http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Huaxi - chiński raj

Janek i Ola Żdżarscy, Huaxi
17.08.2008 , aktualizacja: 19.08.2008 10:36
A A A Drukuj
Wioska Huaxi we wschodniej prowincji Jiangsu to komunistyczny raj, gdzie każdy ma swoją willę i auto Fot. East News Wioska Huaxi we wschodniej prowincji Jiangsu to komunistyczny raj, gdzie każdy ma swoją willę i auto
Zarabia w kapitalizmie, a dzieli zysk w komunizmie, po równo. Tak wymyślił w 1962 roku szef wioski Wu Renbao i tak jest do dziś
Pomnik papierosów, dzięki których produkcji wioska się wzbogaciła
Fot. Janek Żdżarski
Pomnik papierosów, dzięki których produkcji wioska się wzbogaciła
Wygodny domek i duże auto - jak w Ameryce. Ten dobrobyt przyjeżdżają oglądać ludzie z całych Chin
Fot. Janek Żdżarski
Wygodny domek i duże auto - jak w Ameryce. Ten dobrobyt przyjeżdżają oglądać ludzie z całych Chin
Makieta najbogatszej chińskiej wioski Huaxi eksponowana w specjalnie wybudowanej sali przeznaczonej na spotkania z turystami, ewentualnymi inwestorami i aparatczykami, którzy przyjeżdżają tu po nauki, jak tworzyć dobrobyt
Fot. Janek Żdżarski
Makieta najbogatszej chińskiej wioski Huaxi eksponowana w specjalnie wybudowanej sali przeznaczonej na spotkania z turystami, ewentualnymi inwestorami i aparatczykami, którzy przyjeżdżają tu po nauki, jak tworzyć dobrobyt
Salon w typowym domu 'wieśniaka' z Huaxi. Telewizor plazmowy i wygodne fotele 
to obowiązkowe sprzęty
Fot. East News
Salon w typowym domu 'wieśniaka' z Huaxi. Telewizor plazmowy i wygodne fotele to obowiązkowe sprzęty
Wu Renbao, który w 1962 r. podjął decyzję o wybudowaniu w wiosce Huaxi fabryki nylon
Fot. Janek Żdżarski
Wu Renbao, który w 1962 r. podjął decyzję o wybudowaniu w wiosce Huaxi fabryki nylon
ZOBACZ TAKŻE
Czy my śnimy? Przed nami eleganckie amerykańskie wille z kolorowymi dachami, a przed nimi luksusowe limuzyny. Przeszliśmy obok kopii Łuku Triumfalnego, Wielkiego Muru i amerykańskiego Kapitolu. Zaledwie przed trzema godzinami ruszyliśmy autokarem z Szanghaju i przejechaliśmy 200 km, nie wiedząc, co nas czeka. W planie było obejrzenie najbogatszej wioski Chin. Tak reklamowane jest Huaxi, czyli wioska, która już zbudowała socjalizm i gdzie nie ma ryżowisk, lecz są fabryki, i gdzie nie ma chat, tylko wille. Każdy Chińczyk wie - tak, to ta słynna wioska, kiedyś całe Chiny takie będą.

Nic w doświadczeniu Europejczyka nie przygotowuje na zetknięcie z Huaxi, komunistycznym Disneylandem. Ale wątpliwości nie było, bo już u samego wjazdu billboardy informowały: 'Witajcie w wiosce nr 1 na świecie'. Weszliśmy więc za bramę, szukając chińskiej wioski z naszych młodzieńczych lektur. Osnute delikatną mgłą pola ryżowe, na nich wieśniacy w słomianych stożkowych kapeluszach idą monotonnie za wołem. Pracują w pocie czoła, by zarobić na miskę ryżu. I tak jest w wielu z milionów chińskich wsi, bo tyle ich jest w kraju 1,3 mld ludzi. Ale Huaxi położone na wschodzie kraju jest inne. Mgła jest, owszem, ale nie delikatna, i to raczej smog z kilkunastu tutejszych fabryk produkujących głównie tekstylia. Wieśniacy jeżdżą mercedesami i audi. A byk jako symbol potęgi dumnie stoi pośrodku wioski - jako jej znak rozpoznawczy. To brzmi jak bajka, ale nią nie jest. Zaczyna się w 1962 r. Właśnie zakończył się wielki gospodarczy eksperyment, tzw. Wielki Skok, później nazwany Wielkim Głodem, chińska tragedia, o której świat dowiedział się po latach. Jak się dziś ocenia, z głodu zmarło 30 mln ludzi. Chińczycy zajęci szukaniem wrogów klasowych nie mieli pojęcia o nowoczesnej ekonomii. A jednak 200 km od Szanghaju w takiej samej wiosce maoistowskiej jak inne znalazł się ktoś, kto czuł ją na nosa. To Wu Renbao, twórca cudu Huaxi, szef wioski, a wtedy jej sekretarz partyjny. W 1962 r. miał 34 lata i był wewnętrznie rozdarty. Wiedział, że partia ma rację, nawet gdy się myli. Jako komunista nie mógł myśleć inaczej, ale też widział, jak na jego oczach ludzie z wioski umierali z głodu. Postanowił działać na własną rękę. - Patrzeć w oczy jednemu partyjniakowi ze stolicy to zupełnie co innego, niż zaglądać w dziesiątki głodnych par oczu twych sąsiadów i braci - opowiada dziś 81-letni, ale nadal rześki Wu. Opowiadał to setki razy, ale słuchacze nigdy nie mają dosyć. Postanowił oficjalnie przytakiwać szefom, a po cichu założyć fabrykę. Czy tak było wolno? Nie, to było nielegalne, groziła mu za to kara śmierci, ale przynajmniej nie głodowa.



Nie od razu się udało, ale w 1962 r. towarzysze Mao, bardziej realistyczni od niego, zaczęli się bać, że Chiny wymrą z głodu i nie będzie komu budować komunizmu. Odsunęli więc go na trochę od władzy (choć pozostał przewodniczącym Chin Ludowych) i postawili gospodarkę z głowy na nogi. Urzędnicy przestali odbierać chłopom ich zbiory, znowu czynne były bazary, przymknięto też oko na to, co wyrabiał przedsiębiorczy sekretarz Wu. A on skorzystał z okazji i rozwinął fabrykę. Produkowała nylon, bardzo modny nie tylko w Chinach. Formalnie fabryka należała do państwa, ale sekretarz Wu zachował się jak klasyczny kapitalista - włożył w nią swoje oszczędności. Namówił też resztę wioski, by poszła w jego ślady. Skąd mieli oszczędności w tak trudnych czasach? Chińczycy nawet gdy zaciskają pasa, potrafią coś odłożyć. Jak to robią, Europejczyk nie zrozumie podobnie jak wielu innych rzeczy za chińskim murem. Po roku fabryka przyniosła duże zyski. W Chinach, gdzie fabryki wyrastały tam, gdzie trzeba i nie, bo tak zapisano w planie, on działał, jak mu instynkt sprytnego Chińczyka z południa podpowiadał. - Zewnętrzne posłuszeństwo, wewnętrzna niezależność - tak nazywa to po latach. Gdy przyszło do podsumowania zarobionych juanów, Wu i jego sąsiedzi partnerzy zdecydowali, by za zarobione pieniądze zbudować następne fabryki. Wszystko socjalistyczne, wszystko dzielone wspólnie i wszystko na sprzedaż. Tam, gdzie było ryżowisko, budowano halę fabryczną. Pola zamieniały się w magazyny. W latach 80. wioska Huaxi stała się ciągiem fabryk. W międzyczasie rzeczywistość się zmieniła, bo w 1976 r. zmarł przewodniczący Mao. Jego następca Deng Xiaoping podsunął Chińczykom genialną myśl: 'Nieważne, czy kot jest biały, czy czarny, byle dobrze łowił myszy'. A w Huaxi, daleko od stolicy, gdzie tę myśl wcielano w życie od lat, wszyscy odetchnęli z ulgą.



Od tego czasu poszli o krok dalej i zarejestrowali całą miejscowość jako spółkę. Dziś są na giełdzie jako korporacja Huaxi Group, razem 60 firm produkcyjnych. A mieszkańcy stali się udziałowcami. Ale nadal 80 proc. zarobków i 95 proc. należnych im dywidend przeznaczają na nowe inwestycje. Huaxi przywodzi na myśl społeczeństwo przyszłości socjalistów utopijnych. Zarabia w kapitalizmie, a dzieli zysk w komunizmie, po równo. Tak wymyślił szef wioski i tak jest do dziś.

Każdy udziałowiec dostaje rocznie 30 tys. juanów (10 tys. zł) na drobne wydatki. Mieszkanie zapewnia im firma. Porównując ze zwykłą chińską wioską, gdzie średnia roczna jest dziesięć razy mniejsza, to majątek. Rozglądamy się i gdzie wzrokiem sięgnąć, widzimy rzędy koszarowych domków. Te stare, nieco gorsze, i te nowe, w stylu amerykańskim. W końcu mieszka tu 30 tys. ludzi. Jedno nas zdziwiło. W tej wiosce równych nowe wille, niby takie same, różniły się wielkością, kolorem dachówek, kwiatami w ogródkach, samochodami w garażach. W tej lokalnej wersji Wisteria Lane łatwo zauważyć, komu się lepiej powodzi i który gospodarz ma wykwintniejszy gust.



Po wiosce oprowadza nas 27-letnia Jane. To jej angielskie imię, bo pracuje jako przewodniczka w miejscowej agencji turystycznej. Huaxi jest celem pielgrzymek i szef wioski wytypował domy, które można odwiedzać i robić tam zdjęcia.

Nas jako gości zaproszono na kolację. Do - jak nam powiedziano - 'typowej chaty wieśniaka z Huaxi'. Okazała się kremową willą w stylu amerykańskim. Przed nią stały audi i lexus. Chatka miała dwa piętra. W salonie królował telewizor plazmowy wielkości sporego okna otoczony skórzanym zestawem wypoczynkowym i kiczowatymi rzeźbami z marmuru. Na lśniących posadzkach kredensy uginały się pod ciężarem rzędów nie klasycznych dzieł chińskich, ale drogich alkoholi. Były też eleganckie zestawy gry do madżonga, nowoczesne kuchnie i łazienki. Wszystko lśniło i pachniało nowością. Co tu było prawdziwe, a co na pokaz, nie byliśmy pewni. - Mąż jest w pracy, pracuje jako menedżer w restauracji hotelowej - powiedziała nam pani Gu u progu. - To pracownica fabryki nylonu - szepnęła Jane. Ale na robotnicę pani Gu nie wyglądała. Zadbana cera, krótkie włosy, ogromnych rozmiarów perła na szyi. Było jasne, że władze wioski wytypowały ją do roli ambasadora, bo zaglądają tu też inwestorzy. A stół uginał się pod piersiami ryby, wędzonymi krewetkami, duszonym kurczakiem z bambusem, zupą 'z serca' bambusa z przepiórczymi jajami, peklowaną wołowiną, dyniami nadziewanymi wiśniami. A ta kraina pieczonych jarząbków znajdowała się w sercu kraju, który niecałe 50 lat temu umierał z głodu. Ugoszczeni przez panią Gu poczuliśmy błogą sytość. W kuchni krzątał się kucharz z restauracji męża, a wino nalewała wynajęta kelnerka.



W Chinach niczym zdrożnym jest zadanie pytania o zarobki, więc zaczęliśmy dociekać, ile kto zarabia w wiosce komunistycznych milionerów: 'A ty, Jane, ile dostajesz na rękę?'. I wtedy okazało się, że sprawy są trochę bardziej skomplikowane niż hasła w broszurce dla turystów chińskich. Miesięczna pensja Jane to tylko 1,5 tys. juanów (450 zł), nawet jak na Chiny to żadne kokosy. - Bogaci są tylko ci, którzy pochodzą z centralnej wioski, czyli z Huaxi. To trzysta rodzin, w sumie około półtora tysiąca osób. Tylko oni mieszkają w europejskich willach i mają samochody, reszta cieszy się, że w ogóle ma gdzie pracować - wyjaśniła. Tu kończy się bajka, a zaczynają prawdziwe Chiny, gdzie trwa wielka migracja wewnętrzna. Jane pochodzi z biednych północnych Chin. Wyjechała do wschodnich, które są dla północnych prowincji tym, czym dla Rumunii jest Francja. Wyszła za mąż za chłopaka z miejscowości obok, która podobnie jak 30 innych okolicznych wiosek została wchłonięta przez rozwijający się organizm Huaxi Group. Teraz już prawie wszyscy pracują na rzecz kilkudziesięciu fabryk tego ogromnego przedsiębiorstwa. Ale nie zżera jej zawiść, bo w Chinach każdy ma nadzieję i każdy czeka na swoją kolej. Może im się poszczęści i kiedyś staną się tak zamożni jak chociażby szefowa Jane. To 25-letnia Iris, wnuczka Wu Renbao. Jest szefową największej - bo jedynej - agencji turystycznej. Zgodnie z wioskową polityką najważniejsze stanowiska w Huaxi Group obsadzane są przez członków najbliższej rodziny towarzysza Wu, na którą składa się 30 osób. Jego najmłodszy syn Wu Xie'en dwa lata temu przejął schedę po ojcu i jest sekretarzem partii w Huaxi. Iris studiowała marketing i zarządzanie w Singapurze i w Niemczech. Z kupioną w Paryżu torebką Louisa Vuittona pod pachą, w swoim czerwonym volvo S60 cieszy się, że mieszka w Huaxi, a nie gdzie indziej.



Codziennie patriarcha z Huaxi wygłasza pogadankę dla wycieczek. Bo do Huaxi po nauki i wzór do naśladowania pielgrzymują rzesze. Autokar za autokarem. W Chinach wielbi się sukces i się go promuje. Ludzie chcą więc na własne oczy zobaczyć ojca sukcesu. Na takie okazje wioska wybudowała specjalną halę na 1,2 tys. gości. Wu podjeżdża pod nią czarnym mercedesem, drzwi otwiera szofer. 81-latek dziarsko przechodzi przez ogromną salę. I już wbiega na podium, a przy okazji migają jego białe skarpetki. Siada przy stoliku koło swojej wnuczki, która tłumaczy jego mowę z lokalnego dialektu na zrozumiały dla gości język mandaryński. Publika złożona z przybyszy z całych Chin słucha w skupieniu. - Zawsze byłem dobrym komunistą - mówi Wu, pokazując w uśmiechu garnitur brunatnych zębów - zawsze służyłem ludowi i chciałem, by wszyscy byli szczęśliwi i bogaci. Potem chwali się, że był w Pekinie i przyjął go sam przywódca Chin Hu Jintao. - Przewodniczący Hu uśmiechnął się, złapał mnie pod ramię i zwrócił się do fotografów: 'Zróbcie nam dobre zdjęcie z Renbao. Tylko pamiętajcie, żeby było dobre!'.



To zdjęcie i wiele innych, na których widać innych dostojników chińskich, można obejrzeć w pawilonie poświęconym historii Huaxi. W gablotach podświetlanych 24 godziny na dobę jest cała historia wsi i jej przywódcy, od dna nędzy do dobrobytu, jak skrót historii Chin. Na czarno-białym zdjęciu młody Wu pośród brygady rolnej z szerokim uśmiechem na twarzy. To lata 60. Są i późniejsze - kominy, hale fabryczne. Ale uśmiechy nie schodzą z twarzy robotników, a z czasem i gości fetujących sukces wsi. A to wszystko dzieło jej szefa. Prosperity Huaxi to zasługa jednego człowieka. - Chińczykom potrzeba lidera, a nie demokracji - powiedział Wu w jednym z wywiadów. - Jesteśmy pierwszą wioską świata. Każdy ma samochód, willę, pieniądze, a jest tak, bo się słucha. Po tej lekcji historii i burzy oklasków patriarcha znikł za kurtyną, a na scenę wbiega zespół artystyczny Huaxi. Trupa liczy 61 osób, a ich roczny budżet to 3 mln juanów (ok. 1 mln zł). Rozlega się hymn wioski:

Niebo nad Huaxi to niebo Partii;

Ziemia Huaxi to ziemia socjalistyczna;

Ludzie Huaxi pracują ciężko i zjednoczeni kroczą naprzód;

Nowe komunistyczne Huaxi z modernizacjami;

Socjalizm zapewni bogactwo Huaxi;

Socjalizm zapewni bogactwo Huaxi.


A w tle namalowana wioska, jej sztuczne jezioro i amerykańskie wille. W finale na scenę opadają bańki mydlane wyprodukowane w niesamowitych ilościach przez maszyny stojące z boku. A potem, kiedy już myśleliśmy, że to koniec, na scenę wjechał wielki sierp i wielki młot. Pośrodku wioski mieścił się Park Szczęśliwości. Zupełnie pusty. - Gdzie oni się podziali? - męczymy Jane, bo na ulicach wioski było widać tylko wycieczki, a my chcieliśmy wreszcie zobaczyć szczęśliwych udziałowców. - Wszyscy pracują - mówi nasza przewodniczka. Fakt, że dobrobyt trzeba wypracować, więc w tej szczęśliwej kolonii, która przywodzi na myśli XIX-wieczne utopie, szaleć się nie da. Panuje tu dyscyplina wojskowa, o dziesiątej wieczór jak na rozkaz zamyka się restauracje i sklepy, żeby nikt przypadkiem nie zaspał do pracy. Barów karaoke i kafejek się nie zamyka, bo takich tu nie ma. Na centralnym placu tuż przed ciszą nocną chłopaki grają w koszykówkę, a inni jeżdżą na motocyklach. I tylko w hotelowej dyskotece bawi się garstka miejscowej młodzieży. Zapracowani mieszkańcy Huaxi nie mają wakacji ani dni wolnych od pracy, nie bardzo mogą więc podróżować. Ale przywódcy wioski wpadli na pomysł - przenieśli świat do Huaxi. Najpierw zbudowali sztuczne jezioro, potem na jego brzegu park ze skrótem zabytków Chin i świata. Można więc wdrapać się na Wielki Mur, zrobić sobie zdjęcie przed Bramą Niebiańskiego Spokoju, a także wysłać e-maila do znajomych ze zdjęciem - 'ja na tle Opery w Sydney' czy też 'ja pod paryskim Łukiem Triumfalnym'. - Jak przestaniesz pracować, staniesz się biedny i nieszczęśliwy - tłumaczy nam Jane, która chyba sama w to święcie wierzy.

Gdzie pracują? W zarządach fabryk i w biurach. Także na ekologicznej farmie, w której są hodowane najrozmaitsze gatunki warzyw i owoców (w szklarni o powierzchni 12 tys. m kw. można podziwiać np. dynię ważącą 128 kg). I przy budowie najwyższego budynku w prowincji Jiangsu, który stanie w wiosce za pięć lat. To niewiarygodne, ale Huaxi, najbogatszy kołchoz Chin, małpuje Szanghaj i funduje sobie drapacz chmur. Prawdziwy, wysoki na 328 m! Na makiecie widać, że wokół będzie jezioro. I jak wieża telewizyjna w Szanghaju, która jest wzorem dla całych Chin, będzie zwieńczony szklaną kulą z restauracją. Życie mieszkańców Huaxi to rano praca, wieczorem kolacja z rodziną przed telewizorem i następnego dnia od nowa. Kto stąd wyjeżdża, musi zostawić swoją willę, bogactwa i samochody. Socjalistycznego raju nie opuszcza się tak łatwo.

Tekst: Janek i Ola Żdżarscy(teksty piosenek, wiersze i cytaty z przewodniczącego Wu Renbao pochodzą z książki 'The Road of Huaxi' Peng Weifenga, wyd. Xinhua, Pekin, kwiecień 2008)

Podziel się