http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Dwie bułki na parapecie

Tekst: Maciej Stasiński
22.06.2008 , aktualizacja: 26.06.2008 11:03
A A A Drukuj
Już niedługo przyjdą i zastukają do moich drzwi o świcie. Oświadczam, że nie mam broni pod łóżkiem. Za to, owszem, systematycznie i wstrętnie popełniam przestępstwo - mam się za człowieka wolnego
Najpopularniejsza kubańska blogerka - Yoanis Sanchez
Fot. JOSE GOITIA/ BE&W
Najpopularniejsza kubańska blogerka - Yoanis Sanchez
Przypadek Yoanis Sánchez jest jak dydaktyczna bajeczka o tym, że chociaż świat jest zły, dobro wciąż ma szanse. To aż przyprawiająca o nudności przypowieść o triumfie Kopciuszka nad Złą Macochą, dobra nad złem, słabego nad silnym, biednego nad możnym, pokoju nad przemocą, wolności nad niewolą, nadziei nad marazmem. Gdyby nie przydarzyła się naprawdę, trzeba byłoby ją wymyślić, żeby nasze dzieci nie traciły nadziei i ideałów. Ale szczęśliwie rzeczywistość czasem przerasta bajki, bo Yoanis Sánchez istnieje naprawdę.

W kwietniu tego roku Yoanis, 32-letnia Kubanka, dostała niezwykle cenioną nagrodę dziennikarską im. José Ortegi y Gasseta, wielkiego XX-wiecznego hiszpańskiego filozofa, przyznawaną od 25 lat przez hiszpański dziennik 'El Pais', dziecko demokracji odrodzonej po śmierci dyktatora, generała Francisca Franco. Miesiąc później miała ją odebrać w Madrycie, ale nie odebrała, bo reżim nie wypuścił jej z wyspy.

W chwili gdy dostawała nagrodę, była już najpewniej jedną z najbardziej znanych Kubanek na świecie. Tygodnik 'Time' wpisał ją na listę stu najbardziej wpływowych osób w 2007 r. Nie sama nagroda wolnego świata dla osoby więzionej w hermetycznej dyktaturze komunistycznej jest sensacją. Takie przypadki bywały już w przeszłości. Literacki Nobel dla Aleksandra Sołżenicyna, pokojowy dla Lecha Wałęsy, czy - żeby pozostać na Kubie - Europejska Nagroda Praw Człowieka im. Andrieja Sacharowa dla kubańskiego dysydenta Oswalda Pai Sardin~ asa.

Najbardziej wyjątkowe było to, kto ją dostał, jakim sposobem i jak piorunująco prędko do tego doszedł. Bo Yoanis nie jest byłym długoletnim więźniem dyktatury, za którym przez lata wstawiali się ludzie zza tropikalnej żelaznej kurtyny, aż wyszedł na wolność i został doceniony. Nie jest wybitną opozycjonistką, która walczyła z reżimem i przemycała bohaterskie manifesty wolnościowe za granicę, aż kancelarie wolnego świata wzięły ją pod opiekę. Nie zajmuje się polityką i nie jest też intelektualistką w konwencjonalnym sensie słowa. Nie jest byłym dygnitarzem nomenklatury, który rozczarowany reżimem zerwał z nim i teraz obwieszcza światu jego sekrety. Ani uciekinierem, który wyrwawszy się z potrzasku, zmroził i oświecił świat opowieściami o makabrycznym życiu pod batem dyktatury. O Yoanis rok temu w ogóle nikt ani na Kubie, ani na świecie nie słyszał. Po roku zaś, nie wyjeżdżając z wyspy, ma na świecie miliony czytelników.

Yoanis Sánchez jest filologiem bez pracy. Ma na utrzymaniu 12-letniego syna. Postanowiła mówić, a raczej pisać o sobie i swoim życiu. Ale nie do szuflady, lecz do publiczności. A drogę do niej znalazła sama, bez pośredników, nie zawdzięcza nic żadnemu dobroczyńcy, dyplomacie, dziennikarzowi z zagranicznej prasy, wydawnictwu czy reporterowi telewizyjnemu.

Do publiczności przemówiła wprost dzięki internetowi, założyła blog - Generación Y. I żeby było jeszcze bardziej nieprawdopodobnie, uczyniła to w kraju, w którym poddani nie mają dostępu do sieci. Gdyby nie to, że Yoanis nie ma w sobie krzty kabotyństwa, można by jej zadedykować wers ze słynnej piosenki Jerzego Stuhra: 'Jak człowiek wierzy w siebie, to cała reszta to betka, nie ma takiej rury na świecie, której nie można odetkać'.

Frapujące jest jeszcze i to, że Yoanis pisze tylko o tym, co widzi dookoła siebie - za oknem, w sąsiedztwie, dwie ulice dalej. Nie prawi morałów. Nie wygłasza przemówień. Opisuje i ilustruje zdjęciami tylko to, co widzi i słyszy. To nie są rozpalające ideologiczne manifesty, ale zapiski z dnia powszedniego, a mówią o rzeczywistości udręczonego kraju więcej niż sto demaskatorskich reportaży.

Obrazek może więcej niż pamflet. Jej światowy fenomen to synteza najprostszej w świecie życiowej treści społeczeństwa skazanego przez dyktaturę oraz najbardziej wyrafinowanego współczesnego narzędzia globalnej komunikacji, dzięki któremu ta treść przebiła się do światowej opinii publicznej.

Do internetu Yoanis dopada co kilka dni na kilka lub kilkanaście minut w nielicznych i kontrolowanych kafejkach internetowych, przełamując strach przed patrzącymi jej przez ramię nadzorcami, lub może u nielicznych uprzywilejowanych, którzy mają własny dostęp, a których tożsamości nie zdradza. Dzięki biegłości informatycznej błyskawicznie dopisuje kolejny rozdział.

3 maja, wiedząc już o nagrodzie i złożywszy podanie o pozwolenia wyjazdu za 150 dolarów, w przeddzień planowanego wylotu z Hawany, pod własnym zdjęciem z dzieciństwa, na którym uśmiecha się, dzierżąc w dłoniach tabliczkę z napisem: 'Tatusiu, obiecuję Ci, że będę się dobrze uczyć. Pionierka', napisała:
To uwierające dzieciństwo obywatelskie, kiedy w każdej sprawie muszę prosić o pozwolenie, nie przechodzi w dorosłość. Kiedyś to moi rodzice pilnowali, żebym nie połknęła śrubki albo nie wetknęła palców w kontakt. Teraz nadzór przejęło Państwo.Pod srogim jego okiem nie ma miejsca na zabawy i baraszkowanie, a co dopiero na wychodzenie samemu z domu. Kiedy tak czekam na pozwolenie na wyjazd do Madrytu, czuję się jak bobas w pieluchach. Zezwolenie na wylot w sobotę 3 maja, w Dzień Wolności Prasy, jest wstrzymane w Naczelnej Dyrekcji Zagranicznej ds. Imigracji, która nie odpowiada na pytania. Potężny urząd traktuje mnie jak oseska, któremu nie tłumaczy się nawet, że dostanie zastrzyk. Jak bardzo chciałabym być duża i dorosła i móc wyjeżdżać bez pozwolenia!

Szóstego maja, kiedy rezerwacja na samolot już przepadła, ale Yoanis zrobiła nową i wciąż miała nadzieję, że dadzą jej pojechać do Hiszpanii po odbiór nagrody, zamieściła w blogu 'Małe studium porównawcze'. Pod zdjęciem dwóch bułek leżących na parapecie jej mieszkania na 12. piętrze hawańskiego mrówkowca napisała:
Dla sceptyków, którzy myślą, że nic się nie zmienia, oto zdjęcia mojego chleba na kartki z lipca ub.r. i z maja tego roku. Główna różnica to nie tylko wygląd. Pomiędzy tymi zdjęciami jest kilku zarządców piekarni wyrzuconych za malwersacje, kilka zebrań, na których rozliczano za skargi na jakość produktu, oraz rosnące przekonanie, że oto ostatecznie już zapomnieliśmy, jak się piecze chleb.

Nazajutrz dostała odmowę. Rozczarowana, ale bez złości, niemal z rozrzewnieniem napisała:
Nagroda nr 2: Jakby jednej było mało, dostałam wczoraj drugą nagrodę. Ma filmowy tytuł 'Uwięziona blogerka'. Polega na tym, że nie wolno mi pojechać do Madrytu po odbiór nagrody Ortegi y Gasseta. Ci, którzy mi przyznali tę drugą nagrodę, nie zechcieli się przedstawić, chociaż w tym blogu znamy ich jako 'Onych'. To ci, którzy zza swoich wojskowych mundurów sterują naszymi prawami obywatelskimi i niczego nikomu nie tłumaczą, rozkazują. Nie zasłużyłam na taką uwagę, skoro jednak urzędnicy nalegają, przyjmuję to wyróżnienie. Tylko zapominają, że w cyberprzestrzeni mój głos podróżuje bez ograniczeń, wyjeżdża i wraca bez zezwolenia. Nieważne, że mają mój paszport. Od roku mam inny, gdzie w rubryce obywatelstwo napisane jest 'blogerka'.

Od kilku miesięcy dziedzic dyktatora Raul Castro wprowadza powierzchowne reformy. Zezwolił Kubańczykom na kupno telefonów komórkowych, odtwarzaczy DVD oraz sprzętu elektronicznego, zniósł zakaz wstępu do hoteli przeznaczonych dla turystów zagranicznych, a nawet zapowiedział zniesienie zakazu podróżowania za granicę bez specjalnego zezwolenia. Na razie jednak trzyma naród w klatce. Yoanis napisała:
U nas wiadomości podróżują za granicę, a potem wracają rykoszetem. Zadzwonili właśnie do mnie z Hiszpanii, że już nie potrzeba zezwolenia na wyjazd z Kuby. Akurat szłam do urzędu w sprawie podróży do Madrytu. Urzędniczka oświadczyła, że figa, zezwolenie trzeba mieć i kosztuje 150 pesos wymienialnych [tyleż dolarów]. No cóż, zgięłam kark, zapłaciłam i przez chwilę klęłam na niesprawdzone informacje. Czy także na nadzieje, które się nie spełnią?

Samowiedzy jej nie brakuje. Ani skromności. Kiedy dowiedziała się, że jest na liście 'Time'a', skwitowała to tak:
Ja? Która nigdy nie stałam na scenie ani trybunie? Której imienia nie umieją poprawnie napisać sąsiedzi?! W dodatku w kategorii 'bohaterowie i pionierzy', chociaż sama wolałabym 'obywatele'. Z tych wielu dróg, które prowadzą do wejścia na tę listę, chyba przeszłam najbardziej niezwykłą. Bez władzy ekonomicznej, politycznej, bez religijnej ani medialnej charyzmy. Ja tylko opowiadam o rzeczywistości tak, jak ją widzę zza krzywych szkieł moich własnych uczuć i pytań. Uwierzyłam, że głos jednostki może burzyć mury, odrzucać hasła, odbarwiać mity. Próżności mam tyle tylko, żeby wyobrazić sobie, jak ci inni na tej liście zadają sobie pytanie: 'A kto to jest ta Kubanka wśród nas?'.

Yoanis urodziła się w 1975 roku, w pełni fałszywej epoki burzy i naporu socjalistycznej Kuby utrzymywanej w duchowym uniesieniu przez histeryczne tyrady Fidela Castro, a materialnie - przez wielomiliardowe dotacje Związku Sowieckiego. Dorastała w otoczeniu rosyjskich imion jak Yuri czy Natasza, rosyjskich lalek i babuszek, czerwonych chust na szyjach uczniów i ich obowiązkowych praktyk pionierskich na roli. Po dwóch latach studiów literatury hiszpańskiej w wyższej szkole pedagogicznej przyszedł czas na pięcioletnią filologię hiszpańską na uniwersytecie w Hawanie. I zaraz po dyplomie, jak grom za jasnego nieba, olśnienie. Świat oficjalnej kultury intelektualnej ją odstręcza. A i filologiem nie chce wcale być. Jeszcze dwa lata udręki na państwowej posadzie w wydawnictwie, potem rzuca to zajęcie i jako wolny strzelec uczy dorywczo hiszpańskiego obcokrajowców.

W 2002 roku dojrzewa jak tysiące rodaków do decyzji: wyjechać. Emigruje do Szwajcarii. Tam poznaje nieznaną dziedzinę - informatykę. Urządza się, rozkwita, ale z powodów rodzinnych i wbrew nowemu środowisku oraz zasadom ruchu migracyjnego Kubańczyków, który od pół wieku prowadzi w jednym kierunku: za granicę, w 2004 roku wraca do Hawany. I tam odkrywa grono podobnie rozbudzonych rodaków i nowe życie. Zakładają niezależne czasopismo 'Debate', portal Desde Cuba (z Kuby). Na wiosnę Yoanis dojrzewa ostatecznie. - Kod zero-jedynkowy jest bardziej przejrzysty niż wyszukany intelektualizm - mówi sobie i pod własnym nazwiskiem, z otwartą przyłbicą, bez pozwolenia wszechmocnej władzy, bezczelnie pod samym jej nosem, nie mając nic oprócz własnej odwagi - choć sama mówi, że robi to w ramach 'ćwiczeń z tchórzostwa' - oraz sprawności informatycznej i software'ów, uruchamia blog Generación Y.

Rok temu, 13 kwietnia 2007 roku, blog otwierało zdjęcie miejskiego muru z graffiti drużyny bejsbolowej z podpisem:
Kraj przeżywa gorączkę bejsbolową. To finały mistrzostw kraju. Kibice 'przemysłowców' noszą się na niebiesko, a ci z Santiago de Cuba - na czerwono. Na balkonach, drzwiach, murach wielkie malowane plakaty: 'Przemysłowcy mistrzem!' albo: 'Na Santiago nie ma siły!'. Członków Partii pouczono, żeby w czasie meczu na Stadionie Latynoamerykańskim zapobiegli obraźliwym okrzykom: 'Palestyńczycy!', w odniesieniu do drużyny ze wschodu kraju. Policji jest wszędzie pełno, tyle ile w czasie wrześniowego Szczytu Krajów Niezaangażowanych. Nawet ja, chociaż pasja bejsbolowa jest mi obca, oglądam mecze w telewizji i skaczę w górę, kiedy punkty zdobywają lwy przemysłowe. Ale orientuję się, że bejsbol pogrąża nas w jakimś nierzeczywistym stuporze i że pojawienie się plakatów jest nawiasem, czasowym pozwoleniem, z którego nie możemy skorzystać kiedy indziej. Już widzę, co by się działo, gdybym po zakończeniu finału powiesiła na balkonie planszę z napisem: 'Etanol TAK!' albo: 'Internet dla wszystkich'.

Cztery dni później. Panoramiczne zdjęcie Hawany opatulonej gęstym dymem z kominów zrobione z balkonu jej mieszkania na 12. piętrze mrówkowca z podpisem:
W podręczniku geografii dla szóstej klasy jest zdjęcie ilustrujące zanieczyszczenie środowiska w krajach kapitalistycznych, już nie pamiętam, czy z Londynu, czy Berlina. Ale to jest jakoś podobne.

W kilka miesięcy te 'raporty z oblężonego kraju', o wiele bardziej oblężonego niż pogrążona w stanie wojennym Warszawa poety Zbigniewa Herberta, zawojowały bez mała cały świat, a przynajmniej świat cybersurferów.

Skąd się bierze siła takich zapisków z codzienności, niby naiwnych, trochę zdroworozsądkowych, wcale nie wojowniczych, ani trochę, choćby nienatrętnie, publicystycznych czy dydaktycznych? Chyba z ich prostoty i dojmującej prawdziwości, które biją z każdego słowa. Dlaczego czytają je, komentują i odpowiadają na nie miliony ludzi z całego świata, z wolnej Kanady i nie tak wolnych Chin? Dla ludzi demokratycznego Zachodu te słowa brzmią autentycznie, bo wyciekają cichym, wąskim i przerywanym strumyczkiem co kilka dni, jak przez szczelinę, przez którą wydostają się na zewnątrz z zatrzaśniętej na głucho zniewolonej wyspy, skąd zwykle dochodzi tylko wściekłość i wrzask propagandy ideologicznej krzepy. Dla samych Kubańczyków brzmią prawdziwie, bo to ich własne słowa, o nich samych.

Podziel się