http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Nie mogę patrzeć na kolegów

Tekst: Joanna Szczepkowska
15.06.2008 , aktualizacja: 16.06.2008 13:29
A A A Drukuj
Zaproszona do Teatru Telewizji Irena Eichlerówna mówi, patrząc na kamerę: - Zabierzcie tę maszynę. Przy tym nie można się skupić
Irena Eichlerówna jako Maria Stuart (1955 rok)
Fot. Edward Hartwig/Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego/NAC
Irena Eichlerówna jako Maria Stuart (1955 rok)
ZOBACZ TAKŻE
Z czym kojarzy się wam nazwisko Eichlerówna? Tłum młodzieży w sali domu kultury trudno uciszyć. Trwa festiwal teatrów młodzieżowych. - Ze starym teatrem. Jak doszło do tego, że największa indywidualistka polskiego aktorstwa, łamiąca wszystkie konwencje, szokująca, bezkompromisowa, tonie w starej legendzie, a jej nazwisko mylone jest z minoderyjnymi gwiazdami dawnej epoki?

Jest rok 1926. W warszawskim Gimnazjum im. Marii Konopnickiej ma się odbyć przedstawienie 'Balladyny' przygotowane przez uczniów. Na taki pokaz przychodzą nawet recenzenci i dyrektorzy teatrów. Do roli głównej poproszono uczennicę Irenę Eichler z powodu długich włosów i bardzo mocnego głosu. Brawa po przedstawieniu są tak huczne jak w teatrze, a następnego dnia Eichlerówna nie jest już dla młodszych koleżanek Leną, dziewczyną z lekko rozbieżnymi, smutnymi oczami. Jest demonem. Musi nim być, skoro umiała tak zagrać samo zło.

Warszawa zaczyna mówić o niezwykłej Balladynie, ale Irena nie interesuje się teatrem. W operze dostaje ataków śmiechu. Uczy się średnio i nie wie, co będzie robić po maturze - może architektura, to by się podobało ojcu, którego musi całować w rękę, nawet jeśli widzi go któryś raz w ciągu dnia. To zasłużony szacunek, bo Witold Eichler, mechanik z firmy Gerlach, utrzymuje żonę i sześcioro dzieci w skromnych, ale stabilnych warunkach. Kiedy koleżanka namawia ją, żeby weszły na egzaminy do szkoły teatralnej (wówczas Państwowy Instytut Sztuki Teatralnej PIST, dziś Akademia Teatralna), Lena opiera się tak, że trzeba ją ciągnąć na siłę.- Co pani sądzi o Norwidzie? - pyta ją rektor Zelwerowicz.

- To bardzo ładne - mówi. Nic o Norwidzie nie sądzi. Aleksander Zelwerowicz - genialny aktor i pedagog - w tych trzech słowach słyszy możliwości wielkiego głosu, a w skośnych oczach dostrzega szczególną magię. - Idź od razu na zajęcia. Nadchodzi dzień przedstawienia dyplomowego, a w nim monodram 'Śmierć Ofelii' w wykonaniu studentki, której powierzono szczególne, indywidualne zadanie.Wchodzi na scenę jakby od niechcenia, mówi cicho, monotonnie, jakby jej nie zależało. Jest inna niż wszyscy studenci i łamie wiersz! Nadaje mu własny rytm, akcentuje po swojemu, bez deklamacji! A mimo wszystko nie można od niej oderwać oczu.

Za kulisami zjawia się dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie Arnold Szyfman - marzenie młodych aktorów. - Jest pani zaangażowana. - Nie, panie dyrektorze, jadę do Wilna. Rektor Zelwerowicz obejmuje tam teatr.

Teatr rusza jak maszyna, premiera za premierą. Eichlerówna gra we wszystkim, czasem nawet tylko statystując, a mimo to przykuwa uwagę. Krytycy domagają się dużej, znaczącej roli. Kiedy wbiega na scenę jako 'szalona Julka' ze sztuki Kisielewskiego, od razu podbija Wilno. To, jak Eichlerówna-Julka, zbuntowana dziewczyna o artystycznej duszy, wbiegła na scenę - tak zwyczajnie, tak prosto - wilnianie będą wspominać latami. Zwłaszcza młodzież. Kochają ją.

Jest 'wileńską gwiazdą', tym, czym w rodzinie jest genialne dziecko. Mówią o niej 'nasza', ale ona nie do końca jest 'ich' - nigdy nie zabiega o publiczność. Ma w sobie coś, co w sztuce nazywa się 'świętym ogniem', a to oznacza długą, samotną wędrówkę.

Zelwerowicz skończył dyrekcję w Wilnie, Eichlerówna z wahaniem przyjęła zaproszenie do Krakowa. Tu do 'wileńskiej gwiazdy' podchodzą z dystansem, tu musi walczyć o zachowanie swojej indywidualności. Kiedy dostaje propozycję zagrania razem z wielką damą krakowskiej sceny Zofią Jaroszewską, jest oczywiste, że Kraków ma obejrzeć nie tyle przedstawienie, ile pojedynek. Jaroszewska budzi podziw, Eichlerówna - emocje. Sztuka Ludwika Hieronima Morstina nosi tytuł 'Dzika pszczoła'. Autor zachwycił się Eichlerówną w Wilnie, ale reżyser jest zszokowany. 'Nikt mnie nie zmusi z tą dziewuchą pracować! Postawię na swoim i to cielę, zresztą bardzo ładne, nie będzie chodziło po mojej scenie. Jutro odbieram jej rolę'. Autor na to, że jeśli Eichlerówna nie zagra, on wycofuje sztukę. Awantura na cały Kraków. A co to znaczy 'pracować z tą dziewuchą'? Konflikty?

Histerie? Nic takiego. Kiedy reżyser zgłasza swoje uwagi, ona milczy i uśmiecha się. I ten uśmiech jest gorszy od obelg. Na próbach, gdzie partneruje wielkiej damie sceny, mówi tekst bez interpretacji, nie wiadomo, co i jak zagra na premierze. A na drugi dzień: 'Rewelacja! Takiego talentu dawno nie oglądaliśmy w Krakowie! Zachwyciła mimo groźnej rywalizacji Zofii Jaroszewskiej'. Jak zachwyciła? 'Powolna, ściszona, lunatyczna, jakby obok swojej roli, jakby jej nie zależało' - piszą zaskoczeni recenzenci. Kraków podzielił się na zwolenników Jaroszewskiej lub Eichlerówny, ale ona potrzebuje szczególnej uwagi, a nie rywalizacji.

Kiedy Wilam Horzyca, jej wielbiciel i pedagog, został dyrektorem teatru we Lwowie, natychmiast zaproponował jej najwyższą gażę - i od tej pory co wieczór będzie stał w kulisach, słuchając jej głosu porównywanego do dźwięku wiolonczeli, do 'much, które brzęczą w sadzie'.

Lwów, lata 30. W winiarni Atlas zbierają się kochane przez miasto 'indywidua', a wśród nich Eichlerówna, ze swoim śmiechem, radością życia, potokiem słów i anegdotycznym pochłanianiem jedzenia. Plotkują o niej (właśnie przyjechał do Lwowa zakochany w Irenie aktor Jan Kreczmar). Lwów ją kocha - za talent i za słabości.

Kobieta, którą raz Lena nazwano,

Jest biała, pulchna i trochę leniwa.

Nie lubi wstawać wcześnie rano,

Choć wie, że od tego tuszy jej przybywa.

By zwiększyć oczy, nie używa kresek.

Jej czarne włosy mają cedru zapach.

Szczęśliwa, jeśli mężczyzna jak piesek

Jada z jej rączki stanąwszy na łapach.


Zabawny wierszyk, ale Eichlerówna leniwa? Tak. Można być pracowitą i leniwą jednocześnie. W teatrze już zaakceptowano, że nie słucha reżyserów, na próbach nie gra nic - jej rola jest tajemnicą aż do premiery. Opracowuje sztukę jak partyturę muzyczną, zawsze sama, tylko w domu. Łączy ciągi zdań, poddając je własnej logice, mówi je na jednym oddechu, aż do zaskakującej pauzy. Być może dlatego nie ma znaczenia to, że gra w sztukach nie największego kalibru. Ważna jest muzyka mowy i to, co można opowiedzieć poza słowami. Tak jeszcze nigdy nikt nie grał.

Podziel się