To nie był pierwszy wypad Tore Skofenroda i jego kumpli. Mieli po 13 lat i smykałkę do kłopotów. Całymi popołudniami kręcili się po blokowisku we wschodnim Oslo lub po pobliskiej robotniczej dzielnicy Rommen, szukając rozrywki, często na granicy prawa. Tamtego popołudnia w 1976 r. zakradli się do wielkiego magazynu, którego okna i drzwi przesłaniały ciężkie drewniane żaluzje, zbyt wielkie, by je odsunąć. Odgięli kawałek żelastwa przy podłodze i wślizgnęli się do środka. Nie mogli uwierzyć oczom. Hangar wypełniony był kolorowymi gokartami. Gdy próby uruchomienia samochodów zawiodły, wyruszyli na poszukiwanie skarbów. Natknęli się na szklaną skrzynię z dwiema postaciami. Otworzyli ją i wyjęli figury - owłosioną na całym ciele kobietę w kwiecistej sukience i niemowlę w kubraczku. Myśleli, że to przeżarte przez myszy manekiny. - To mój kumpel Torgeir oderwał jej rękę - wspomina po latach Tore. - Była owłosiona, a w środku jakby wypchana. Dziecko było duże jak na niemowlaka. Wyglądało, jakby je wyjadły szczury. Nigdy bym nie pomyślał, że to mogą być prawdziwi ludzie.
Tak znaleźli ciała Julii Pastrany i jej dziecka.
Sto lat wcześniej. Londyn Żadne inne europejskie miasto nie miało tylu teatrów muzycznych, pubów, burdeli i klubów bokserskich. Za szylinga w ciemnym zaułku można było zobaczyć zdeformowanych ludzi, wielkoludy i karły, najniższego gatunku panoptikum wystawiane bez poszanowania dla eksponatów i nieprzynoszące przyzwoitego dochodu. Ale w lipcu 1857 r. mało która rozrywka mogła równać się z pokazem anonsowanym przez gazety jako: 'Miss Julia Pastrana, Nondescript. From USA & Canada'. Nondescript oznaczało 'nienazwany' i było medycznym terminem używanym do określania dziwnych form życia, niezwykłych hybryd i stworzeń nieopisanych do tej pory przez naukę. Za taką uchodziła panna Julia Pastrana, którą jej impresario Theodore Lent wystawiał przy Regent Street w Galerii Regent trzy razy dziennie na ogląd publiczny jako 'Baboon Lady' - Damę Pawiana. W 12-stronicowej ulotce wydanej z tej okazji sugerował, że Julia jest efektem erotycznego związku meksykańskiej Indianki z małpą lub niedźwiedziem. Zapewniał jednak, iż mimo odstręczającej brzydoty ludzki charakter zwycięża u niej nad orangutanią naturą - Julia mówi w trzech językach, zna się na gospodarstwie, śpiewa ludowe pieśni i tańczy hiszpańskie tańce. 'Panna Julia jest zadowolona, gdy damy i dżentelmeni zadają jej pytania i podziwiają śliczne baczki, z których jest tak dumna' - wypowiadał się dla gazet Lent po sukcesie na londyńskiej scenie. Poeta Arthur Munby napisał wiersz 'Pastrana', który zaczynał się słowami: 'Była raz czarna małpa zza oceanu'. Słynne naukowe medyczne pismo angielskie 'Lancet' opublikowało artykuł 'Krótki raport na temat brodatej i owłosionej kobiety', w którym dr J.Z. Laurence opisywał wygląd Julii Pastrany w detalach. Miała cztery stopy i cztery cale wzrostu, czarne gęste włosy na całym ciele z wyjątkiem dłoni i spodu stóp. Jej ciało było dobrze rozwinięte. Miała regularną menstruację. Była inteligentna i bystra.
Meksykańskie korzenie Autorzy książki 'Julia Pastrana: tragiczna historia wiktoriańskiej kobiety-małpy' Christopher Hals Gylseth i Lars O. Toverud spekulują, że matka Julii, Meksykanka, zgodnie z indiańską tradycją urodziła dziecko, opierając się o drzewo, i gdy zobaczyła, że jest owłosione, schroniła się w jaskini. W wierzeniach plemienia, w którym mężczyznom nie rosły broda i wąsy, tylko diabeł miał odrażające czarne owłosienie na twarzy. Dziecko znaleźli zapewne hodowcy bydła z pobliskiej wioski i oddali je do sierocińca w Culiacán. Gdy w czerwcu 1837 r. Pedro Sánchez został gubernatorem prowincji Sinaloa, wziął Julię z sierocińca, by uświetnić swój dwór. Już wtedy zaczęła być czymś na kształt lokalnej celebrytki. Uwielbiała czytać, haftować, śpiewać, tańczyć. Gdy skończyła 20 lat, postanowiła podróżować. Czy nie zdawała sobie sprawy z własnej odmienności? Szczęśliwie już na początku podróży poznała niejakiego pana Ratesa, amerykańskiego impresaria, który namawiał ją na karierę w show-biznesie i obiecał sukcesy w Nowym Jorku. Mamił ją godnym wynagrodzeniem i opieką. Otwierała się przed nią droga kariery, podróżowania i zarobkowania. Kobieta musi z czegoś żyć. Niezależnie od stanu owłosienia.
Naukowcy i zadziwiający brak ogona 'Cudowna Hybryda lub Kobieta Niedźwiedź z meksykańskiej dziczy' - ogłaszał już wkrótce plakat w Nowym Jorku otwarcie widowiska w Gothic Hall na Broadwayu. Przed drzwiami garderoby Julii zaczął ustawiać się korowód naukowców. Pierwszy - dr Alexander B. Mott - stwierdził, że Julia jest mieszańcem, hybrydą człowieka i orangutana. Nazwał ją 'tajemniczym zwierzem' i stwierdzał, że zaskakujący był u niej brak ogona. Drugi - profesor S. Brainerd - potwierdził, że jest hybrydą, i wydał certyfikat. Dowodził też, że plemię Indian, z którego pochodzi Julia, przypomina orangutany i że najwyraźniej ci dzicy ludzie mieli intymne zbliżenia z małpami i niedźwiedziami. Orangutan znaczy 'człowiek z lasu'. Dopiero w Bostonie Julię przeegzaminował anatom Samuel Kneeland Jr. i stwierdził, że jest ona człowiekiem.
Darwin i dwa rzędy zębów Po słynnym wspomnianym już występie na Regent Street Julię przebadał Francis Buckland - ekspert od ryb, który dodatkowo pasjonował się dziwolągami. 'Jej oczy były ciemne, głęboko czarne i wyraziste, powieki miały długie, gęste rzęsy, jej rysy były po prostu odrażające' - pisał i dodawał: 'Jej figura była nadzwyczaj dobra, pełna gracji, jej drobne stopy świetne, a pęciny wręcz perfekcyjne'. Co więcej: 'Miała słodki głos, gustowała w muzyce i tańcu i mówiła w trzech językach. Była bardzo szczodra, oddawała pokaźne sumy ze swojej pensji lokalnym instytucjom charytatywnym'. Nawet Karol Darwin zasłyszał co nieco o Julii od zaprzyjaźnionego badacza Alfreda Russela Wallace'a. W 'Varioations of Animals and Plants under Domestication' pisze o niej: 'Miała wyraźnie męską brodę i owłosiony łuk brwiowy ( ) w obu szczękach - górnej i dolnej - nieregularne, podwójne rzędy zębów, jeden rząd umieszczony za drugim, z których dr Parland zdjął odcisk. Z powodu dodatkowych zębów jej wargi i szczęka były wysunięte, a twarz nabierała wyglądu przypominającego goryla'. Darwin porównuje Julię do nieowłosionych psów i konkluduje, że w świecie zwierząt problemy skórne mogą być połączone z występowaniem dodatkowego uzębienia. Na szczęście Julia nie czytała tego opisu. Książka wyszła już po jej śmierci, w 1868 r. Inaczej złamałaby jej serce, mimo iż Darwin wspominał na końcu, że 'panna Julia Pastrana, hiszpańska tancerka, była niezwykłą kobietą'. Szczękę Julii Pastrany obejrzeć można na zdjęciu. Każdy zauważy, że zęby są nieregularne, ale nie są w dwóch rzędach. Nie trzeba być dentystą i nie wymaga to wyższej matematyki. Choroba Julii jest dziś znana pod nazwą hipertrichosis, czyli wrodzone nadmierne owłosienie. Do dziś ludzi z tak zwanym hirsutyzmem (owłosieniem na twarzy) nazywa się ludźmi-psami, ludźmi-małpami lub wilkołakami.
Lipsk: Obraza moralności Gdy Ameryka została przez Julię podbita, jej impresario sprzedał ją niejakiemu Theodorowi Lentowi. Nowy menedżer postanowił, że czas na Europę. I tak Julia znalazła się w Londynie. W listopadzie 1857 r. Teatr Kroll w Lipsku wystawił sztukę 'Mleczarz uleczony' napisaną specjalnie dla niezwykłej gwiazdy z zagranicy. Pewien mleczarz zakochuje się w młodej kobiecie, której twarz zawsze osłania woal. Ta, ku jego rozpaczy, trzyma amanta na dystans. Gdy tylko mleczarz znikał ze sceny, aktorka odwracała się ku publiczności i podnosiła woalkę. Publiczność ryczała ze śmiechu. I odrazy. Jakaś ciężarna kobieta zemdlała. Aktorką była oczywiście Julia Pastrana. Młoda dama podnosiła woalkę wiele razy, by na końcu pokazać swą twarz również amantowi. Był przerażony, publiczność wyła ze śmiechu. Po premierze policja zamknęła przedstawienie. Powód? Było moralnie odrażające. I niebezpieczne dla kobiet
w ciąży. Rozwścieczony Lent podjął negocjacje z władzami. Stanęło na tym, że Julia może wykonywać swoje hiszpańskie tańce i śpiewać melodie ludowe, ale żadnych wygłupów. Społeczeństwo niemieckie nie zniesie takich niemoralności. Epizod lipski zyskał lokalny rozgłos. Dziennikarz tygodnika 'Gartenlaube' poprosił o wywiad. Lent każdą ofertę darmowej reklamy przyjmował z otwartymi rękami. Julia opowiedziała o podróżach i występach na całym świecie. Jak również o ponad 20 propozycjach małżeńskich, które odrzuciła bez wahania. Żaden mężczyzna nie był wystarczająco bogaty. Poza tym - o czym dziennikarz nie wiedział - Julia była już mężatką. Szczęśliwcem był Lent, który szybko zorientował się, jak ogromne zainteresowanie budzi Julia wśród jego kolegów po fachu. Otrzymał wiele propozycji sprzedania jej i wiele propozycji małżeńskich. Wiedział, że kandydaci zaczną wkrótce pytać samą Julię. Wyjście było tylko jedno: oświadczył się i został przyjęty.
Moskwa: Jej brzuch ośmielał widzów Kariera wymagała podróży. Na Wschód. Kolejnym przystankiem była Warszawa, rok 1858. Występ został uwieczniony na rysunku - Julia w wydekoltowanej sukni i z kwiatami we włosach stoi na rampie cyrkowej i się kłania. Napis na plakacie: 'Miss Julia Pastrana z Meksyku, występująca w cyrku Ślęzaka w Warszawie'. W sierpniu, tuż przed występami w Moskwie, Julia odkryła, że jest w ciąży. 'Jej brzuch ośmielał widzów. Łatwiej wybaczali jej potworną brzydotę. (...) Wieczorami szyła kaftaniki. - Wiesz - mówiła, zastygając na chwilę bez ruchu, utkwiwszy wzrok w jakimś odległym punkcie - ludzie są tacy krusi, tacy samotni. Żal mi ich, gdy siedzą przede mną wpatrzeni w moją twarz. Jakby sami byli puści, jakby musieli się na coś napatrzeć, czymś wypełnić. Czasami myślę, że mi zazdroszczą. Ja jestem przynajmniej jakaś. A oni - tacy bez niczego wyjątkowego, bez właściwości' - pisze w opowiadaniu 'Najbrzydsza kobieta świata' Olga Tokarczuk o owłosionej kobiecie z Wiednia, która wyszła za swojego impresaria i powiła mu córkę. Zapewne podobne myśli miała Julia. W raporcie na temat porodu czytamy: 'Julia Pastrana, pochodząca z Ameryki, powiła żyjącego chłopca o czwartej po południu 20 marca 1860 r. Mimo że pozycja dziecka była prawidłowa, głową w dół, konieczne było użycie kleszczy ze względu na rozmiar dziecka i wąską miednicę matki'. Chłopiec był duży, ważył ponad 4 kg, większy niż przeciętne dzieci, zwłaszcza jak na tak filigranową matkę. Miał jasną karnację po ojcu. Dość dużą głowę. Był inny niż dzieci, które lekarze zwykli odbierać na co dzień - większość jego ciałka pokrywały włosy. 'Po pięciu dniach od porodu matka zmarła, o północy, z 24 a 25 marca. Dziecko urodziło się żywe, ale po 35 godzinach zmarło, 22 marca o czwartej po południu'. Mówiono, że zmarła, bo pękło jej serce. Plotka głosiła, że umierała otoczona przez tłumek obserwatorów, naukowców stojących wokół jej łóżka. Ponoć powiedziała przed śmiercią: 'Umieram szczęśliwa, bo wiem, że byłam kochana'. Ale to tylko plotki. Fakt jest natomiast taki, że Lent pozostał sam, w kilka dni tracąc nie tylko żonę i dziecko, ale i źródło dochodu - kurę, która znosiła mu złote jajka. Jego żona - kobieta niedźwiedź, kobieta małpa - miała zostać pogrzebana. Strata była zbyt dotkliwa. Nie tyle uczuciowo, ile finansowo. Lent tak łatwo się nie poddawał. W jego hierarchii pieniądze zawsze były pierwsze, a sentymenty daleko za nimi.
Zabalsamowana słynniejsza niż za życia Z pomocą mógł przyjść niejaki profesor Sokolov, uczony związany z Uniwersytetem Moskiewskim. Profesor Sokolov był ekspertem od balsamowania, opracował specjalną technikę łączącą mumifikację z wypychaniem, w wyniku której skóra nieboszczyka była zaróżowiona jak u żywego człowieka. Trzeba było działać szybko. Lent wiedział, że ma mało czasu, ciała leżały już cztery dni. Podpisał naprędce umowę z Sokolovem poświadczoną przez Uniwersytet Moskiewski i konsula amerykańskiego. Biznes był zgodny z prawem. Opis balsamowania, który Sokolov opublikował w 'Lancecie', sprawił, że Julia po śmierci stała się jeszcze bardziej słynna niż za życia. 'Kiedy ciało dziecka zostało zabalsamowane, było nadal świeże i nie nosiło prawie żadnych śladów rozkładu poza delikatnym zapachem i mętnością w kącikach oczu. Ciało matki, wręcz przeciwnie, było w dużo mniej idealnym stanie zachowania, ślady nagłego rozkładu były widoczne gołym okiem. Skóra miała szary kolor, niektóre części ciała były nabrzmiałe i wydzielały zgniły zapach. Brzuch był wzdęty i miał zielonkawy odcień, uderzany wydawał dźwięk jak bęben. Z ust i nosa wyciekał czerwonawy płyn. Taki był stan ciała, kiedy zaczynałem je balsamować lub lepiej konserwować poprzez wstrzykiwanie mikstur zatrzymujących rozkład i gnicie. Gdy tylko zostały wprowadzone do ciała, ciemne plamy zaczęły jaśnieć, znikł nieprzyjemny zapach'. Julia wyglądała jak żywa. Chłopca przyczepiono do drewnianego patyka, żeby utrzymywał się w pozycji stojącej. Julię profesor Sokolov ustawił w dynamicznej pozie - ręce na biodrach. Miała na sobie swoją najpiękniejszą jedwabną suknię, którą sama wyszyła w kwiaty. Na szyi sznur pereł i piórka wpięte we włosy. Stopy szeroko rozstawione sprawiły, że stała pewnie. Głowę odwrócono w lewo. Oczy miała szeroko otwarte, głowę zadartą. Po raz pierwszy w życiu, a właściwie po życiu - sprawiała wrażenie pewnej siebie, zadowolonej kobiety. Sokolov był dumny, muzeum szczęśliwe, wycieczki naukowców przyjeżdżały oglądać eksponat. Cała sława i splendor spadły na naukowca. Na to Lent nie mógł się zgodzić. Uważał, żemiejsce eksponatów jest nie w muzeum lecz w drodze, z nim. Odkupił ciała. Rodzina znów była w komplecie. Wdowiec z dwoma bliskimi mu ciałami przyłączył się do niemieckiego gabinetu osobliwości, anatomicznych potworności, i jeździł po całej Europie. W Wiedniu wystawę odwiedził dawny znajomy Julii, cyrkowiec Herman Otto, i napisał kilka lat później: 'Lent pozwolił całemu światu dzielić jego żal i żałobę. To znaczy - wystawił własną żonę i dziecko w szklanej klatce za pieniądze'. Pisał także: 'Stała przede mną w czerwonej jedwabnej sukience jawnogrzesznicy z przerażającym grymasem na twarzy, z dzieckiem w podobnym kostiumie na patyku przy niej, jak papuga ( ) Poczułem głębokie współczucie dla tych nieszczęsnych zwłok, które nie słyszały i nie widziały, i nie czuły już bólu i żalu. I przypomniałem sobie, jak raz mówiła, uśmiechając się błogo: 'On kocha mnie dla mnie samej'.
Druga żona, też owłosiona Tymczasem Lent kombinował dalej. Choć trudno w to uwierzyć, już wkrótce znów podróżował po świecie w towarzystwie kolejnej owłosionej kobiety, o której na zmianę mówił, że to Julia Pastrana lub że to jej siostra. To Marie Bartel, Niemka z dobrego domu, córka szacownego biznesmena z Karlsbadu herr Bartela, który strzegł jej przed światem i nie chciał, by stawała przed publicznością, dopóki nie pojawił się Lent i się nie oświadczył (prawdopodobnie oferując pokaźną sumkę). Przekonał Bartela, że jego córka będzie z nim szczęśliwa, podróżując po Europie. Marie namówić było łatwo. Jak również na zmianę nazwiska na bardziej sceniczne. Co powie na pseudonim 'Pastrana'? Na przykład 'Zenora Pastrana'? - sugerował Lent.
Występowała na tle szklanej klatki z wypchaną poprzedniczką i jej dzieckiem. W odróżnieniu od nieśmiałej i naiwnej Julii była pewna siebie, inteligentna i pozbawiona kompleksów. Julia była symbolem brzydoty, brakującym ogniwem między światem ludzi i zwierząt. Marie nikt nie porównywał do małpy. Była na to zbyt kobieca - wyższa i smuklejsza od swojej poprzedniczki. Zachwycał się nią również wiedeński znajomy Julii Herman Otto: 'Ma talent do kobiecych obowiązków, świetnie włada kilkoma językami i ma talent muzyczny. Świadkowie naoczni zaświadczą, że rozwinęła godną podziwu grację w tańcu i mówiąc bez ogródek, wytańczyła sobie drogę do serc widzów. I dlatego nie jest starą panną'.