, czy dobry, czy zły, przychodzili. Miałem dobre filmy i dobrych widzów. Po mnie dwóch w ajencję kino wzięło. Jeden niecały rok prowadził, a drugi trzy, cztery miesiące. Żałuję, że obiekt taki duży, a urząd miasta się nie zainteresował.
Jolanta Marszał, dekoratorka, bileterka, kierowniczka, kino Kopernik, Olsztyn Kino burzone było w zeszłym roku. Miałam wtedy iść inną drogą. Ale coś mnie podkusiło, żeby pójść na przystanek przy kinie. Słyszę huk. Boże, chyba rozwalają kino! Straszne to było, jeździły dwie koparki i równały z ziemią. Nie mogłam łez powstrzymać. Przypomniało mi się, jak wchodziłam do tego kina 24 lata wcześniej. Dziesięć dni przed otwarciem. Na widowni jeszcze parkiet był robiony. Musiałyśmy wszystko pomyć, firanki powiesić, poustawiać krzesła. Robiło się do 22, 23. A kino duże było, na 787 miejsc. Człowiek włożył sporo serca. Na niektóre filmy kolejka była taka, że jej koniec wchodził do Teatru im. Jaracza, który obok stoi. Koleżanki z teatru się śmiały, że też mogłyby kasy otworzyć i sprzedawać bilety. Zawsze była frekwencja na 'Wiernej żonie' z początku 1980 r. Jak coś nie szło, żeby podreperować budżet, no to co? No to 'Wierną żonę'. To taki trochę erotyk, francuski, na tamte czasy dość odważny. Tłumy niesamowite były na 'Wejściu smoka'. Szyby trzeszczały. Ja wtedy siedziałam w kasie. Tak napierali na kasę, że te szyby potrzaskali. A ja widziałam tylko ręce i na palcach pokazywali, ile biletów chcieli. Dzieciaki płakały, że nie chcemy wpuścić. Robiło się pokazy od dziewiątej rano do 22 i dalej było pełno. Film wstrzelił się w lukę między miesiącem filmu polskiego i radzieckiego. W nocy mieliśmy włamanie, myśleli, że duże pieniądze są w kasie. Nie było, bo pieniądze odnosiło się do banku codziennie wieczorem. Porozrzucali bilety wcześniej przygotowane w kopertach dla zakładów pracy. Musiałam siedzieć, sprawdzać z zamówieniem, układać na nowo, straszna robota. Śmialiśmy się, że ci włamywacze nie za mądrzy byli. Mogli wziąć bilety i sprzedać. Pracowałam też jako dekoratorka. Na 'Tajemniczy ogród' mieliśmy cały potężny hol udekorowany sztucznymi kwiatami. Przy premierze 'Maski' były choinki złotem ubrane i wielkie maski z brystolu. Wszyscy twierdzili, że w Warszawie nie ma tak przygotowanych premier jak w Koperniku. Kopernik jako pierwsze kino w Polsce miał zainstalowany system Dolby Digital. No a potem Surround EX. Przy 'Titanicu' to się na ten Digital złapałam. Myślę: 'Woda się leje z dachu?'. Bo zdarzało się przy większym deszczu. A to efekty dźwiękowe. Kiedyś to było duże wydarzenie pójść do kina. Też był bufet, ale ludzie najwyżej jakiegoś dropsa wzięli. A dziś coś strasznego! To komórka dzwoni, to popcorn chrupie, opakowania od chipsów za uchem szeleszczą. Jak siedziałam na 'Troi', myślałam, że zwariuję. Dźwięk trzeba było podkręcić. Wypowiedzenia dostaliśmy znienacka. I nie było ani dziękuję, ani nic. Szkoda kina. Można przecież było zostawić budynek. Trzy nowe sale kinowe budują przy centrum handlowym, a to rozwalili.
Zbyszek Firek, bufetowy, kasjer, bileter, kierownik, kino Wanda, Kraków Pierwszy raz byłem w kinie w mojej rodzinnej wsi Łętownia koło Jordanowa. Kino objazdowe, w remizie strażackiej oczywiście. 'Krzyżacy'. Kiedy uczyłem się w Technikum Samochodowym w Nowym Sączu, łyknąłem bakcyla w DKF-ie Bufory przy kinie Kolejarz. Były lata 80., musieliśmy zdobywać kopie, jeździliśmy do Łodzi, Krakowa. Po raz pierwszy sam przewoziłem kopię wypożyczoną z konsulatu amerykańskiego, w stanie wojennym. To był 'Amadeusz', miał być pojedynczy pokaz na taśmie 16 mm. Zanim dotarłem do Nowego Sącza, przeczytałem całą listę dialogową. W czasie jednego z tych wyjazdów poznałem nieżyjącego już Zbigniewa Wyszyńskiego, wykładowcę na filmoznawstwie. Zachęcił mnie do zdawania na filmoznawstwo. Dostałem się. Jednak studia dają wiedzę ogólną, nie mają tak naprawdę nic wspólnego z zawodem kiniarza. A ja chciałem dostać się do środka. Zacząłem od bufetu, bo tam było wolne miejsce. Przeszedłem przez całą hierarchię, pracowałem jako kasjer, bileter, pod koniec lat 90. zostałem kierownikiem. I, niestety, zamykałem to kino.
Przy lepszych filmach cała ulica była zastawiona samochodami i straż miejska robiła nierzadko naloty. W połowie lat 90. bywały tu osoby, które znaczą wiele w historii kinematografii, m.in.: Antonioni, Bregović, Holland, Kieślowski, Wajda... Tu po raz pierwszy odbył się festiwal filmu niemego. Stańko ze swoim zespołem grał do filmów Charliego Chaplina i Bustera Keatona. Czasami trzeba było zająć się mniej przyjemnymi rzeczami. Pięćset osób czeka na seans, a tu kanalizacja się zatkała, toalety nieczynne. No to trzeba było zakasać rękawy. Teraz w miejscu kina jest sklep spożywczy. Na szczęście nie można zdjąć szyldu, bo elewacja jest zabytkowa. To kino działało nieprzerwanie od 1913 r. Na ostatnim seansie chciałem coś powiedzieć, formalnie zakończyć jego działalność, ale nie byłem w stanie, płakać się chciało. Szkoda. Staram się tędy nie jeździć, nie przechodzić, nie patrzeć na budynek.