Drugie życie wdowy
Tekst: Karolina Domagalska, Zuzanna Kisielewska
2008-08-24, ostatnia aktualizacja 2008-08-20 13:26
Ja nie żebrzę, siedzę z siostrami i patrzę na ludzi, sami dają mi pieniądze

Fot. Karolina Domagalska, Zuzanna Kisielewska
Sulati Dasi przez wiele lat z datków i żebrania utrzymywała syna (prawy dolny róg), który sprowadził się do niej z całą rodziną

Fot. Karolina Domagalska, Zuzanna Kisielewska
95-letnia Dżal Devi po śmierci męża straciła wszystko - dom, pieniądze, szacunek. Rok temu z domu szwagra uciekła do Wrindawany

Fot. Karolina Domagalska, Zuzanna Kisielewska
Mohini Giri jest wdową od 15 lat. Wbrew tradycji nosi kolorowe sari i tilakę na czole. Pomaga innym wdowom stanąć na własnych nogach

Fot. Karolina Domagalska, Zuzanna Kisielewska
Murari Lal Sharma, dyrektor badżan aśramy, ze swoimi podopiecznymi. Tutaj wdowy śpiewają pieśni religijne w zamian za jedzenie

Fot. Karolina Domagalska, Zuzanna Kisielewska
Sumitra mieszka w klitce i całe dnie spędza, śpiewając w aśramie. Życie duchowe odpowiada jej dużo bardziej niż życie wdowy w rodzinnym Bengalu Zachodnim
ZOBACZ TAKŻE
- Nie drażnij Ewy (24-08-08, 11:00)
- Połowa Indii to my (24-08-08, 11:00)
- Krew nie ma rasy (24-08-08, 11:00)
- Tata kupuje Zachód (24-08-08, 11:00)
Wąskie i zatłoczone ulice zaplatają się w wielki supeł. Wypełnia go strumień ludzi, motorów, riksz i ciągniętych przez wielbłądy wozów. Panuje nieprzerwany hałas - klaksony, wrzaski małp i nawoływania handlarzy tłoczących się przed olbrzymią świątynią wyznawców Kryszny ISKCON. Wśród nich sznury ubranych na biało, wychudzonych, bosych kobiet.
Wrindawana - 4 tys. świątyń, 56 tys. mieszkańców, w tym prawie 20 tys. wdów. Żyją w schroniskach, wynajmują pokoje, śpią na ulicy. Pochodzą z różnych klas i kast. Razem jedzą, razem się modlą, razem kąpią się w świętej rzece Jamunie. Większość ma ten sam sposób na życie - żebrzą i z namalowanymi na czołach żółtymi znakami oddają się Krysznie. Wrindawana wraz z okolicami to centrum wisznuizmu - hinduistycznej tradycji, której podstawowym elementem jest czczenie boga Wisznu i Kryszny - jego inkarnacji. Wdowy przyjeżdżają ze wszystkich stanów Indii. Zdecydowaną większość stanowią Bengalki. Zaczęły tu przyjeżdżać już w XVI wieku w ślad za pochodzącym z Bengalu Zachodniego założycielem ruchu wisznuitów Ćaijtanją Mahaprabhu. Jadąc do Wrindawany i zatrzymując się po drodze w miejscu urodzenia mistrza - świętym mieście Nawadwip - liczyły na pocieszenie i odnalezienie sensu po utracie mężów.
Hamować zmysły, spać na podłodze
Według tradycji bramińskiej kobieta staje się istotą społeczną dopiero po wyjściu za mąż. Jej obowiązkiem jest służba mężowi oraz dostarczenie mu męskiego potomka. Po śmierci męża zwierzęca, nieujarzmiona seksualność wdów, szczególnie młodych, staje się zagrożeniem dla honoru rodziny zmarłego i całego społeczeństwa. Dlatego wszystkie rytuały związane z owdowieniem skupiają się na pozbawieniu kobiety symboli witalności i potencji. Golenie głowy, pozbycie się wszelkich oznak małżeństwa, takich jak: bransoletki, tilaka (kropka na czole), sindoora (czerwony proszek wcierany w przedziałek), zakaz noszenia kolorowych ubrań, jedzenia ciepłych pokarmów mają zamienić ją w nieszkodliwą, wierną zmarłemu mężowi ascetkę. Dharmaśastry, indyjskie księgi normujące prawa i obyczaje, są bezwzględne: 'Wdowa powinna zrezygnować z żucia betelu, używania perfum, ozdób, jedzenia z naczyń zrobionych z brązu, jedzenia dwóch posiłków dziennie, powinna nosić tylko białe ubrania, hamować zmysły i gniew oraz spać na podłodze'. Alternatywą dla ascezy był lewirat, czyli poślubienie szwagra. Pomiędzy III a V-VI wiekiem n.e. pojawiło się w świętych tekstach jeszcze jedno wyjście - anwarohana popularnie zwana sati, czyli śmierć u boku kremowanego męża. I choć dharmaśastry dotyczą kasty bramińskiej, stopniowo zaczęły przenikać do niższych kast. Uzależnienie od męża potęguje system dziedziczenia. Prawo z 1956 roku i poprawka z 2005 zapewniają co prawda kobietom pełnię praw własności i dziedziczenia, ale prawo zwyczajowe jest w Indiach silniejsze. W praktyce kobiety bardzo rzadko stają się właścicielkami i spadkobierczyniami. Wdowy, które nie mają dorosłych synów, zostają zmuszone do dzielenia się wpływami bądź zrezygnowania z ziemi na rzecz braci męża. Czasem rodzina wypędza wdowę, zabiera jej część namową, podstępem lub groźbą. Dla wielu z nich pielgrzymka to jedyne wyjście.
Sulati Dasi. Zła macocha i demony
Uroda Sulati kusiła jak diament. Gdy miała 15 lat, w obawie przed porwaniem rodzina zabrała ją ze szkoły i wyznaczyła braciom dyżury opieki nad siostrą. Babathan, najprzystojniejszy chłopak w okolicy, przydomek 'Złotko', był jednak sprytniejszy. Najpierw dziewczynę rozkochał, a potem uknuł plan ucieczki. Po trzech miesiącach wydało się, że Sulati jest w ciąży. - Za namową mojej mamy, która nie była zadowolona z małżeństwa z Babathanem, szaman dał mi coś na poronienie, ale nigdy tego nie połknęłam. Mały urodził się piękny i zdrowy. Kilka dni po porodzie Sulati dowiedziała się, że jej mąż ma romans z córką policjanta. Zrozpaczona wróciła z dzieckiem do rodziców, gdzie po miesiącu dotarła do niej wiadomość o śmierci męża. Teściowa o śmierć syna obwiniła Sulati, a następnego dnia po pogrzebie wypędziła ją z domu. Zlitował się nad nią kuzyn, który pozwolił jej zamieszkać w małej chatce na swoim terenie. Zgodnie ze zwyczajem ziemia, którą posiadał mąż, powinna przejść na rzecz wdowy, a potem syna, gdy ten dorośnie, ale rodzina męża natychmiast zajęła ziemię, oferując Sulati 400 rupii (28 zł) w zamian za to, że się jej zrzeknie i na zawsze opuści wioskę. - 100 dałam na świątynię, 150 bratu za działkę, na której zamieszkałam, zostało mi 150 rupii. Zarabiałam szyciem ubrań. I czekałam, aż syn dorośnie. Gdy miał 21 lat, znalazłam mu żonę i wyjechałam na pielgrzymkę, z której nigdy nie wróciłam.
Sumitra. Kryszna wychodzi z obrazu
Mąż Sumitry przez całe życie był jej obojętny. Kiedy się dowiedziała, że umarł, nie płakała. Poznali się w dniu ślubu. Mani miał 40 lat, ona - 13. To był koniec jej dzieciństwa. Zaraz po ceremonii przeniosła się do jego mieszkania. Wzięła ze sobą skromną biżuterię i torbę ubrań. Posag był skromny, bo i u rodziców Sumitry się nie przelewało. Na dodatek szybko zniknął, bo Mani, zamiast pracować, sprzedawał wszystko, co było w domu. Oczekiwał, że to ona będzie prowadzić dom i zarabiać jednocześnie. On spędzał całe dnie, paląc bidi (ręcznie skręcane papierosy) i żując liście betelu. Po trzech latach zdecydowała się odejść. Kiedy się pakowała, Mani spał. Przebudził się, gdy stała w drzwiach. - Wychodzę na godzinę - rzuciła niby od niechcenia. Chwilę później co sił w nogach biegła przez pola. Rodzice przyjęli ją do siebie, ale nie pod wspólny dach. Zamieszkała w specjalnie dla niej wybudowanej chatce z bambusa. Pewnego dnia ludzie przynieśli wieści o śmierci jej męża. Zdjęła biżuterię i zaczęła się ubierać w proste ubrania, ale na pogrzeb nie poszła. Przez 12 lat żyła z małego kawałka ziemi, była samotna i nieszczęśliwa. Wtedy ktoś opowiedział jej o miejscu, gdzie wdowy dostają za darmo jedzenie i wiodą bogate duchowo życie. I wtedy też przyśnił jej się Kryszna. Wyszedł z obrazu i zatańczył w rytm śpiewanej przez nią piosenki. Powiedział, że musi przyjechać do jego domu.
Dżal Devi. Chili i rezydencja rzeźników
Starszy o 17 lat mąż Dżal Devi potrafił uderzyć za to, że podała mleko rozcieńczone wodą. Ale ciężko pracował i powodziło im się coraz lepiej. Gdy umarł, natychmiast ją okradziono. Złodzieje przyszli w nocy, wynieśli pięć kilogramów srebra i pół kilograma złota. Zabrali też masę kosztownych naczyń, które rozpruły torbę i znaczyły drogę do domu złodziei. - Policja zbiła ich okropnie, natarła im odbyt papryką chili, ale rzeczy nie odzyskałam. Zaraz potem bracia męża przynieśli jej do podpisania czystą kartkę papieru. - Potrzebne do urzędu - wyjaśnili. Po kilku dniach dowiedziała się od sąsiadki, że jej dom został sprzedany. Zaśmiała się jej w twarz. Uwierzyła dopiero, gdy na progu stanął muzułmanin z aktem własności. Zamiast napisu 'rezydencja Mishra' nad drzwiami pojawił się napis 'rezydencja rzeźników'. Dla Dżal, która należy do kasty braminów i jest ścisłą wegetarianką, był to podwójny cios. Dżal nie miała wyjścia, z dwójką dzieci zamieszkała u szwagra. Gdy umarła mu żona, przejęła opiekę nad jego dziećmi. Znalazła im żony, dbała o nie jak o swoje, ale żadne się nią nie interesuje. Z trzech jej synów dwóch nie żyje. Najmłodszy umarł w dzieciństwie na różyczkę, średni został otruty, a najstarszy, rolnik, ma bardzo kłótliwą żonę i nie interesuje go los matki. Albo na odwrót - to średni syn żyje, a najstarszy padł ofiarą zazdrosnych o awans kolegów z pracy. Dżal gubi się we wspomnieniach, ale to rodzina pierwsza uznała ją za zbędny bagaż i wyrzuciła z pamięci. Więc pewnego dnia odeszła.
Badżan aśrama
W badaniu przeprowadzonym przez organizację pozarządową Guild of Service prawie 70 proc. wdów podało potrzeby religijne jako powód przyjazdu do Wrindawany. Religia jest dla wielu z nich jedynym sposobem na odzyskanie godności. Na drugim miejscu usytuowały niezależne życie. Na trzecim pojawił się nowy element - udogodnienia dla wdów. Cztery godziny śpiewania badżanów (pieśni religijnych), ciepły posiłek, przerwa. I znowu cztery godziny śpiewania plus wykład o życiu duchowym. Na koniec rozdanie porcji nieugotowanego ryżu i soczewicy oraz 'wypłata' (6 rupii plus datki z całego dnia). Tak wygląda codzienny grafik w badżan aśramie prowadzonej przez Murariego Lal Sharmę w Rhadakund oraz przeciętny dzień 175 wdów, które do niego uczęszczają. - Dzisiaj przyszło 40 kobiet, jeśli dacie 80 rupii, każda z nich dostanie na koniec dnia po dwie rupie - zachęca i wyciąga olbrzymią księgę, w której zapisuje wszystkie datki. - W tym miesiącu mam do rozdania 52 tys. rupii, średnie wpływy z darowizn to 100 tys. miesięcznie - tłumaczy uprzejmie. Gdy chcemy zrobić zdjęcie, wyciąga ze świątyni dwie najstarsze i najbardziej schorowane kobiety. Badżan aśrama to idea społecznika Setha Jankidasa Patodii z roku 1914 wymyślona po to, by ratować żyjące w skrajnym ubóstwie wdowy. Obecne badżan aśramy z rzadka są instytucjami charytatywnymi, większość to dobrze prosperujący biznes prywatnych właścicieli, którzy wdowy traktują jak pracownice w sweatshopie.
Siedem kołder
Sześć lat temu Murari do zdjęcia wyciągnąłby zapewne Sulati Dasi, wdowę po 'Złotku', dziś 96-latkę. - Do tej badżan aśramy chodziłam przez 38 lat, grałam na bębnach, śpiewałam. Ale nie mam już siły, to ciężka praca tak siedzieć i śpiewać osiem godzin dziennie - opowiada Sulati. - Ostatni właściciel pan Murari nie był dla nas dobry. Nie wpuszcza bardzo starych. Gdy ktoś zasypia, popycha lub oblewa wodą. Sulati trafiła do Radhakund koło Wrindawany, gdy miała 52 lata. Najpierw z rodzinnej wioski pojechała na pielgrzymkę do Nawadwipu. Tam obcięła włosy. - Na pamiątkę mojego męża, z którym nie było mi dane żyć długo - powiedziała, wrzucając włosy do rzeki, i postanowiła nie wracać do domu. Zatrzymała się u guru, z którym kilka miesięcy później pojechała do Radhakund. To on załatwił jej miejsce w badżan aśramie. Po roku zaczęła dostawać listy od syna. Pisał, że chce przyjechać. Odpisała mu, że nie może z nią zamieszkać w świątyni, bo to miejsce dla zakonników. Zanim otrzymał odpowiedź, wyruszył do Radhakund. Sulati była załamana - w jaki sposób utrzyma siebie i syna z rodziną? Znalazła mu pracę w fabryce, ale wszystko przepuszczał na głupoty. Kiedy synowa urodziła drugie dziecko, bezskutecznie namawiała ją, żeby chodziła do badżan aśramy. Sulati oszczędzała każdą rupię, którą dostała w aśramie, żebrała też na ulicy. Sytuację poprawiały dary. - W ciągu roku potrafiłam uzbierać nawet siedem kołder. Dostawałam ubrania, buty, naczynia. Tutaj moje dochody były dużo większe niż w rodzinnej wiosce.
Ludzie sami dają mi pieniądze
Sześć lat temu Sulati zamieszkała ze swoją rodziną. - Babcia wolałaby zostać w aśramie, ale jest już za stara na samodzielne życie. Nadszedł czas odpłacenia jej za wszystko, co dla nas zrobiła - deklaruje wnuczek Lalit. Po kilku latach mieszkania z synem i jego rodziną w malutkim pokoju Sulati zdołała kupić ziemię, na której wybudowali chatę. Kiedy syn się wyprowadził, poczuła ogromną ulgę, ale nadal pomagała im w utrzymaniu. Co dwa lata chatka się rozwalała i trzeba było budować nową lub remontować. Gdy Lalit wrócił ze studiów, wybudował dwupiętrowy murowany dom. - Ma u nas wszystko, ale nadal czasem wychodzi na ulicę - dodaje Lalit po chwili. - Ja nie żebrzę, siedzę z siostrami i patrzę na ludzi, sami dają mi pieniądze - tłumaczy babcia. Rodzina Sulati nie jest wyjątkiem, wiele rodzin ściąga do Wrindawany i okolic w nadziei na zarobek. 25-letnia Shilpa z Bengalu Zachodniego po śmierci męża dołączyła do rodziny, która we Wrindawanie mieszka od lat. Bracia znaleźli pracę w sierocińcu, mama chodzi do badżan aśramy, mimo że tata Shilpy żyje i pracuje dorywczo na budowach.
Owdowiała córka nie miała ani grosza, ponieważ wszystkie oszczędności poszły na leczenie męża chorego na nowotwór. Teraz opiekuje się małym synkiem i domem, nie chce iść do badżan aśramy. - Bracia i tak by mi nie pozwolili, młode dziewczyny nie są tam bezpieczne - tłumaczy.
Mężczyźni źle mi się kojarzą
56-letnia Sumitra, żeby zaoszczędzić na przyjazd do Wrindawany, zatrudniła się przy budowie dróg. - Nosiłam na głowie wiadra z ziemią. Dzięki tej pracy udało mi się odłożyć 17 tys. rupii (około 1,4 tys. zł) - opowiada Sumitra. Oszczędności, niestety, stopniały jak lód. - Mój organizm nie wytrzymał. Rozchorowałam się na płuca i musiałam wydać 15 tys. na leczenie - opowiada. Wtedy poszła żebrać po ludziach. - Chodziłam od domu do domu i błagałam o pomoc. Ludzie dawali po 10, 20, 100 rupii. W ten sposób uzbierałam 3 tys. - opowiada. Do miasta wdów pojechała z żoną dopiero co zmarłego szwagra. - Ona chciała wyrzucić prochy męża w świętym miejscu, ja - zacząć nowe życie. Na kilka nocy zatrzymałam się u znajomych, później znalazłam ten pokój - opowiada, wskazując ciemną klitkę. Nowe miejsce, nowe życie - to może i nowe małżeństwo? - Przenigdy! - wykrzykuje Sumitra. - Mój mąż tak skutecznie obrzydził mi życie rodzinne, że postanowiłam, że nigdy się już z nikim nie zwiążę. Unikam mężczyzn, źle mi się kojarzą - krzywi się. Dziś, kiedy śpiewa i gra na bębnach w badżan aśramie, czuje, jak się zatraca, po policzkach płyną jej łzy. - Kiedy śpiewam pieśni dla Kryszny, nie potrzebuję nawet jedzenia - przekonuje, a po chwili dodaje: - Na robotach zarabiałam więcej, ale to była ciężka, niewolnicza praca. Tutaj jest inaczej. Dobrze mi z takim prostym, duchowym życiem. Czasami ktoś z wioski Sumitry przychodzi z pielgrzymką i przynosi jej list od rodziny. Później ta sama osoba pisze za nią odpowiedź. Jedno zdanie, a pod spodem lista imion tych, których chce pozdrowić.
Sumitra tęskni, ale czuje, że podjęła słuszną decyzję. - Wierzę, że jeśli umrę jako dobry człowiek, to następnym razem dostanę lepsze życie - tłumaczy z uśmiechem.
Wrindawana - 4 tys. świątyń, 56 tys. mieszkańców, w tym prawie 20 tys. wdów. Żyją w schroniskach, wynajmują pokoje, śpią na ulicy. Pochodzą z różnych klas i kast. Razem jedzą, razem się modlą, razem kąpią się w świętej rzece Jamunie. Większość ma ten sam sposób na życie - żebrzą i z namalowanymi na czołach żółtymi znakami oddają się Krysznie. Wrindawana wraz z okolicami to centrum wisznuizmu - hinduistycznej tradycji, której podstawowym elementem jest czczenie boga Wisznu i Kryszny - jego inkarnacji. Wdowy przyjeżdżają ze wszystkich stanów Indii. Zdecydowaną większość stanowią Bengalki. Zaczęły tu przyjeżdżać już w XVI wieku w ślad za pochodzącym z Bengalu Zachodniego założycielem ruchu wisznuitów Ćaijtanją Mahaprabhu. Jadąc do Wrindawany i zatrzymując się po drodze w miejscu urodzenia mistrza - świętym mieście Nawadwip - liczyły na pocieszenie i odnalezienie sensu po utracie mężów.
Hamować zmysły, spać na podłodze
Według tradycji bramińskiej kobieta staje się istotą społeczną dopiero po wyjściu za mąż. Jej obowiązkiem jest służba mężowi oraz dostarczenie mu męskiego potomka. Po śmierci męża zwierzęca, nieujarzmiona seksualność wdów, szczególnie młodych, staje się zagrożeniem dla honoru rodziny zmarłego i całego społeczeństwa. Dlatego wszystkie rytuały związane z owdowieniem skupiają się na pozbawieniu kobiety symboli witalności i potencji. Golenie głowy, pozbycie się wszelkich oznak małżeństwa, takich jak: bransoletki, tilaka (kropka na czole), sindoora (czerwony proszek wcierany w przedziałek), zakaz noszenia kolorowych ubrań, jedzenia ciepłych pokarmów mają zamienić ją w nieszkodliwą, wierną zmarłemu mężowi ascetkę. Dharmaśastry, indyjskie księgi normujące prawa i obyczaje, są bezwzględne: 'Wdowa powinna zrezygnować z żucia betelu, używania perfum, ozdób, jedzenia z naczyń zrobionych z brązu, jedzenia dwóch posiłków dziennie, powinna nosić tylko białe ubrania, hamować zmysły i gniew oraz spać na podłodze'. Alternatywą dla ascezy był lewirat, czyli poślubienie szwagra. Pomiędzy III a V-VI wiekiem n.e. pojawiło się w świętych tekstach jeszcze jedno wyjście - anwarohana popularnie zwana sati, czyli śmierć u boku kremowanego męża. I choć dharmaśastry dotyczą kasty bramińskiej, stopniowo zaczęły przenikać do niższych kast. Uzależnienie od męża potęguje system dziedziczenia. Prawo z 1956 roku i poprawka z 2005 zapewniają co prawda kobietom pełnię praw własności i dziedziczenia, ale prawo zwyczajowe jest w Indiach silniejsze. W praktyce kobiety bardzo rzadko stają się właścicielkami i spadkobierczyniami. Wdowy, które nie mają dorosłych synów, zostają zmuszone do dzielenia się wpływami bądź zrezygnowania z ziemi na rzecz braci męża. Czasem rodzina wypędza wdowę, zabiera jej część namową, podstępem lub groźbą. Dla wielu z nich pielgrzymka to jedyne wyjście.
Sulati Dasi. Zła macocha i demony
Uroda Sulati kusiła jak diament. Gdy miała 15 lat, w obawie przed porwaniem rodzina zabrała ją ze szkoły i wyznaczyła braciom dyżury opieki nad siostrą. Babathan, najprzystojniejszy chłopak w okolicy, przydomek 'Złotko', był jednak sprytniejszy. Najpierw dziewczynę rozkochał, a potem uknuł plan ucieczki. Po trzech miesiącach wydało się, że Sulati jest w ciąży. - Za namową mojej mamy, która nie była zadowolona z małżeństwa z Babathanem, szaman dał mi coś na poronienie, ale nigdy tego nie połknęłam. Mały urodził się piękny i zdrowy. Kilka dni po porodzie Sulati dowiedziała się, że jej mąż ma romans z córką policjanta. Zrozpaczona wróciła z dzieckiem do rodziców, gdzie po miesiącu dotarła do niej wiadomość o śmierci męża. Teściowa o śmierć syna obwiniła Sulati, a następnego dnia po pogrzebie wypędziła ją z domu. Zlitował się nad nią kuzyn, który pozwolił jej zamieszkać w małej chatce na swoim terenie. Zgodnie ze zwyczajem ziemia, którą posiadał mąż, powinna przejść na rzecz wdowy, a potem syna, gdy ten dorośnie, ale rodzina męża natychmiast zajęła ziemię, oferując Sulati 400 rupii (28 zł) w zamian za to, że się jej zrzeknie i na zawsze opuści wioskę. - 100 dałam na świątynię, 150 bratu za działkę, na której zamieszkałam, zostało mi 150 rupii. Zarabiałam szyciem ubrań. I czekałam, aż syn dorośnie. Gdy miał 21 lat, znalazłam mu żonę i wyjechałam na pielgrzymkę, z której nigdy nie wróciłam.
Sumitra. Kryszna wychodzi z obrazu
Mąż Sumitry przez całe życie był jej obojętny. Kiedy się dowiedziała, że umarł, nie płakała. Poznali się w dniu ślubu. Mani miał 40 lat, ona - 13. To był koniec jej dzieciństwa. Zaraz po ceremonii przeniosła się do jego mieszkania. Wzięła ze sobą skromną biżuterię i torbę ubrań. Posag był skromny, bo i u rodziców Sumitry się nie przelewało. Na dodatek szybko zniknął, bo Mani, zamiast pracować, sprzedawał wszystko, co było w domu. Oczekiwał, że to ona będzie prowadzić dom i zarabiać jednocześnie. On spędzał całe dnie, paląc bidi (ręcznie skręcane papierosy) i żując liście betelu. Po trzech latach zdecydowała się odejść. Kiedy się pakowała, Mani spał. Przebudził się, gdy stała w drzwiach. - Wychodzę na godzinę - rzuciła niby od niechcenia. Chwilę później co sił w nogach biegła przez pola. Rodzice przyjęli ją do siebie, ale nie pod wspólny dach. Zamieszkała w specjalnie dla niej wybudowanej chatce z bambusa. Pewnego dnia ludzie przynieśli wieści o śmierci jej męża. Zdjęła biżuterię i zaczęła się ubierać w proste ubrania, ale na pogrzeb nie poszła. Przez 12 lat żyła z małego kawałka ziemi, była samotna i nieszczęśliwa. Wtedy ktoś opowiedział jej o miejscu, gdzie wdowy dostają za darmo jedzenie i wiodą bogate duchowo życie. I wtedy też przyśnił jej się Kryszna. Wyszedł z obrazu i zatańczył w rytm śpiewanej przez nią piosenki. Powiedział, że musi przyjechać do jego domu.
Dżal Devi. Chili i rezydencja rzeźników
Starszy o 17 lat mąż Dżal Devi potrafił uderzyć za to, że podała mleko rozcieńczone wodą. Ale ciężko pracował i powodziło im się coraz lepiej. Gdy umarł, natychmiast ją okradziono. Złodzieje przyszli w nocy, wynieśli pięć kilogramów srebra i pół kilograma złota. Zabrali też masę kosztownych naczyń, które rozpruły torbę i znaczyły drogę do domu złodziei. - Policja zbiła ich okropnie, natarła im odbyt papryką chili, ale rzeczy nie odzyskałam. Zaraz potem bracia męża przynieśli jej do podpisania czystą kartkę papieru. - Potrzebne do urzędu - wyjaśnili. Po kilku dniach dowiedziała się od sąsiadki, że jej dom został sprzedany. Zaśmiała się jej w twarz. Uwierzyła dopiero, gdy na progu stanął muzułmanin z aktem własności. Zamiast napisu 'rezydencja Mishra' nad drzwiami pojawił się napis 'rezydencja rzeźników'. Dla Dżal, która należy do kasty braminów i jest ścisłą wegetarianką, był to podwójny cios. Dżal nie miała wyjścia, z dwójką dzieci zamieszkała u szwagra. Gdy umarła mu żona, przejęła opiekę nad jego dziećmi. Znalazła im żony, dbała o nie jak o swoje, ale żadne się nią nie interesuje. Z trzech jej synów dwóch nie żyje. Najmłodszy umarł w dzieciństwie na różyczkę, średni został otruty, a najstarszy, rolnik, ma bardzo kłótliwą żonę i nie interesuje go los matki. Albo na odwrót - to średni syn żyje, a najstarszy padł ofiarą zazdrosnych o awans kolegów z pracy. Dżal gubi się we wspomnieniach, ale to rodzina pierwsza uznała ją za zbędny bagaż i wyrzuciła z pamięci. Więc pewnego dnia odeszła.
Badżan aśrama
W badaniu przeprowadzonym przez organizację pozarządową Guild of Service prawie 70 proc. wdów podało potrzeby religijne jako powód przyjazdu do Wrindawany. Religia jest dla wielu z nich jedynym sposobem na odzyskanie godności. Na drugim miejscu usytuowały niezależne życie. Na trzecim pojawił się nowy element - udogodnienia dla wdów. Cztery godziny śpiewania badżanów (pieśni religijnych), ciepły posiłek, przerwa. I znowu cztery godziny śpiewania plus wykład o życiu duchowym. Na koniec rozdanie porcji nieugotowanego ryżu i soczewicy oraz 'wypłata' (6 rupii plus datki z całego dnia). Tak wygląda codzienny grafik w badżan aśramie prowadzonej przez Murariego Lal Sharmę w Rhadakund oraz przeciętny dzień 175 wdów, które do niego uczęszczają. - Dzisiaj przyszło 40 kobiet, jeśli dacie 80 rupii, każda z nich dostanie na koniec dnia po dwie rupie - zachęca i wyciąga olbrzymią księgę, w której zapisuje wszystkie datki. - W tym miesiącu mam do rozdania 52 tys. rupii, średnie wpływy z darowizn to 100 tys. miesięcznie - tłumaczy uprzejmie. Gdy chcemy zrobić zdjęcie, wyciąga ze świątyni dwie najstarsze i najbardziej schorowane kobiety. Badżan aśrama to idea społecznika Setha Jankidasa Patodii z roku 1914 wymyślona po to, by ratować żyjące w skrajnym ubóstwie wdowy. Obecne badżan aśramy z rzadka są instytucjami charytatywnymi, większość to dobrze prosperujący biznes prywatnych właścicieli, którzy wdowy traktują jak pracownice w sweatshopie.
Siedem kołder
Sześć lat temu Murari do zdjęcia wyciągnąłby zapewne Sulati Dasi, wdowę po 'Złotku', dziś 96-latkę. - Do tej badżan aśramy chodziłam przez 38 lat, grałam na bębnach, śpiewałam. Ale nie mam już siły, to ciężka praca tak siedzieć i śpiewać osiem godzin dziennie - opowiada Sulati. - Ostatni właściciel pan Murari nie był dla nas dobry. Nie wpuszcza bardzo starych. Gdy ktoś zasypia, popycha lub oblewa wodą. Sulati trafiła do Radhakund koło Wrindawany, gdy miała 52 lata. Najpierw z rodzinnej wioski pojechała na pielgrzymkę do Nawadwipu. Tam obcięła włosy. - Na pamiątkę mojego męża, z którym nie było mi dane żyć długo - powiedziała, wrzucając włosy do rzeki, i postanowiła nie wracać do domu. Zatrzymała się u guru, z którym kilka miesięcy później pojechała do Radhakund. To on załatwił jej miejsce w badżan aśramie. Po roku zaczęła dostawać listy od syna. Pisał, że chce przyjechać. Odpisała mu, że nie może z nią zamieszkać w świątyni, bo to miejsce dla zakonników. Zanim otrzymał odpowiedź, wyruszył do Radhakund. Sulati była załamana - w jaki sposób utrzyma siebie i syna z rodziną? Znalazła mu pracę w fabryce, ale wszystko przepuszczał na głupoty. Kiedy synowa urodziła drugie dziecko, bezskutecznie namawiała ją, żeby chodziła do badżan aśramy. Sulati oszczędzała każdą rupię, którą dostała w aśramie, żebrała też na ulicy. Sytuację poprawiały dary. - W ciągu roku potrafiłam uzbierać nawet siedem kołder. Dostawałam ubrania, buty, naczynia. Tutaj moje dochody były dużo większe niż w rodzinnej wiosce.
Ludzie sami dają mi pieniądze
Sześć lat temu Sulati zamieszkała ze swoją rodziną. - Babcia wolałaby zostać w aśramie, ale jest już za stara na samodzielne życie. Nadszedł czas odpłacenia jej za wszystko, co dla nas zrobiła - deklaruje wnuczek Lalit. Po kilku latach mieszkania z synem i jego rodziną w malutkim pokoju Sulati zdołała kupić ziemię, na której wybudowali chatę. Kiedy syn się wyprowadził, poczuła ogromną ulgę, ale nadal pomagała im w utrzymaniu. Co dwa lata chatka się rozwalała i trzeba było budować nową lub remontować. Gdy Lalit wrócił ze studiów, wybudował dwupiętrowy murowany dom. - Ma u nas wszystko, ale nadal czasem wychodzi na ulicę - dodaje Lalit po chwili. - Ja nie żebrzę, siedzę z siostrami i patrzę na ludzi, sami dają mi pieniądze - tłumaczy babcia. Rodzina Sulati nie jest wyjątkiem, wiele rodzin ściąga do Wrindawany i okolic w nadziei na zarobek. 25-letnia Shilpa z Bengalu Zachodniego po śmierci męża dołączyła do rodziny, która we Wrindawanie mieszka od lat. Bracia znaleźli pracę w sierocińcu, mama chodzi do badżan aśramy, mimo że tata Shilpy żyje i pracuje dorywczo na budowach.
Owdowiała córka nie miała ani grosza, ponieważ wszystkie oszczędności poszły na leczenie męża chorego na nowotwór. Teraz opiekuje się małym synkiem i domem, nie chce iść do badżan aśramy. - Bracia i tak by mi nie pozwolili, młode dziewczyny nie są tam bezpieczne - tłumaczy.
Mężczyźni źle mi się kojarzą
56-letnia Sumitra, żeby zaoszczędzić na przyjazd do Wrindawany, zatrudniła się przy budowie dróg. - Nosiłam na głowie wiadra z ziemią. Dzięki tej pracy udało mi się odłożyć 17 tys. rupii (około 1,4 tys. zł) - opowiada Sumitra. Oszczędności, niestety, stopniały jak lód. - Mój organizm nie wytrzymał. Rozchorowałam się na płuca i musiałam wydać 15 tys. na leczenie - opowiada. Wtedy poszła żebrać po ludziach. - Chodziłam od domu do domu i błagałam o pomoc. Ludzie dawali po 10, 20, 100 rupii. W ten sposób uzbierałam 3 tys. - opowiada. Do miasta wdów pojechała z żoną dopiero co zmarłego szwagra. - Ona chciała wyrzucić prochy męża w świętym miejscu, ja - zacząć nowe życie. Na kilka nocy zatrzymałam się u znajomych, później znalazłam ten pokój - opowiada, wskazując ciemną klitkę. Nowe miejsce, nowe życie - to może i nowe małżeństwo? - Przenigdy! - wykrzykuje Sumitra. - Mój mąż tak skutecznie obrzydził mi życie rodzinne, że postanowiłam, że nigdy się już z nikim nie zwiążę. Unikam mężczyzn, źle mi się kojarzą - krzywi się. Dziś, kiedy śpiewa i gra na bębnach w badżan aśramie, czuje, jak się zatraca, po policzkach płyną jej łzy. - Kiedy śpiewam pieśni dla Kryszny, nie potrzebuję nawet jedzenia - przekonuje, a po chwili dodaje: - Na robotach zarabiałam więcej, ale to była ciężka, niewolnicza praca. Tutaj jest inaczej. Dobrze mi z takim prostym, duchowym życiem. Czasami ktoś z wioski Sumitry przychodzi z pielgrzymką i przynosi jej list od rodziny. Później ta sama osoba pisze za nią odpowiedź. Jedno zdanie, a pod spodem lista imion tych, których chce pozdrowić.
Sumitra tęskni, ale czuje, że podjęła słuszną decyzję. - Wierzę, że jeśli umrę jako dobry człowiek, to następnym razem dostanę lepsze życie - tłumaczy z uśmiechem.
Ostatni dom Dżal Devi
W pierwszej chwili usytuowany z dala od miejskiego zgiełku domdla wdów Aamar Bari (w hindi - Nasz Dom) robi wrażenie luksusowej rezydencji. Mieści się w zabytkowej posiadłości (haveli) podarowanej organizacji Guild of Service w 1998 roku przez lokalnego biznesmena. Wtedy zamieszkało tu sześć wdów, dziś jest ich 120. Życie płynie tu powoli. Część wdów spędza czas na rozmowach, część lepi kadzidełka dla pobliskiej świątyni. Na dźwięk uderzeń łyżki w garnek wdowy zbierają się na dziedzińcu z metalowymi talerzami, na które wolontariuszka nakłada po porcji potrawki z soczewicy i łyżkę ryżu. Na obiad zbiera się jednak tylko część lokatorek. Na tyłach schroniska znajdują się rzędy klaustrofobicznych klitek bez okien. Tam najstarsze i najbardziej chore wdowy spędzają ostatnie dni życia. Z trudem wstają ze swoich prycz, potrzeby fizjologiczne załatwiają do wiader, a w czasie posiłku widać tylko ich pałąkowate, wystające zza drzwi ręce z trudem utrzymujące puste miski. Dżal Devi, 95-letnia braminka z Agry, dołączyła do nich prawie rok temu. Pewnego dnia wsiadła do pociągu do Wrindawany, konduktor pozwolił jej jechać bez biletu. Znalazła znajomych ze wspólnoty, którzy po kilku dniach zaprowadzili ją do Aamar Bari. - Nie miałam gdzie pójść. Chciałam chodzić do badżan aśramy, ale nogi mi puchły i nie dawałam rady. Trafiłam więc tutaj i tutaj zostanę - żali się.
Uzależnione od dobroczynności
Kiedy na znajdującym się tuż za inkrustowaną bramą rozświetlonym dziedzińcu pojawia się Mohini Giri, wśród mieszkających w Aamar Bari wdów wybucha euforia. Padają swojej dobrodziejce do stóp, całują po rękach i śpiewają na jej cześć. Onieśmielona i wzruszona od razu przechodzi do konkretów. - Problemem nie jest jedynie tradycja, brak opieki emerytalnej i obawa, że samotne kobiety mogłyby być atrakcyjne seksualnie dla innych członków rodziny. Najgorsze jest uzależnienie ekonomiczne. Opublikowany w 1996 roku raport ujawnił, że wdowy z Wrindawany i okolic są wykorzystywane do prostytucji. Próbujemy temu zaradzić, ścigamy ludzi, którzy im to robią. Edukujemy też kobiety, żeby wiedziały, że to z biedy stają się prostytutkami - wyjaśnia szefowa organizacji Guild of Service. Ale jest też druga strona medalu. - Wiele wdów przyjeżdża tu dziś dla dochodu. Część z nich uzależniła się od pomocy charytatywnej. Żyją dzięki ludziom wierzącym, że dobroczynność jest w stanie oczyścić ich z grzechu - tłumaczy. Mohini Giri stara się za wszelką cenę wyprowadzić wdowy z tej ślepej uliczki: - Muszą stanąć na własnych nogach! Dlatego naciskamy, aby rząd Indii wspierał egzekwowanie prawa kobiet do własności. Ważne jest też, żeby wdowy nabywały umiejętności, dzięki którym będą mogły zdobyć wiarę w siebie i ekonomiczną niezależność.
Prawo do czerwonej kropki
Czerwony znak na czole Hindusek zazwyczaj nie budzi kontrowersji. W przypadku Mohini Giri jest inaczej. Kropka na jej czole, symbol bycia zamężną, jest większy. Tak jakby chciała, żeby wszyscy go zauważyli. Jest wdową od 15 lat. - Byłam samodzielną kobietą, więc byłam na to przygotowana - wspomina. Po śmierci męża Giri nie zmieniła sposobu ubierania się, nie zrezygnowała z biżuterii. - To wszystko jest w naszych głowach - tłumaczy. - Chociażby ponowne zamążpójście wdów. Prawo zezwala na to od 1856 roku, tymczasem według przeprowadzonego przez nas badania 90 proc. mieszkanek Wrindawany wyraża wobec niego zdecydowany sprzeciw. Wdowy mieszkające w Aamar Bari noszą kolorowe ubrania, bransoletki, przyklejają sobie tilakę. To pierwszy bardzo ważny krok.
W pierwszej chwili usytuowany z dala od miejskiego zgiełku domdla wdów Aamar Bari (w hindi - Nasz Dom) robi wrażenie luksusowej rezydencji. Mieści się w zabytkowej posiadłości (haveli) podarowanej organizacji Guild of Service w 1998 roku przez lokalnego biznesmena. Wtedy zamieszkało tu sześć wdów, dziś jest ich 120. Życie płynie tu powoli. Część wdów spędza czas na rozmowach, część lepi kadzidełka dla pobliskiej świątyni. Na dźwięk uderzeń łyżki w garnek wdowy zbierają się na dziedzińcu z metalowymi talerzami, na które wolontariuszka nakłada po porcji potrawki z soczewicy i łyżkę ryżu. Na obiad zbiera się jednak tylko część lokatorek. Na tyłach schroniska znajdują się rzędy klaustrofobicznych klitek bez okien. Tam najstarsze i najbardziej chore wdowy spędzają ostatnie dni życia. Z trudem wstają ze swoich prycz, potrzeby fizjologiczne załatwiają do wiader, a w czasie posiłku widać tylko ich pałąkowate, wystające zza drzwi ręce z trudem utrzymujące puste miski. Dżal Devi, 95-letnia braminka z Agry, dołączyła do nich prawie rok temu. Pewnego dnia wsiadła do pociągu do Wrindawany, konduktor pozwolił jej jechać bez biletu. Znalazła znajomych ze wspólnoty, którzy po kilku dniach zaprowadzili ją do Aamar Bari. - Nie miałam gdzie pójść. Chciałam chodzić do badżan aśramy, ale nogi mi puchły i nie dawałam rady. Trafiłam więc tutaj i tutaj zostanę - żali się.
Uzależnione od dobroczynności
Kiedy na znajdującym się tuż za inkrustowaną bramą rozświetlonym dziedzińcu pojawia się Mohini Giri, wśród mieszkających w Aamar Bari wdów wybucha euforia. Padają swojej dobrodziejce do stóp, całują po rękach i śpiewają na jej cześć. Onieśmielona i wzruszona od razu przechodzi do konkretów. - Problemem nie jest jedynie tradycja, brak opieki emerytalnej i obawa, że samotne kobiety mogłyby być atrakcyjne seksualnie dla innych członków rodziny. Najgorsze jest uzależnienie ekonomiczne. Opublikowany w 1996 roku raport ujawnił, że wdowy z Wrindawany i okolic są wykorzystywane do prostytucji. Próbujemy temu zaradzić, ścigamy ludzi, którzy im to robią. Edukujemy też kobiety, żeby wiedziały, że to z biedy stają się prostytutkami - wyjaśnia szefowa organizacji Guild of Service. Ale jest też druga strona medalu. - Wiele wdów przyjeżdża tu dziś dla dochodu. Część z nich uzależniła się od pomocy charytatywnej. Żyją dzięki ludziom wierzącym, że dobroczynność jest w stanie oczyścić ich z grzechu - tłumaczy. Mohini Giri stara się za wszelką cenę wyprowadzić wdowy z tej ślepej uliczki: - Muszą stanąć na własnych nogach! Dlatego naciskamy, aby rząd Indii wspierał egzekwowanie prawa kobiet do własności. Ważne jest też, żeby wdowy nabywały umiejętności, dzięki którym będą mogły zdobyć wiarę w siebie i ekonomiczną niezależność.
Prawo do czerwonej kropki
Czerwony znak na czole Hindusek zazwyczaj nie budzi kontrowersji. W przypadku Mohini Giri jest inaczej. Kropka na jej czole, symbol bycia zamężną, jest większy. Tak jakby chciała, żeby wszyscy go zauważyli. Jest wdową od 15 lat. - Byłam samodzielną kobietą, więc byłam na to przygotowana - wspomina. Po śmierci męża Giri nie zmieniła sposobu ubierania się, nie zrezygnowała z biżuterii. - To wszystko jest w naszych głowach - tłumaczy. - Chociażby ponowne zamążpójście wdów. Prawo zezwala na to od 1856 roku, tymczasem według przeprowadzonego przez nas badania 90 proc. mieszkanek Wrindawany wyraża wobec niego zdecydowany sprzeciw. Wdowy mieszkające w Aamar Bari noszą kolorowe ubrania, bransoletki, przyklejają sobie tilakę. To pierwszy bardzo ważny krok.
Źródło: Wysokie Obcasy
Przeczytaj 9 komentarzy na Forum
-
Drugie życie wdowy
bez.imienna
26.08.08, 21:26
Może trochę nie w temacie, ale też odnośnie wdów. Nie rozumiem, dlaczego wszyscy się tak oburzają, jak wdowa próbuje sobie życie na nowo ułożyć. Ile czasu by nie upłynęło, to jest i tak »
W numerze z 13 marca
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień˝








