Bunt kucharek
Tekst: Katarzyna Bosacka, Waszyngton
2008-08-03, ostatnia aktualizacja 2008-08-04 18:09
Bohaterka kultowego 'Seksu w wielkim mieście' w piekarniku trzyma swetry. Ameryka przestała gotować
ZOBACZ TAKŻE
- Seks w wielkim mieście, ale co dalej (02-06-10, 11:00)
- Konfrontacja z szarą słoniną (10-11-09, 01:00)
- Radykalna gospodyni domowa (29-06-08, 11:00)
- Królowa Pucu-Pucu (01-06-08, 11:00)
- Ekolodzy z Piątej Alei (05-04-08, 11:00)
SERWISY
SONDAŻ
Kubełek frytek polanych szklanką płynnego żółtego sera to przysmak na amerykańskich jarmarkach. Są też inne smażone w głębokim tłuszczu specjały - pizza, czekoladowe ciastka, snickersy. Najpierw trzeba je tylko zamoczyć w maśle z mąką, a potem usmażyć. W Ameryce panieruje się bowiem wszystko, nawet frytki. Restauracje z kuchnią lokalną, nie wspominając o fast foodach, nie znają pojęcia ziemniaków z wody, ryby z grilla, ryżu bez tłuszczu. Sałatę lodową przykrywa się grubą warstwą tartego żółtego sera i oblewa sosem majonezowym. Zawsze ten sam wybór warzyw na ciepło - brokuły z masłem albo zielona fasolka z bekonem. Sporo knajp podaje wyłącznie słodkie napoje gazowane. Mimo że w Stanach liczba sklepów ze zdrową żywnością i restauracji etnicznych jest imponująca, trudno tu utrzymać linię, zwłaszcza gdy - jak większość Amerykanów - nie gotuje się w domu.
Kulinarni analfabeci
'Nie umiała robić przetworów, a teraz już potrafi!' - krzyczy tytuł na okładce dodatku o jedzeniu w 'Washington Post'. Artykuł opowiada historię pisarki Leslie Pietrzyk, która zapragnęła zrobić domowe konfitury. Długo szukała pomocnej dłoni wśród przyjaciół i znajomych. Nie znalazła. Pomoc uzyskała dopiero u szefowej jednej z restauracji. Jak stwierdziła Trish Hall, dziennikarka 'New York Timesa': 'W ciągu ostatnich dziesięciu lat gotowanie w domu stało się w Ameryce rodzajem hobby jak narty czy szachy'.
Swój głośny artykuł opublikowany w 1992 roku Hall zatytułowała 'Stracona generacja kulinarnych analfabetów'. Pisała o rosnącej liczbie jej rodaków, którzy nie znają ani smaku, ani zapachu domowego jedzenia. Dziś na pytanie 'Czy gotujesz regularnie sześć-siedem razy w tygodniu cokolwiek w domu?' 60 proc. Amerykanów odpowiada: 'Nie'. 10 proc. kobiet i 30 proc. mężczyzn nie gotuje nigdy. Spada ranga domowej kolacji, która do niedawna była w Ameryce uznawana za najważniejszy posiłek dnia. Dziś tylko jedna trzecia amerykańskich rodzin spotyka się codziennie wieczorem przy stole w domu, podczas gdy jeszcze 15 lat temu - prawie połowa. Za to prawie 60 proc. Amerykanów przynajmniej raz w tygodniu stołuje się w fast foodach. A jak podkreślają socjolodzy, zwyczaje rodzinne przechodzą z pokolenia na pokolenie - niegotujący rodzice wychowują niegotujące dzieci.
Mądre kobiety nie gotują
'Królowa domowej kuchni', 'Słodki dom', 'Radość gotowania' - przed wojną amerykańskie panie domu mogły przebierać w książkach kucharskich, które gotowanie w domu porównywały do pisania wierszy czy malowania obrazów. 'Lekarze głoszą, że nasze poglądy na świat, zdolność do pracy, a nawet jakość życia zależą od tego, co i w jakiej postaci wkładamy do żołądka' - pisały w 1928 roku Margaret Allen i Ida Hutton, autorki 'Wspaniałej sztuki domowego gotowania'. Nie mogły jednak przewidzieć, co stanie się z domową kuchnią, kiedy kobiety zaczną pracować. Stopniowo od lat 20. rósł w Ameryce procent pracujących matek i żon. W roku 1950 blisko jedna trzecia Amerykanek była zatrudniona, dziś - przeszło dwie trzecie. Do obowiązków domowych nie garnęli się mężczyźni, więc wyjście kobiet z domu stworzyło obszar dla producentów żywności, firm sprzątających, opiekunek do dzieci.
Od lat 50. - eisenhowerowskiej epoki gloryfikacji technologii, w której królowały hasła: 'Ku lepszemu życiu poprzez chemię' czy 'Nasz przyjaciel atom' - pasteryzowane, mrożone, odwodnione i liofilizowane przemysłowo jedzenie było coraz łatwiej dostępne i coraz wygodniejsze w przechowywaniu. - Przez lata producenci żywności przekonywali kobiety, że lepiej kupić coś taniego gotowego, niż zawracać sobie głowę staniem przy kuchni. Wmawiano im, że mądre kobiety nie gotują. Więc przestały! Domowe jedzenie powoli stawało się bezwartościowe - tłumaczy prof. Joan Gussow, dietetyczka z Uniwersytetu Columbia.
W latach powojennych trzy czwarte pieniędzy wydawanych w amerykańskich domach na jedzenie przeznaczane było na zakup produktów potrzebnych do przygotowywania posiłków w domu. Dziś przeszło połowa tych wydatków idzie na jedzenie na mieście. Carrie Bradshaw, bohaterka kultowego w USA serialu 'Seks w wielkim mieście' grana przez Sarah Jessicę Parker, kuchennego piekarnika używa jako szafki na buty. Tegoroczna reklama prasowa Citibanku (na zdjęciu) pokazuje młodą, zadowoloną kobietę na tle otwartych szafek kuchennych zapełnionych ubraniami, torebkami i butami. Podpis brzmi: 'Nie gotuję, więc zamieniłam kuchnię we wspaniałą garderobę'.
Kiedy pod koniec lat 60. Ameryką wstrząsa fala ruchu feministycznego, kobiety żądają nie tylko równości z mężczyznami w pracy - w prawach i zarobkach - ale i równości przy praniu, sprzątaniu i garach. Udaje im się wywalczyć wiele - zakaz określania płci w ogłoszeniach o pracę, zniesienie zakazu zatrudniania kobiet z małymi dziećmi, równość szans w edukacji. Jedno nie udaje się na pewno - zmusić mężczyzn do równego podziału obowiązkami domowymi. Choć sytuacja zmienia się na lepsze o tyle, że młodzi Amerykanie pomagają żonom bardziej niż ich ojcowie. Nadal jednak 80 proc. obowiązków związanych z żywieniem spada na kobiety.
Projekt M.O.M.
Brian Wansink, nowy szef Centrum Żywności i Żywienia w amerykańskim ministerstwie zdrowia, ma ręce pełne roboty. Od kilku miesięcy pracuje nad projektem niskokalorycznych (100 kcal), zdrowych przekąsek, które można by było kupić w każdym sklepie jako alternatywę dla chipsów i ciastek. Do 2010 roku ma opracować narodowy plan żywieniowy - naukowo potwierdzony przewodnik po najzdrowszym jedzeniu, które zacznie być oznaczane na półkach sklepowych. Prof. Wansink od lat obserwuje ludzkie zachowania przy stole. Z pomocą własnoręcznie zaprojektowanej miski bez dna, samoczynnie napełniającej się zupą udowodnił, że ludzki apetyt nie ma końca. W wydanej niedawno bestsellerowej książce 'Bezmyślne jedzenie. Dlaczego jemy więcej, niż myślimy' pokazał np., że zdrowe, niskokaloryczne danie wygrywa z fast foodem, gdy ma intrygującą nazwę, a przesunięcie kasy w jadłodajni z końca na początek powoduje, że w ludzkich żołądkach ląduje mniej jedzenia.
Jednak problem według profesora Wansinka zaczyna się nie w sklepach spożywczych czy fast foodach, ale przy amerykańskich stołach. Profesor powtarza, że 'nie ma jak u mamy' - domowa kuchnia pozwala na najlepszy wybór i kontrolę tego, co wkładamy do ust. Dla rodziców, którzy jedzą z dziećmi zdrowe, domowe, różnorodne posiłki, profesor ma dużo więcej sympatii niż dla tych, którzy uznają je za 'istoty z innej planety' i pozwalają im żywić się wyłącznie frytkami, pizzą i colą. Prof. Wansink, szczupły blondyn w okularach, chodzi do pracy na piechotę, a w środku dnia wpada do domu na lunch przygotowany przez żonę, która ukończyła prestiżową szkołę kulinarną Cordon Bleu. Jak mówi o sobie, jest w ministerstwie zdrowia po to, 'by przekonać każdego w USA, żeby jadł zdrowiej'.
Z jego badań wynika, że jedna osoba - strażnik domowej lodówki - jest odpowiedzialna za przeszło 70 proc. codziennego wyżywienia domowników. Zwykle są to mamy, choć mogą być też ojcowie, dziadkowie czy inni krewni, o ile mieszkają razem. Dlaczego przede wszystkim kobiety? 'Bo to one głównie robią zakupy, planują posiłki, pakują lunch' - przekonuje profesor. Do nich więc przede wszystkim adresowany jest zaplanowany na wiele lat rządowy projekt M.O.M. (Mothers & Others & My Pyramid - czyli 'Mamy, inni członkowie rodziny i moja piramida żywienia'), który od stycznia dzięki mediom zmienia zwyczaje Amerykanów. A ponieważ oni lubią mieć wszystko zaplanowane, na stronie mypyramid.gov mamy mogą zaplanować tygodniowe posiłki dla całej rodziny, w zależności od potrzeb bardziej lub mniej dietetyczne.
Przed profesorem Wansinkiem trudne zadanie - dwie trzecie Amerykanów zmaga się z otyłością (33 proc.) lub nadwagą (33 proc.). W latach 50. na cztery szklanki mleka, które wypijały amerykańskie dzieci, przypadała jedna ze słodkim napojem gazowanym. Dziś jest odwrotnie. W przedszkolach maluchy karmi się ciasteczkami, w szkolnych stołówkach króluje kurczak w panierce i frytki, a na sąsiedzkich grillach - hamburger z mrożonki i bułka jak gąbka do czyszczenia butów. Miejmy nadzieję, że projekt M.O.M. spowoduje, iż Amerykanie zdejmą pajęczyny z garnków, a bohaterka 'Seksu w wielkim mieście' wyjmie z piekarnika buty i przyrządzi w nim łososia ze szparagami.
Kulinarni analfabeci
'Nie umiała robić przetworów, a teraz już potrafi!' - krzyczy tytuł na okładce dodatku o jedzeniu w 'Washington Post'. Artykuł opowiada historię pisarki Leslie Pietrzyk, która zapragnęła zrobić domowe konfitury. Długo szukała pomocnej dłoni wśród przyjaciół i znajomych. Nie znalazła. Pomoc uzyskała dopiero u szefowej jednej z restauracji. Jak stwierdziła Trish Hall, dziennikarka 'New York Timesa': 'W ciągu ostatnich dziesięciu lat gotowanie w domu stało się w Ameryce rodzajem hobby jak narty czy szachy'.
Swój głośny artykuł opublikowany w 1992 roku Hall zatytułowała 'Stracona generacja kulinarnych analfabetów'. Pisała o rosnącej liczbie jej rodaków, którzy nie znają ani smaku, ani zapachu domowego jedzenia. Dziś na pytanie 'Czy gotujesz regularnie sześć-siedem razy w tygodniu cokolwiek w domu?' 60 proc. Amerykanów odpowiada: 'Nie'. 10 proc. kobiet i 30 proc. mężczyzn nie gotuje nigdy. Spada ranga domowej kolacji, która do niedawna była w Ameryce uznawana za najważniejszy posiłek dnia. Dziś tylko jedna trzecia amerykańskich rodzin spotyka się codziennie wieczorem przy stole w domu, podczas gdy jeszcze 15 lat temu - prawie połowa. Za to prawie 60 proc. Amerykanów przynajmniej raz w tygodniu stołuje się w fast foodach. A jak podkreślają socjolodzy, zwyczaje rodzinne przechodzą z pokolenia na pokolenie - niegotujący rodzice wychowują niegotujące dzieci.
Mądre kobiety nie gotują
'Królowa domowej kuchni', 'Słodki dom', 'Radość gotowania' - przed wojną amerykańskie panie domu mogły przebierać w książkach kucharskich, które gotowanie w domu porównywały do pisania wierszy czy malowania obrazów. 'Lekarze głoszą, że nasze poglądy na świat, zdolność do pracy, a nawet jakość życia zależą od tego, co i w jakiej postaci wkładamy do żołądka' - pisały w 1928 roku Margaret Allen i Ida Hutton, autorki 'Wspaniałej sztuki domowego gotowania'. Nie mogły jednak przewidzieć, co stanie się z domową kuchnią, kiedy kobiety zaczną pracować. Stopniowo od lat 20. rósł w Ameryce procent pracujących matek i żon. W roku 1950 blisko jedna trzecia Amerykanek była zatrudniona, dziś - przeszło dwie trzecie. Do obowiązków domowych nie garnęli się mężczyźni, więc wyjście kobiet z domu stworzyło obszar dla producentów żywności, firm sprzątających, opiekunek do dzieci.
Od lat 50. - eisenhowerowskiej epoki gloryfikacji technologii, w której królowały hasła: 'Ku lepszemu życiu poprzez chemię' czy 'Nasz przyjaciel atom' - pasteryzowane, mrożone, odwodnione i liofilizowane przemysłowo jedzenie było coraz łatwiej dostępne i coraz wygodniejsze w przechowywaniu. - Przez lata producenci żywności przekonywali kobiety, że lepiej kupić coś taniego gotowego, niż zawracać sobie głowę staniem przy kuchni. Wmawiano im, że mądre kobiety nie gotują. Więc przestały! Domowe jedzenie powoli stawało się bezwartościowe - tłumaczy prof. Joan Gussow, dietetyczka z Uniwersytetu Columbia.
W latach powojennych trzy czwarte pieniędzy wydawanych w amerykańskich domach na jedzenie przeznaczane było na zakup produktów potrzebnych do przygotowywania posiłków w domu. Dziś przeszło połowa tych wydatków idzie na jedzenie na mieście. Carrie Bradshaw, bohaterka kultowego w USA serialu 'Seks w wielkim mieście' grana przez Sarah Jessicę Parker, kuchennego piekarnika używa jako szafki na buty. Tegoroczna reklama prasowa Citibanku (na zdjęciu) pokazuje młodą, zadowoloną kobietę na tle otwartych szafek kuchennych zapełnionych ubraniami, torebkami i butami. Podpis brzmi: 'Nie gotuję, więc zamieniłam kuchnię we wspaniałą garderobę'.
Kiedy pod koniec lat 60. Ameryką wstrząsa fala ruchu feministycznego, kobiety żądają nie tylko równości z mężczyznami w pracy - w prawach i zarobkach - ale i równości przy praniu, sprzątaniu i garach. Udaje im się wywalczyć wiele - zakaz określania płci w ogłoszeniach o pracę, zniesienie zakazu zatrudniania kobiet z małymi dziećmi, równość szans w edukacji. Jedno nie udaje się na pewno - zmusić mężczyzn do równego podziału obowiązkami domowymi. Choć sytuacja zmienia się na lepsze o tyle, że młodzi Amerykanie pomagają żonom bardziej niż ich ojcowie. Nadal jednak 80 proc. obowiązków związanych z żywieniem spada na kobiety.
Projekt M.O.M.
Brian Wansink, nowy szef Centrum Żywności i Żywienia w amerykańskim ministerstwie zdrowia, ma ręce pełne roboty. Od kilku miesięcy pracuje nad projektem niskokalorycznych (100 kcal), zdrowych przekąsek, które można by było kupić w każdym sklepie jako alternatywę dla chipsów i ciastek. Do 2010 roku ma opracować narodowy plan żywieniowy - naukowo potwierdzony przewodnik po najzdrowszym jedzeniu, które zacznie być oznaczane na półkach sklepowych. Prof. Wansink od lat obserwuje ludzkie zachowania przy stole. Z pomocą własnoręcznie zaprojektowanej miski bez dna, samoczynnie napełniającej się zupą udowodnił, że ludzki apetyt nie ma końca. W wydanej niedawno bestsellerowej książce 'Bezmyślne jedzenie. Dlaczego jemy więcej, niż myślimy' pokazał np., że zdrowe, niskokaloryczne danie wygrywa z fast foodem, gdy ma intrygującą nazwę, a przesunięcie kasy w jadłodajni z końca na początek powoduje, że w ludzkich żołądkach ląduje mniej jedzenia.
Jednak problem według profesora Wansinka zaczyna się nie w sklepach spożywczych czy fast foodach, ale przy amerykańskich stołach. Profesor powtarza, że 'nie ma jak u mamy' - domowa kuchnia pozwala na najlepszy wybór i kontrolę tego, co wkładamy do ust. Dla rodziców, którzy jedzą z dziećmi zdrowe, domowe, różnorodne posiłki, profesor ma dużo więcej sympatii niż dla tych, którzy uznają je za 'istoty z innej planety' i pozwalają im żywić się wyłącznie frytkami, pizzą i colą. Prof. Wansink, szczupły blondyn w okularach, chodzi do pracy na piechotę, a w środku dnia wpada do domu na lunch przygotowany przez żonę, która ukończyła prestiżową szkołę kulinarną Cordon Bleu. Jak mówi o sobie, jest w ministerstwie zdrowia po to, 'by przekonać każdego w USA, żeby jadł zdrowiej'.
Z jego badań wynika, że jedna osoba - strażnik domowej lodówki - jest odpowiedzialna za przeszło 70 proc. codziennego wyżywienia domowników. Zwykle są to mamy, choć mogą być też ojcowie, dziadkowie czy inni krewni, o ile mieszkają razem. Dlaczego przede wszystkim kobiety? 'Bo to one głównie robią zakupy, planują posiłki, pakują lunch' - przekonuje profesor. Do nich więc przede wszystkim adresowany jest zaplanowany na wiele lat rządowy projekt M.O.M. (Mothers & Others & My Pyramid - czyli 'Mamy, inni członkowie rodziny i moja piramida żywienia'), który od stycznia dzięki mediom zmienia zwyczaje Amerykanów. A ponieważ oni lubią mieć wszystko zaplanowane, na stronie mypyramid.gov mamy mogą zaplanować tygodniowe posiłki dla całej rodziny, w zależności od potrzeb bardziej lub mniej dietetyczne.
Przed profesorem Wansinkiem trudne zadanie - dwie trzecie Amerykanów zmaga się z otyłością (33 proc.) lub nadwagą (33 proc.). W latach 50. na cztery szklanki mleka, które wypijały amerykańskie dzieci, przypadała jedna ze słodkim napojem gazowanym. Dziś jest odwrotnie. W przedszkolach maluchy karmi się ciasteczkami, w szkolnych stołówkach króluje kurczak w panierce i frytki, a na sąsiedzkich grillach - hamburger z mrożonki i bułka jak gąbka do czyszczenia butów. Miejmy nadzieję, że projekt M.O.M. spowoduje, iż Amerykanie zdejmą pajęczyny z garnków, a bohaterka 'Seksu w wielkim mieście' wyjmie z piekarnika buty i przyrządzi w nim łososia ze szparagami.
Źródło: Wysokie Obcasy
-
Bunt kucharek
alezwodzu
04.08.08, 18:06
tak się zastanawiam, że jak miałam naście lat było obciachem dla mnie przyznaćsię, że umiem i nie daj boże lubię gotować. teraz, po wszystkich nigellach iolivierach mamy furę domorosłych »
-
Bunt kucharek
jjawor
05.08.08, 19:57
Moja koleżanka wyszła za mąż za amerykańskiego żołnieża, mieszkali w bazie. Po 3 miesiącach sąsiedzi dziwili się,że mają już normalne meble i urządzone mieszkanie a nie plastikowe krzesła i»
-
Re: Bunt kucharek
aneta1008
12.08.08, 10:35
Całe szczęście, że nasze kultury znacznie się różnią (USA/Polska). To co siędzieje w Stanach w kwestii żywieniowej to istna paranoja. Tam gdzie dba się takbardzo o wagę, ma hopla na punkcie »
W numerze z 28 sierpnia
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień









