Sypialnia kilkumiesięcznej Luce różni się od sypialni Michela i Carol jedynie kolorem moskitiery i kolażem z indyjskich plansz szkolnych. Betonowa przegroda u wezgłowia kryje z drugiej strony szafę
Wieczorem piekarz z gorącym pieczywem dzwoni do bramy. Zawsze ma francuskie rogaliki, drożdżówki i bułki. Kuchnię Michel i Carol wolą francuską. Tylko że do petit déjeuner zasiadają na tarasie o piątej rano. Zapach Oceanu Indyjskiego odurza wtedy świeżością, a konfitury z mango nie rozpuszczają się jeszcze w upale

Fot: Deidi von Schaewen
Obecny dom Carol i Michela. Poprzednie, w podobnym stylu, tak bardzo się podobały, że szybko je sprzedali. To ich zmotywowało do założenia w Indiach firmy projektowo-budowlanej

Fot: Deidi von Schaewen
Rzeźby Michela z odpadów, 1,5 tys. dol. za sztukę. Rzadko udaje mu się coś sprzedać

Fot: Deidi von Schaewen
W kuchni żółta ściana z potłuczonej ceramiki to pomysł Carol. Wyżłobienie w podłodze wypełnione wodą otacza bar, na którym stoją słoiki z żywnością. Skutecznie odstrasza mrówki

Fot: Deidi von Schaewen
Carol z Michelem wiedzą już, że mała Luce francuską szkołę skończy korespondencyjnie.
Na wypadek gdyby pognało ich na inny kontynent. Od pięciu lat ceny w Indiach idą w górę, a oni marzą o Afryce

Fot: Deidi von Schaewen
W salonie bollywoodzkie afisze filmowe, które kolekcjonuje Michel. Gliniane popiersie Gandhiego kupiono w antykwariacie
ZOBACZ TAKŻE
- Drugie życie jednorazówek (01-03-09, 01:00)
- Tata kupuje Zachód (24-08-08, 11:00)
- Precz z karimatą (13-07-08, 11:00)
- Ziemianki (29-06-08, 11:00)
GALERIA ZDJĘĆ
- Wywczas w więzieniu (21-06-09, 01:00)
Na miliard Hindusów 200 milionów utrzymuje poziom życia porównywalny z życiem Europejczyka klasy średniej. Tyle że bez silenia się na indywidualizm i ścigania w tym, by mieć coraz więcej. Właśnie tego mieli dość Michel i Carol Mag, małżeństwo artystów z południa Francji. Zapragnęli lepiej żyć, taniej niż w Europie, prościej i bliżej natury. Zachciało im się pracować w zgodzie z własnym rytmem, mieć dużo czasu na to, co lubią. Nad przeprowadzką z Francji do Indii zastanawiali się jednak siedem lat. Podobno Indie - tak twierdzi Michel - albo się kocha, albo nienawidzi. O Półwysep Indyjski zahaczyli 18 lat temu przypadkiem, jadąc do Nepalu. Bangladesz, Laos, Tajlandię, Wietnam widzieli już wcześniej. W Indiach zafascynował ich tygiel religijny, kotłujące się masy ludzkie i paradoksy socjalne. Zauroczyły kontakty z ludźmi - ciepłe, bezpośrednie - kolory jak z Bollywood i pejzaże. Wracali do Indii osiem razy. We Francji nie daje się szansy nikomu, nawet młodym - tak uważa Michel - nie ma się prawa do porażki, nie można jej normalnie, po ludzku opłakać i iść dalej. Tu wszystko rozpatruje się w kategoriach przegrany - wygrany. Gdy więc przegrali (musieli zamknąć galerię designu, w której interesy szły źle), wszystko nagle stało się jasne, konkretne, a wydarzenia bez precyzyjnego planu nastąpiły jedno po drugim. Rozstanie z mieszkaniem, meblami, samochodem przeszli spokojnie. Z dobytkiem spakowanym w dwóch stukilowych skrzyniach lecieli - nie wiedząc na jak długo - na wschodnie wybrzeże Indii, do Pondicherry, które do 1954 roku było kolonią francuską. Ale bez finansowego zabezpieczenia nie wywróciliby życia do góry nogami. Odwaga, determinacja - owszem, lecz dobrze skalkulowana. Oszczędności zainwestowali w dwa mieszkania do wynajęcia na południu Francji. Michel jak od much opędza się od rozmów o rzeczach materialnych. Woli pielęgnować stan ducha, który daje mu zadowolenie. Ale nie przez medytację czy wiarę, lecz przez konkretne działanie. Na zdezelowanym skuterze buszuje po okolicy, ściągając złom do swojej pracowni. Związany z ruchem Junk Art (początki rzeźby niefiguratywnej ze złomu - lata 50.) łączy często fragmenty wraków samochodowych w abstrakcyjną całość. Jego prace to, jak sam mówi, celebracja dekadencji urbanizmu. Obserwuje tę dekadencję uważnie, zadowolony, że już dziesięć lat temu wybrał ekożycie. Carol, kolorystka z zawodu, projektuje meble, pokrywając je mozaiką z tłuczonej własnoręcznie ceramiki. Objazdowi sprzedawcy namawiają na jogurt, lody i sorbety. Wieczorem piekarz z gorącym pieczywem dzwoni do bramy. Zawsze ma francuskie rogaliki, drożdżówki i bułki. Kuchnię Michel i Carol wolą francuską. Tylko że do petit déjeuner zasiadają na tarasie o piątej rano. Zapach oceanu odurza wtedy świeżością, a konfitury z mango nie rozpuszczają się jeszcze w upale. Jaszczurki prześlizgują się wśród traw, po drzewach biegają wiewiórki, a wśród palmowych liści kłębi się ptactwo. Za Francją nie tęsknią. Czasem tylko brakuje im dobrego francuskiego sera. Do Europy przyjeżdżają jednak raz w roku, w czerwcu, by ominąć największe w Indiach upały. Wśród palm nad oceanem znajdują ukojenie, a przy kosztach utrzymania pięć razy niższych niż we Francji - inną jakość życia. Od plag indyjskich - zanieczyszczenia (spalinami i odpadami) oraz hałasu (krzyków, klaksonów i ryku pojazdów) - trzymają się z daleka, mieszkając 4 km od 230-tysięcznego miasta. Coraz bardziej nowoczesnego, lecz które zachowało czar kolonii francuskiej, gdzie nazwy ulic są ciągle francuskie - Romain Rolland, Aleksandre Dumas. Michel woli jednak przedmieścia, bardziej autentyczne, których cudzoziemcy raczej unikają. Choć na 10 tys. osób pochodzenia francuskiego mieszkających w Indiach blisko 7 tys. wybrało Pondicherry, białych nie widują na co dzień. I jest im z tym dobrze. To, że należą do osób finansowo uprzywilejowanych, Michel i Carol widzą wyraźnie. Jednak zazdrości i zawiści nie odczuwają. Doradę, rekina, tuńczyka, przyprawy i płatki różane kupują na targu, przysmaki z ryżu i tapioki dostają od sąsiadów w prezencie. Gdy Carol chodziła z Luce w ciąży i zaraz po porodzie (ze znieczuleniem w pobliskim szpitalu) Hinduski codziennie przynosiły dania specjalnie dla niej przygotowane. Z wdzięczności. Bo w swojej niedużej firmie Michel zatrudnia pięć rodzin z sąsiedztwa.
Monumentalna bryła ich indyjskiego domu wkomponowała się bez zarzutu w palmowy gaj przy plaży. Niska i rozciągnięta daje wrażenie połączonych stropem garaży. 200 m kw. dla rodziny i 50 na biuro-pracownię. Zamiast piętra - taras-dach z widokiem na 1500 m kw. ogrodu, setkę kokosowców i ocean. Ulany z betonu dom dzięki jednemu banalnemu zabiegowi wyposażony został we wszystko - meble też są betonowe. Dodając do szarej materii naturalne w odcieniach pigmenty, Michel nadał jej różne tony. Tylko wyłożony surowym drewnem kokosowym sufit odstępuje od ogólnej zasady.
Dom Michela i Carol, który powstał w trzy miesiące, nie jest pierwszym, który wybudowali w Indiach. Po roku wynajmowania mieszkania w Pondicherry kupili działkę na przedmieściach i wybudowali dom w tym samym stylu co obecny. Prezentowany w europejskich magazynach wnętrzarskich tak się spodobał pewnej parze Europejczyków (chcieli przenieść się do Indii na emeryturze), że kupili go od Michela i Carol. Potem znajomi znajomych zaczęli pytać o możliwość kupna podobnego domu. Michel, choć z wykształcenia jest marketingowcem, a nie architektem, budowlane doświadczenie i wiedzę zdobył w praktyce. Tak powstała ekofirma projektowo-budowlana. Gdy Michel zaaranżował kilka łazienek w słynnym w regionie hotelu The Dune, Eco Beach, zachodni klienci sami zaczęli zgłaszać się do niego. The Dune to 25 bungalowów i 15 pokoi zaprojektowanych i zrealizowanych przez artystów. W hotelu zbudowanym z materiałów wtórnych wykorzystuje się energię słoneczną, odzyskuje zużytą wodę, a powiew morskiej bryzy służy za klimatyzację. Choć każde pomieszczenie jest inne, łączy je jedno - melanż sztuki współczesnej, natury i kultury hinduskiej. Dla Michela, ekobudowlańca, nie ma lepszej reklamy. Dziś przebiera w propozycjach.
Hindusi budują najczęściej z cegły i właśnie z betonu. O fachowców więc łatwo. To w Indiach Le Corbusier, zaliczany do największych architektów na świecie, zmaterializował w betonie swoje teorie urbanistyczne. Na zlecenie premiera Nehru stworzył miasto eksperyment, które miało ukazać światu nowy wizerunek niepodległych Indii - otwartych i nowoczesnych - a stało się jednym z najważniejszych tworów urbanistycznych XX wieku. Czandigarh zbudowane w ciągu zaledwie dziesięciu lat (1955-65) było szokiem kulturowym. Szerokie trotuary i jezdnie (już wtedy Le Corbusier, entuzjasta motoryzacji, przeczuwał, jakie mogą być skutki jej rozwoju), długie aleje, parki, monumentalne budowle rządowe i betonowe bloki w niczym nie przypominały żadnego z tradycyjnych hinduskich miast. Czandigarh przewidywane początkowo dla 500 tys. mieszkańców rozrosło się dziś do prawie 1,5 mln. Ta indyjska maszyna do życia pozwala mieszkać, pracować, ćwiczyć ciało i umysł. Wielki kwadrat z centrum rządowym, uniwersytetem i obszarem przemysłowym odseparowanym pasmem zieleni podzielony jest na 47 mniejszych, a te na kolejne, jeszcze mniejsze moduły. Każdy ma szkołę, placówkę zdrowia, centrum handlowe, klub i park. Jeździ się tam nie rykszą, ale klimatyzowanymi autobusami, w których można obejrzeć indyjski film. Miejsca wszędzie jest dużo, a krowy są grubsze.
Monumentalna bryła ich indyjskiego domu wkomponowała się bez zarzutu w palmowy gaj przy plaży. Niska i rozciągnięta daje wrażenie połączonych stropem garaży. 200 m kw. dla rodziny i 50 na biuro-pracownię. Zamiast piętra - taras-dach z widokiem na 1500 m kw. ogrodu, setkę kokosowców i ocean. Ulany z betonu dom dzięki jednemu banalnemu zabiegowi wyposażony został we wszystko - meble też są betonowe. Dodając do szarej materii naturalne w odcieniach pigmenty, Michel nadał jej różne tony. Tylko wyłożony surowym drewnem kokosowym sufit odstępuje od ogólnej zasady.
Dom Michela i Carol, który powstał w trzy miesiące, nie jest pierwszym, który wybudowali w Indiach. Po roku wynajmowania mieszkania w Pondicherry kupili działkę na przedmieściach i wybudowali dom w tym samym stylu co obecny. Prezentowany w europejskich magazynach wnętrzarskich tak się spodobał pewnej parze Europejczyków (chcieli przenieść się do Indii na emeryturze), że kupili go od Michela i Carol. Potem znajomi znajomych zaczęli pytać o możliwość kupna podobnego domu. Michel, choć z wykształcenia jest marketingowcem, a nie architektem, budowlane doświadczenie i wiedzę zdobył w praktyce. Tak powstała ekofirma projektowo-budowlana. Gdy Michel zaaranżował kilka łazienek w słynnym w regionie hotelu The Dune, Eco Beach, zachodni klienci sami zaczęli zgłaszać się do niego. The Dune to 25 bungalowów i 15 pokoi zaprojektowanych i zrealizowanych przez artystów. W hotelu zbudowanym z materiałów wtórnych wykorzystuje się energię słoneczną, odzyskuje zużytą wodę, a powiew morskiej bryzy służy za klimatyzację. Choć każde pomieszczenie jest inne, łączy je jedno - melanż sztuki współczesnej, natury i kultury hinduskiej. Dla Michela, ekobudowlańca, nie ma lepszej reklamy. Dziś przebiera w propozycjach.
Hindusi budują najczęściej z cegły i właśnie z betonu. O fachowców więc łatwo. To w Indiach Le Corbusier, zaliczany do największych architektów na świecie, zmaterializował w betonie swoje teorie urbanistyczne. Na zlecenie premiera Nehru stworzył miasto eksperyment, które miało ukazać światu nowy wizerunek niepodległych Indii - otwartych i nowoczesnych - a stało się jednym z najważniejszych tworów urbanistycznych XX wieku. Czandigarh zbudowane w ciągu zaledwie dziesięciu lat (1955-65) było szokiem kulturowym. Szerokie trotuary i jezdnie (już wtedy Le Corbusier, entuzjasta motoryzacji, przeczuwał, jakie mogą być skutki jej rozwoju), długie aleje, parki, monumentalne budowle rządowe i betonowe bloki w niczym nie przypominały żadnego z tradycyjnych hinduskich miast. Czandigarh przewidywane początkowo dla 500 tys. mieszkańców rozrosło się dziś do prawie 1,5 mln. Ta indyjska maszyna do życia pozwala mieszkać, pracować, ćwiczyć ciało i umysł. Wielki kwadrat z centrum rządowym, uniwersytetem i obszarem przemysłowym odseparowanym pasmem zieleni podzielony jest na 47 mniejszych, a te na kolejne, jeszcze mniejsze moduły. Każdy ma szkołę, placówkę zdrowia, centrum handlowe, klub i park. Jeździ się tam nie rykszą, ale klimatyzowanymi autobusami, w których można obejrzeć indyjski film. Miejsca wszędzie jest dużo, a krowy są grubsze.
Źródło: Wysokie Obcasy
-
W gaju na betonie
jkmjkm
27.08.08, 18:16
ależ paskudny bunkier. brrrrrr»
-
Re: W gaju na betonie
pszeszczep666
28.08.08, 11:12
świetny dom. trzeba się wprawdzie przyzwyczaić do tego betonu:) i w ogóle fajny pomysł z opuszczeniem europy, a w szczególności polski, kurcze tez tak zrobię, jest tyle fajnych miejsc na »
W numerze z 28 sierpnia
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień









