http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Na starość będę przedzierać bilety

Rozmawiała Karolina Domagalska
27.07.2008 , aktualizacja: 24.07.2008 13:35
A A A Drukuj
Nie sprawia mi już frajdy wprowadzanie filmów Jarmuscha, Lyncha, Almodóvara
Roman Gutek w kinie Muranów. Warszawa 2008 r.
Fot. Maciej Zienkiewicz / AG
Roman Gutek w kinie Muranów. Warszawa 2008 r.
Z Romanem Gutkiem rozmawia Karolina Domagalska

Niedawno obchodził pan 50. urodziny. Jak tyle lat oglądania filmów wpłynęło na pana gust?

Jak się ogląda tak dużo filmów, to szuka się później jakiejś odmienności. Choć nie wiem, czy mój gust tak bardzo różni się od tego sprzed 20 lat. Zawsze lubiłem filmy, które miały silnego bohatera, trochę odmieńca, szaleńca, galernika wrażliwości, jakby to pani profesor Janion powiedziała. Kino się powtarza, a ja chcę zobaczyć to nasze ludzkie skomplikowanie. Stąd pewna radykalizacja mojego gustu. Wydaje mi się, że potrafię wyczuć, kto szokuje, nadużywa cielesności, brutalności, żeby zarobić pieniądze, od tego, komu leży coś głęboko w środku, co jest dla niego ważne, i w ten sposób chce krzyczeć. Ale ta moja radykalizacja przebiega dwutorowo. Lubię też ciszę w kinie. Najchętniej oglądałbym filmy, gdzie nie ma dialogów, gdzie można kontemplować, być z obrazem, z twórcą, samym sobą, ze światem. W filmie Benninga '13 jezior' jest 13 dziesięciominutowych ujęć tafli 13 jezior. Sukces 'Wielkiej ciszy' pokazuje, że nie jestem sam. 100 tys. osób wybrało się do kina na trzygodzinny dokument, w którym nie pada ani jedno słowo. W Polsce filmy komercyjne nie przyciągają czasem takiej publiczności. Więc może to też jest jakiś znak czasu.

Wcześniej nie sięgał pan do takich filmów?

Oglądałem na przykład filmy Żuławskiego - histeryczne, krzyczące - ale oglądałem też tak zwane kino normalne. Odmiana przyszła naturalnie, ja szukałem w kinie czegoś więcej, a jednocześnie światowe kino zaczęło się różnicować. Teraz pełnometrażowe dokumenty wydają się dużo ciekawsze niż fabuły. Pokazują prawdziwych ludzi, a nie wymyślonych za biurkiem.

Nie myślał pan o tym, żeby samemu usiąść za tym biurkiem?

Mnie to, co robię, wystarcza. Od dzieciństwa fascynowało mnie, że kino tworzy nieistniejące światy. Urodziłem się i dojrzewałem na lubelskiej wsi, gdzie przyjeżdżało objazdowe kino, wyświetlano 'Winnetou' czy 'Krzyżaków'. Miałem sąsiada, który zapraszał mnie na wieczory filmowe, u niego oglądałem Bergmana. Mało z tego rozumiałem, ale docierało do mnie, że kino to nie tylko rozrywka jarmarczna, historyczne widowiska, ale także sztuka, która przybliża świat innych ludzi, ich doświadczenia, dylematy. Mój sąsiad był też pierwszym czytelnikiem moich wypracowań. Pamiętam jak dzisiaj taką sytuację: miałem opisać jesień, przybiegłem do domu, coś tam naskrobałem i chciałem biec grać w piłkę. On przeczytał to wypracowanie, wziął mnie za rękę na polną drogę i powiedział: 'Zobacz, ile tu jest kolorów, kształtów, ile tu się dzieje'. Uczył mnie zmysłowego patrzenia na świat.

Zawsze miał pan zaufanie do swojego gustu? Nie ma pan wahań?

Ja się składam z samych wahań, ale też wiem, co mi się podoba. Kino pomagało mi rozwiązywać różne moje problemy. Potem chciałem pokazywać te filmy kolegom ze studiów, z akademika, na DKF-ach. Zacząłem wręcz marzyć o tym, żeby zobaczyło je więcej ludzi. Organizowanie pojedynczych pokazów na festiwalu warszawskim trochę mi się znudziło. Miałem to szczęście, że przyszedł '89 rok, kiedy szlag trafił monopol państwa, nastał wolny rynek i można było otworzyć własną firmę. Niedawno podliczyłem, że filmy, które wprowadziła dotychczas do kin moja firma, zobaczyło 8 mln widzów. Zawsze jestem ciekawy reakcji ludzi. Wcześniej dużo czasu spędzałem w kinie. Kiedy Gutek Film powstawał, biuro mieściło się w kinie Muranów. Teraz nie mam czasu, ale mam festiwal, gdzie mogę rozmawiać z ludźmi. Staram się też być aktywny na festiwalowym forum internetowym. Na starość chciałbym przedzierać bilety w kinie, aby być bliżej widzów. Jest nawet taka szansa...

Gutek bez Gutka?

Ja już w firmie nie jestem tak potrzebny, mam fantastycznych ludzi, którzy wszystko potrafią. Ja oglądam filmy, współdecyduję czy decyduję o wydaniu większych pieniędzy. Nie sprawia mi już frajdy wprowadzanie filmów Jarmuscha, Lyncha, Almodóvara, oni mają swoją renomę i swoją publiczność. Ich filmy kupuje się na etapie scenariusza, bo z przedsprzedaży najczęściej finansuje się produkcję. Na film Triera 'Antychryst', do którego zdjęcia się jeszcze nie zaczęły, kontrakt mamy podpisany od paru miesięcy. Dużo fajniej jest odkrywać nowych twórców. Na przykład takiego Ulricha Seidla i jego 'Import/Export' albo kogoś w Azji, a potem znowu szukać. Można by w konkursie naszego festiwalu pokazać filmy znanych twórców i wszyscy byliby zadowoleni. Ja wolę, jak jest trudniej.

Ma pan wielu wielbicieli?

Ja bym tak ich nie nazwał, to są bardzo wierni widzowie i fani festiwalu. Lubię być blisko ludzi, robić coś dla innych. W liceum byłem gospodarzem klasy, na wsi robiłem boisko do gry w piłkę. Ale to nie znaczy, że jestem altruistą. Ja też dużo dostaję. Ludzie dają mi swoje ulubione płyty, książki, filmy. Ktoś przywiózł mi ostatnio niedostępne w Polsce 'Zwierciadło' na DVD, a to jest mój ulubiony film!

Mówi pan, że lubi się przyjrzeć autorom kina. Kogo najbardziej chciał pan poznać osobiście?

Herzoga. Kiedyś w Monachium nie miałem śmiałości, żeby podejść do niego. Dopiero jak przyjechał do Warszawy, poznałem go osobiście. Kiedyś nawet umówiliśmy się w kawiarni. Rozmawialiśmy o jego pieszej pielgrzymce z Monachium do Paryża, którą odbył w intencji uzdrowienia przyjaciółki. Bardzo mi tym zaimponował. To była taka wielka egzaltacja.

Nie bał się pan rozczarowania?

W pewnym sensie rozczarowałem się Greenawayem. Wydawało mi się, że przyleci do nas facet w powyciąganym swetrze, z chmurą nieuczesanych włosów, a zobaczyłem eleganckiego dżentelmena w garniturze i krawacie. Ułożony, niesamowicie zdyscyplinowany erudyta. Potem zacząłem kojarzyć, że w filmach też tworzy całe bardzo przemyślane systemy.

Almodóvara poznałem przelotnie. Zawsze miły, uśmiechnięty. W tej chwili Amerykanie handlują jego filmami, to już są ceny sięgające kilkuset tysięcy euro. Od lat wprowadzamy jego filmy. Za jego najnowszy projekt inni oferowali więcej, ale zdecydowano się zostać z nami, to było bardzo sympatyczne. Antonioni przyjechał do Polski na nasze zaproszenie, właściwie już wtedy nie mówił, był sparaliżowany. Kiedy byliśmy w Krakowie, on nagle o północy chce iść do klubu. Poszliśmy na Kazimierz. W Wieliczce zjechał na dół, po warszawskich Łazienkach jeździł na meleksie. Ze wszystkiego cieszył się jak dziecko.

Wszystko w pana życiu jest z wyższej półki, wyrafinowane? Kuchnia, muzyka, literatura?

Muzyka tak, bardzo dużo słucham. W liceum słuchałem 'Minimaksu' Piotra Kaczkowskiego o 18 w niedzielę. Pamiętam sytuację, gdy zostałem ojcem chrzestnym, później było przyjęcie, a ja musiałem słuchać 'Minimaksu', więc po prostu wyszedłem. Nadal dużo słucham, w ten sposób odpoczywam.

Podziel się