Teresa Oleszczuk, graficzka, 47 lat
mieszka ze współlokatorami Anią (27 lat) i Piotrkiem (21 lat) oraz dwoma kotami
Wolność intelektualna jest zależna od rzeczy materialnych. Kobiety zaś zawsze były biedne

Janina Żaneta Szurek: Wybrałam to mieszkanie. Chciałam, żeby było wysoko, i udało się - 14. piętro

Maria Słojewska (w warszawskim mieszkaniu) napisała już z Anglii: Tu mam pokój i pracownię. Pewnie posiedzę tu dłużej. Nie mam do czego wracać. Namalowałam kilka kocich portretów. To moje renifery

Fot. Jan Zamoyski / AG
Joanna Tokarska-Bakir, 49 lat
profesor UW, antropolożka, mieszka z mężem i trójką dzieci

Asia Pinkshot: Jest już po operacji, ale nie potrafi wysiedzieć w domu. Od powrotu ze Szwajcarii zdążyła zagrać na kilku imprezach
ZOBACZ TAKŻE
- Jak zasłużyłam na samotną starość? (24-03-08, 11:00)
- Marina Cwietajewa - moja rzecz zdrada (26-11-07, 11:00)
SONDAŻ
Nie miały zatem żadnych szans, by tworzyć poezję. Dlatego właśnie tak wielki kładłam nacisk na kwestię pieniędzy i własnego pokoju - pisała Virginia Woolf w 1929 r. Czy dziś własny pokój gwarantuje kobietom niezależność? Kogo na niego stać?
Teresa Oleszczuk, graficzka, 47 lat
Mieszka ze współlokatorami Anią (27 lat) i Piotrkiem (21 lat) oraz dwoma kotami. Pierwszy raz w życiu to, co zarabiam, wystarcza mi, żeby przeżyć cały miesiąc. Od roku mam etat w "Polityce". Gdybym była mniej rozrzutna, może udałoby mi się coś zaoszczędzić. Najczęściej pracuję dłużej niż osiem godzin. Czasem też w weekendy. Wracam i pracuję w domu, bo pensja wpływająca na konto to cudna rzecz, ale jak większość ludzi jestem podszyta lękiem, że sielanka nie będzie trwać wiecznie. Nie zrezygnowałam z projektowania książek, broszur, okładek dla innych wydawców. Pieniądze są z tego dodatkowe i nieregularne. Ale to też przyjemność, bo lubię robić coś, z czym się identyfikuję. Stale projektuję dla Związku Ukraińców w Polsce, wcześniej - wiele lat dla organizacji feministycznych.
Jako dziecko nie miałam własnego pokoju. Najpierw mieszkaliśmy w hotelu robotniczym. Nie mieliśmy osobnej kuchni i ubikacji. Kiedy szłam do liceum, matce udało się zdobyć większe mieszkanie. Dostałam pokój razem z młodszymi braćmi. Obaj z matczynym przyzwoleniem zagarniali całą przestrzeń. Czasem udawało mi się wywalczyć trochę miejsca pod stołem pingpongowym. Skończyłam liceum plastyczne, potem Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych w Poznaniu. Najpierw byłam dekoratorką w Stołecznym Przedsiębiorstwie Handlu Wewnętrznego. Z patyczków, tekturek, listków i szpilek, i miliona szarych sweterków tworzyło się witryny sklepików Pragi-Północ. W dekoratorniach pracowały głównie dziewczyny. Bardzo się wspierałyśmy: pożyczałyśmy sobie po 10 zł, gotowałyśmy wspólnie makaron - razem łatwiej przetrwać. Jak masz 20 lat, to umiesz wszystko, co niezbędne do życia. Wyprowadziłam się. W domu były napięcia między rodzicami. I ciasno. Zamieszkałam u przyjaciółki z liceum. Prowadziłam nobliwe życie, a ona zobowiązana mitem bycia artystką szalała. Kawalerka dla dwóch dorastających kobiet to zły pomysł. Poprosiła, żebym się wyniosła. Trzy noce spędziłam na Dworcu Śródmieście.
Kiedyś wynajmowałam na rogu Próżnej i pl. Grzybowskiego. Na tym mieszkaniu zarobiłam kupę kasy 100 dol. Z pl. Grzybowskiego ruszały pochody pierwszomajowe. Ekipy zachodnich telewizji płaciły za widok z okna. Pewnego ranka wkroczyli jacyś ludzie. Powiedzieli, że właścicielka mieszkania sprzedała im meldunek. Najbardziej pamiętam wstyd - byłam jeszcze w pościeli. Pozbierałam wszystko do miski, która służyła za wannę, i wyszłam. Towarzyszy mi lęk, że to się może powtórzyć. Nie kupiłam mieszkania. Nie stać mnie. Moja perspektywa obejmuje tydzień naprzód. Pochodzę z biednego świata. Nigdy się nie planowało: teraz kupimy lodówkę, za rok telewizor. Jak były pieniądze, to się kupowało, jak nie - to nie. Do dzisiaj nie mam takich marzeń.
Fajnie byłoby odbyć podróż do Mongolii. Ale tylko fajnie. Taki pomysł nie zdeterminuje mojej codziennej krzątaniny. Mam emeryckie marzenie dołów socjalnych: na zęby. Wziąć urlop, poświęcić temu dwa tygodnie, mieć z głowy. A nie co trzy tygodnie chodzić, żeby doklejali mi kawałki. Kiedy pytałam koleżanki o ich pokój, najpierw mówiły: "No tak, nie mam". A po chwili: "Ale mam cały dom". W tych domach widać ich siłę. To one decydują o wszystkim - od wzorku na filiżance po odcień komody. Nie szkodzi, że mąż ma pracownię, gabinet, bibliotekę, a one tylko biurko w sypialni. Jedna powiedziała, że gdyby miała własny pokój, zamykałaby się w nim i straciła kontrolę nad resztą świata. Najbardziej lubi siedzieć w kuchni połączonej z salonem. To miejsce dyskretnego nadzorcy, wszystko z niego widać. Ja bym tak nie mogła. Zauważyłam, że w nowych zamożnych domach kobiety nie mają pokoi, ale łazienki. A tam podświetlane toaletki, fotele. Tak robią sobie swoją przestrzeń.
Kobiety zaczynają marzyć o własnym pokoju później. Kiedy dzieci się wyprowadzają, anektują ich pokoje. Wtedy nie ma już cenzora nakazującego, by sypialnia była wspólna. Kiedyś osobne sypialnie nie szokowały. Gdybym mieszkała z partnerem, potrzebowałabym osobnej sypialni. Mimo bliskości człowiek chce mieć grypę, okres, schronienie we własnym łóżku.
Joanna Tokarska- Bakir, 49 lat, profesor UW, antropolożka, mieszka z mężem i trójką dzieci
Moja profesorska pensja wynosi 2,8 tys. zł na rękę. Szkoła córki kosztuje 1 tys. zł. Drugi tysiąc to opłaty za mieszkanie. Zostaje 800 zł na życie i opłacenie rachunków telefonicznych. Nie wiem, ile zarabiają koledzy, płace są tajne. Mogłoby się wydać, że kobiety zarabiają mniej. Pierwsze przyzwoite pieniądze dostałam w 1997 r. od Fundacji na rzecz Nauki Polskiej za książkę "Wyzwolenie przez zmysły" - 10 tys. zł. Największe honorarium, jakie udało mi się uzyskać, to 15 tys. zł. Za książkę, którą pisałam siedem lat. Zobligowano mnie do milczenia na temat sumy, na którą opiewała umowa, bo inni też tyle zażądają. Dopóki nie wiedzą, można im powiedzieć, że się nie płaci, bo taki jest zwyczaj. Tylko raz żyłam z nauki - kiedy pracowałam na dwóch etatach. To obniża jakość pracy, a mogę sobie na to pozwolić, żeby jej nie obniżać.
Są przypadki, kiedy nie biorę pieniędzy. Tak robię z pismami feministycznymi czy Uniwersytetem im. Jacka Kuronia w Teremiskach. Jeśli jednak wydawnictwo komercyjne zaprasza mnie na promocję książki, to oczekuję zapłaty i nie wierzę w lamenty: nie mamy na to budżetu. Gazety liczą, że autorka nie będzie walczyć o pieniądze. Wszyscy udają społeczników, a naprawdę są hochsztaplerami. Tylko hochsztapler może, jak mówi Mrożek, częściej niż raz w miesiącu pracować dla idei. Innych na to nie stać - musimy pracować na życie, nie tylko swoje. W korespondencji Jaspersa z Heideggerem można zobaczyć, ile uwagi staraniom o pieniądze poświęcali subtelni profesorowie filozofii. Pisali o honorariach, połówkach etatu, skąd wziąć dodatek do pensji, refundację książek. Kiedyś prof. Andrzej Wierciński zapytał mnie: "Skąd pani ma pieniądze na zajmowanie się nauką?". On dobrze wiedział, ile to kosztuje.
Po długim czasie nierozmawiania o pieniądzach teraz mam zasadę: rozmawiać zawsze. Taka rozmowa jest weryfikacją kwalifikacji: żądam, bo znam swoje możliwości. Jest ryzykiem, ale zwiększa naszą wiarygodność. Musisz się liczyć z tym, że ktoś wyrzuci cię za drzwi tekstem: "Co pani sobie wyobraża?". Trzeba to ryzyko podjąć. Im wcześniej, tym lepiej - o wiele trudniej jest renegocjować warunki, niż je ustalać. To gra z samą sobą: stawiać warunki znaczy wiedzieć, że jest się dobrą i że można sprostać własnym standardom. Duży zysk, bo kobieta działająca w męskiej sferze takiej jak nauka czy życie publiczne jest nieustannie zagrożona paranoją. Presja psychiczna może powodować manię wielkości (często pod pozorami niższości) i prowadzi do unikania kontaktu z rzeczywistością - siedzi się w jednym środowisku, unika ciosów, przez całe życie uważa się, że jest się niedocenioną, produkuje się frustrację. To jest niebezpieczne, czasem prowadzi do chorób psychicznych. Kobiety są na nie szczególnie narażone, bo ponoszą ogromne koszty pracy: często nie zakładają rodzin, tracą związki, nie mają oparcia. Ilość rozwodów w środowisku jest ogromna. Są instytuty, w których w ogóle nie ma małżeństw, sami rozwodnicy.
Tymczasem codzienny dialog jest niezbędny do życia. Kontakt pozwala przegadać to, co się wydarzyło, sprawdzić, czy nie gonimy w piętkę, czy cena, jaką płacimy za pracę, wciąż jest warta świeczki. Żeby być na bieżąco, muszę sprowadzić książki za blisko 500 dol. w semestrze. Plus 10 tys. zł na książki, które kupuję w Polsce. Pożyczam je następnie magistrantom i doktorantom. Gołym okiem widać, że jeśli ktoś finansuje naukę polską, to jest to w gruncie rzeczy mój mąż. Nie udało mi się sprowadzić ani jednej książki na zamówienie biblioteczne, choć próbowałam. Studenci nie czytają, mówiąc: książki są za drogie. To fakt, problem w tym, że oni, biedacy, za zaoszczędzone pieniądze co piątek kupują w barach kolejne piwa. Ja nie mam samochodu ani wykupionego mieszkania. Mój kapitał jest zamrożony - na półkach i w mojej głowie. Najpierw pracowałam w sypialni. Zajęłam biurko męża. Mamy niełatwe warunki, choć to nasza "wina". Kiedy jadąc na stypendium do Niemiec, zgłosiłam potrzeby mieszkaniowe dla pięcioosobowej rodziny, traktowano mnie jak ciemną kobietę z Europy Wschodniej. Jak ktoś cywilizowany może mieć tyle dzieci?! Wielodzietna rodzina to ciągle arystokratyczna zachcianka. Rzecz kosztowna. W takich rodzinach potrzeby kobiet schodzą na dalszy plan. Zawsze jest coś ważniejszego niż własny pokój mamy. Nie jesteśmy wychowywani w atmosferze szacunku do siebie nawzajem, do potrzeb drugiej osoby. Mężczyznom przystoi ekspansja, zdobywanie przestrzeni, kobietom - jedynie wycofanie.
W 2002 r. dostałam nagrodę "Res Publiki". Za to zrobiliśmy remont. Kupiłam półki do pokoju, w którym wcześniej spaliśmy; przystosowaliśmy go na mój gabinet. Część książek musiałam wywieźć na wieś do znajomych. Ciągle ich przybywa, a mój pokój jest malutki. Przestrzeń jest ważna. Najgorzej dla własnego rozwoju, gdy zarasta. Znam takie pokoje u naukowczyń - to źle wróży. Wolna przestrzeń w pokoju to warunek ruchu w głowie. Mój pokój to, jak chce Michel de Montaigne, "izba za sklepem". Izba nie jest gabinetem, jaki ma mężczyzna. Gabinet to miejsce prestiżu, a izba to miejsce-narzędzie. Do izby łatwiej wejść. Ojciec mojej przyjaciółki jest profesorem. Jego gabinet był niedostępny. Opowiadała, że kiedyś dała mu tabliczkę z napisem: "Proszę nie przeszkadzać. Tata pracuje". Pilnuję, by się nim nie stać. Ale autonomia jest podstawą.
Żeby być niezależną, trzeba mieć swoje miejsce. Mężczyzna nosi je ze sobą - to pewien styl bycia, którego uczy się chłopców. A kobietę uczy się dostosowania i rozpłynięcia w tym, co wspólne. Mam przyjaciółkę, której od lat nie mogę wytłumaczyć, że chciałabym napisać e-maila na jej konto, a nie konto jej córki. Albo zadzwonić na jej numer telefonu. Mogę jej kupować karty. Nie słyszy, gdy mówię jej, że nasz kontakt jest cenzurowany przez innych. Mówi: "Nie mam pieniędzy na telefon". Sęk w tym, że nie ma pieniędzy bez niezależności.
Asia Pinkshot, DJane, 29 lat. Pracuje w Pasta Café, mieszka z kotami Figą i Maszą, psami Olą i Julą
Jestem z Płocka. W Warszawie mieszkam od dziewięciu lat. Zdarzało się, że we wspólnym pokoju. I było OK. Ja potrzebuję odgłosów. Jeśli chciałam wejść w siebie - miałam ten komfort. Potrafię znaleźć ciszę mimo hałasu wokół. Warszawska Praga ma złą sławę, ale to nieporozumienie. Moi sąsiedzi są świetni. Ostatnio robiłam imprezę. Na klatce spotkałam starszego pana, zaprosiliśmy go. Mieliśmy taką zabawę, że ktoś coś rysował, a druga osoba to kończyła. Sąsiad grał z nami, wspominał czasy studenckie. Z kolektywem Kvir Sfera i znajomymi robię różne akcje propagujące równość między ludźmi. Dla mnie najważniejsze jest, żeby pokazywać kobiety aktywne na polu sztuki.
W Warszawie młode pokolenie nie wie, że istnieje sztuka kobieca! Dlatego gram utwory kobiet i o kobietach. Dbam, żeby jeśli na imprezach, które robię, gram ja albo jakaś inna kobieta, nie pisać DJ, tylko DJane. Dziewczyny rzadko grają w klubach otwartych dla wszystkich. DJane jest atrakcją, czymś wyjątkowym. Ale nie lubię mówić o sobie: jestem DJane. Dopiero raczkuję, a didżejka wymaga dużo umiejętności. Jeśli zarabiam na graniu, to tylko tyle, żeby kupić płyty. Zarabiam w knajpie, w Paście. Jeśli przychodzi kryzys, mam wokół siebie ludzi, którzy mnie wspierają. Nie mam superdochodów ani swego mieszkania. Bez przyjaciół nie byłoby szansy na przetrwanie. Przed Pastą pracowałam w innej knajpie. Pieniądze były większe, ale układy gorsze. W Pasta Café nie ma klimatu, że kelnerka jest służebnicą klienta. Miewam stresy, ale bez megadołów. Miesiące płyną bez katastrof. Nie mam żadnych oszczędności, ale chyba mam nad sobą gwiazdę, która czuwa.
Ostatnio w klubie UFA robiłam benefis na operację nogi. Byłam zaskoczona. Na moje konto wpływały pieniądze od ludzi, których nawet nie znam, z miast, w których nie byłam. Mam zerwane wiązadło krzyżowe. Podczas pierwszej operacji lekarze popełnili błąd. Wisi nade mną ryzyko, że pęknie mi kość łydkowa, co uczyni mnie kaleką. Ale kalectwo nie jest zagrożeniem życia, więc każą mi czekać cztery lata. Gdybym żyła w państwie socjalnym, które zapewniłoby mi, że będę się mogła realizować jako osoba niepełnosprawna, to proszę. W Polsce kalectwo to zagłada. Próbowałam prywatnie. Jedni lekarze odmówili, drudzy chcieli 15 tys. zł więcej niż w Szwajcarii. W Zurychu zapłacę 22 tys. zł.
Po operacji zamierzam siedzieć w domu. Czytać. Słuchać - wody w kaloryferach, pralki, sąsiada, windy. Marzę o tym. Teraz wpadam, wychodzę z psami, lecę do pracy, wracam, lecę do szkół językowych. We własnym pokoju spędzam noce i poranki.
Teresa Oleszczuk, graficzka, 47 lat
Mieszka ze współlokatorami Anią (27 lat) i Piotrkiem (21 lat) oraz dwoma kotami. Pierwszy raz w życiu to, co zarabiam, wystarcza mi, żeby przeżyć cały miesiąc. Od roku mam etat w "Polityce". Gdybym była mniej rozrzutna, może udałoby mi się coś zaoszczędzić. Najczęściej pracuję dłużej niż osiem godzin. Czasem też w weekendy. Wracam i pracuję w domu, bo pensja wpływająca na konto to cudna rzecz, ale jak większość ludzi jestem podszyta lękiem, że sielanka nie będzie trwać wiecznie. Nie zrezygnowałam z projektowania książek, broszur, okładek dla innych wydawców. Pieniądze są z tego dodatkowe i nieregularne. Ale to też przyjemność, bo lubię robić coś, z czym się identyfikuję. Stale projektuję dla Związku Ukraińców w Polsce, wcześniej - wiele lat dla organizacji feministycznych.
Jako dziecko nie miałam własnego pokoju. Najpierw mieszkaliśmy w hotelu robotniczym. Nie mieliśmy osobnej kuchni i ubikacji. Kiedy szłam do liceum, matce udało się zdobyć większe mieszkanie. Dostałam pokój razem z młodszymi braćmi. Obaj z matczynym przyzwoleniem zagarniali całą przestrzeń. Czasem udawało mi się wywalczyć trochę miejsca pod stołem pingpongowym. Skończyłam liceum plastyczne, potem Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych w Poznaniu. Najpierw byłam dekoratorką w Stołecznym Przedsiębiorstwie Handlu Wewnętrznego. Z patyczków, tekturek, listków i szpilek, i miliona szarych sweterków tworzyło się witryny sklepików Pragi-Północ. W dekoratorniach pracowały głównie dziewczyny. Bardzo się wspierałyśmy: pożyczałyśmy sobie po 10 zł, gotowałyśmy wspólnie makaron - razem łatwiej przetrwać. Jak masz 20 lat, to umiesz wszystko, co niezbędne do życia. Wyprowadziłam się. W domu były napięcia między rodzicami. I ciasno. Zamieszkałam u przyjaciółki z liceum. Prowadziłam nobliwe życie, a ona zobowiązana mitem bycia artystką szalała. Kawalerka dla dwóch dorastających kobiet to zły pomysł. Poprosiła, żebym się wyniosła. Trzy noce spędziłam na Dworcu Śródmieście.
Kiedyś wynajmowałam na rogu Próżnej i pl. Grzybowskiego. Na tym mieszkaniu zarobiłam kupę kasy 100 dol. Z pl. Grzybowskiego ruszały pochody pierwszomajowe. Ekipy zachodnich telewizji płaciły za widok z okna. Pewnego ranka wkroczyli jacyś ludzie. Powiedzieli, że właścicielka mieszkania sprzedała im meldunek. Najbardziej pamiętam wstyd - byłam jeszcze w pościeli. Pozbierałam wszystko do miski, która służyła za wannę, i wyszłam. Towarzyszy mi lęk, że to się może powtórzyć. Nie kupiłam mieszkania. Nie stać mnie. Moja perspektywa obejmuje tydzień naprzód. Pochodzę z biednego świata. Nigdy się nie planowało: teraz kupimy lodówkę, za rok telewizor. Jak były pieniądze, to się kupowało, jak nie - to nie. Do dzisiaj nie mam takich marzeń.
Fajnie byłoby odbyć podróż do Mongolii. Ale tylko fajnie. Taki pomysł nie zdeterminuje mojej codziennej krzątaniny. Mam emeryckie marzenie dołów socjalnych: na zęby. Wziąć urlop, poświęcić temu dwa tygodnie, mieć z głowy. A nie co trzy tygodnie chodzić, żeby doklejali mi kawałki. Kiedy pytałam koleżanki o ich pokój, najpierw mówiły: "No tak, nie mam". A po chwili: "Ale mam cały dom". W tych domach widać ich siłę. To one decydują o wszystkim - od wzorku na filiżance po odcień komody. Nie szkodzi, że mąż ma pracownię, gabinet, bibliotekę, a one tylko biurko w sypialni. Jedna powiedziała, że gdyby miała własny pokój, zamykałaby się w nim i straciła kontrolę nad resztą świata. Najbardziej lubi siedzieć w kuchni połączonej z salonem. To miejsce dyskretnego nadzorcy, wszystko z niego widać. Ja bym tak nie mogła. Zauważyłam, że w nowych zamożnych domach kobiety nie mają pokoi, ale łazienki. A tam podświetlane toaletki, fotele. Tak robią sobie swoją przestrzeń.
Kobiety zaczynają marzyć o własnym pokoju później. Kiedy dzieci się wyprowadzają, anektują ich pokoje. Wtedy nie ma już cenzora nakazującego, by sypialnia była wspólna. Kiedyś osobne sypialnie nie szokowały. Gdybym mieszkała z partnerem, potrzebowałabym osobnej sypialni. Mimo bliskości człowiek chce mieć grypę, okres, schronienie we własnym łóżku.
Joanna Tokarska- Bakir, 49 lat, profesor UW, antropolożka, mieszka z mężem i trójką dzieci
Moja profesorska pensja wynosi 2,8 tys. zł na rękę. Szkoła córki kosztuje 1 tys. zł. Drugi tysiąc to opłaty za mieszkanie. Zostaje 800 zł na życie i opłacenie rachunków telefonicznych. Nie wiem, ile zarabiają koledzy, płace są tajne. Mogłoby się wydać, że kobiety zarabiają mniej. Pierwsze przyzwoite pieniądze dostałam w 1997 r. od Fundacji na rzecz Nauki Polskiej za książkę "Wyzwolenie przez zmysły" - 10 tys. zł. Największe honorarium, jakie udało mi się uzyskać, to 15 tys. zł. Za książkę, którą pisałam siedem lat. Zobligowano mnie do milczenia na temat sumy, na którą opiewała umowa, bo inni też tyle zażądają. Dopóki nie wiedzą, można im powiedzieć, że się nie płaci, bo taki jest zwyczaj. Tylko raz żyłam z nauki - kiedy pracowałam na dwóch etatach. To obniża jakość pracy, a mogę sobie na to pozwolić, żeby jej nie obniżać.
Są przypadki, kiedy nie biorę pieniędzy. Tak robię z pismami feministycznymi czy Uniwersytetem im. Jacka Kuronia w Teremiskach. Jeśli jednak wydawnictwo komercyjne zaprasza mnie na promocję książki, to oczekuję zapłaty i nie wierzę w lamenty: nie mamy na to budżetu. Gazety liczą, że autorka nie będzie walczyć o pieniądze. Wszyscy udają społeczników, a naprawdę są hochsztaplerami. Tylko hochsztapler może, jak mówi Mrożek, częściej niż raz w miesiącu pracować dla idei. Innych na to nie stać - musimy pracować na życie, nie tylko swoje. W korespondencji Jaspersa z Heideggerem można zobaczyć, ile uwagi staraniom o pieniądze poświęcali subtelni profesorowie filozofii. Pisali o honorariach, połówkach etatu, skąd wziąć dodatek do pensji, refundację książek. Kiedyś prof. Andrzej Wierciński zapytał mnie: "Skąd pani ma pieniądze na zajmowanie się nauką?". On dobrze wiedział, ile to kosztuje.
Po długim czasie nierozmawiania o pieniądzach teraz mam zasadę: rozmawiać zawsze. Taka rozmowa jest weryfikacją kwalifikacji: żądam, bo znam swoje możliwości. Jest ryzykiem, ale zwiększa naszą wiarygodność. Musisz się liczyć z tym, że ktoś wyrzuci cię za drzwi tekstem: "Co pani sobie wyobraża?". Trzeba to ryzyko podjąć. Im wcześniej, tym lepiej - o wiele trudniej jest renegocjować warunki, niż je ustalać. To gra z samą sobą: stawiać warunki znaczy wiedzieć, że jest się dobrą i że można sprostać własnym standardom. Duży zysk, bo kobieta działająca w męskiej sferze takiej jak nauka czy życie publiczne jest nieustannie zagrożona paranoją. Presja psychiczna może powodować manię wielkości (często pod pozorami niższości) i prowadzi do unikania kontaktu z rzeczywistością - siedzi się w jednym środowisku, unika ciosów, przez całe życie uważa się, że jest się niedocenioną, produkuje się frustrację. To jest niebezpieczne, czasem prowadzi do chorób psychicznych. Kobiety są na nie szczególnie narażone, bo ponoszą ogromne koszty pracy: często nie zakładają rodzin, tracą związki, nie mają oparcia. Ilość rozwodów w środowisku jest ogromna. Są instytuty, w których w ogóle nie ma małżeństw, sami rozwodnicy.
Tymczasem codzienny dialog jest niezbędny do życia. Kontakt pozwala przegadać to, co się wydarzyło, sprawdzić, czy nie gonimy w piętkę, czy cena, jaką płacimy za pracę, wciąż jest warta świeczki. Żeby być na bieżąco, muszę sprowadzić książki za blisko 500 dol. w semestrze. Plus 10 tys. zł na książki, które kupuję w Polsce. Pożyczam je następnie magistrantom i doktorantom. Gołym okiem widać, że jeśli ktoś finansuje naukę polską, to jest to w gruncie rzeczy mój mąż. Nie udało mi się sprowadzić ani jednej książki na zamówienie biblioteczne, choć próbowałam. Studenci nie czytają, mówiąc: książki są za drogie. To fakt, problem w tym, że oni, biedacy, za zaoszczędzone pieniądze co piątek kupują w barach kolejne piwa. Ja nie mam samochodu ani wykupionego mieszkania. Mój kapitał jest zamrożony - na półkach i w mojej głowie. Najpierw pracowałam w sypialni. Zajęłam biurko męża. Mamy niełatwe warunki, choć to nasza "wina". Kiedy jadąc na stypendium do Niemiec, zgłosiłam potrzeby mieszkaniowe dla pięcioosobowej rodziny, traktowano mnie jak ciemną kobietę z Europy Wschodniej. Jak ktoś cywilizowany może mieć tyle dzieci?! Wielodzietna rodzina to ciągle arystokratyczna zachcianka. Rzecz kosztowna. W takich rodzinach potrzeby kobiet schodzą na dalszy plan. Zawsze jest coś ważniejszego niż własny pokój mamy. Nie jesteśmy wychowywani w atmosferze szacunku do siebie nawzajem, do potrzeb drugiej osoby. Mężczyznom przystoi ekspansja, zdobywanie przestrzeni, kobietom - jedynie wycofanie.
W 2002 r. dostałam nagrodę "Res Publiki". Za to zrobiliśmy remont. Kupiłam półki do pokoju, w którym wcześniej spaliśmy; przystosowaliśmy go na mój gabinet. Część książek musiałam wywieźć na wieś do znajomych. Ciągle ich przybywa, a mój pokój jest malutki. Przestrzeń jest ważna. Najgorzej dla własnego rozwoju, gdy zarasta. Znam takie pokoje u naukowczyń - to źle wróży. Wolna przestrzeń w pokoju to warunek ruchu w głowie. Mój pokój to, jak chce Michel de Montaigne, "izba za sklepem". Izba nie jest gabinetem, jaki ma mężczyzna. Gabinet to miejsce prestiżu, a izba to miejsce-narzędzie. Do izby łatwiej wejść. Ojciec mojej przyjaciółki jest profesorem. Jego gabinet był niedostępny. Opowiadała, że kiedyś dała mu tabliczkę z napisem: "Proszę nie przeszkadzać. Tata pracuje". Pilnuję, by się nim nie stać. Ale autonomia jest podstawą.
Żeby być niezależną, trzeba mieć swoje miejsce. Mężczyzna nosi je ze sobą - to pewien styl bycia, którego uczy się chłopców. A kobietę uczy się dostosowania i rozpłynięcia w tym, co wspólne. Mam przyjaciółkę, której od lat nie mogę wytłumaczyć, że chciałabym napisać e-maila na jej konto, a nie konto jej córki. Albo zadzwonić na jej numer telefonu. Mogę jej kupować karty. Nie słyszy, gdy mówię jej, że nasz kontakt jest cenzurowany przez innych. Mówi: "Nie mam pieniędzy na telefon". Sęk w tym, że nie ma pieniędzy bez niezależności.
Asia Pinkshot, DJane, 29 lat. Pracuje w Pasta Café, mieszka z kotami Figą i Maszą, psami Olą i Julą
Jestem z Płocka. W Warszawie mieszkam od dziewięciu lat. Zdarzało się, że we wspólnym pokoju. I było OK. Ja potrzebuję odgłosów. Jeśli chciałam wejść w siebie - miałam ten komfort. Potrafię znaleźć ciszę mimo hałasu wokół. Warszawska Praga ma złą sławę, ale to nieporozumienie. Moi sąsiedzi są świetni. Ostatnio robiłam imprezę. Na klatce spotkałam starszego pana, zaprosiliśmy go. Mieliśmy taką zabawę, że ktoś coś rysował, a druga osoba to kończyła. Sąsiad grał z nami, wspominał czasy studenckie. Z kolektywem Kvir Sfera i znajomymi robię różne akcje propagujące równość między ludźmi. Dla mnie najważniejsze jest, żeby pokazywać kobiety aktywne na polu sztuki.
W Warszawie młode pokolenie nie wie, że istnieje sztuka kobieca! Dlatego gram utwory kobiet i o kobietach. Dbam, żeby jeśli na imprezach, które robię, gram ja albo jakaś inna kobieta, nie pisać DJ, tylko DJane. Dziewczyny rzadko grają w klubach otwartych dla wszystkich. DJane jest atrakcją, czymś wyjątkowym. Ale nie lubię mówić o sobie: jestem DJane. Dopiero raczkuję, a didżejka wymaga dużo umiejętności. Jeśli zarabiam na graniu, to tylko tyle, żeby kupić płyty. Zarabiam w knajpie, w Paście. Jeśli przychodzi kryzys, mam wokół siebie ludzi, którzy mnie wspierają. Nie mam superdochodów ani swego mieszkania. Bez przyjaciół nie byłoby szansy na przetrwanie. Przed Pastą pracowałam w innej knajpie. Pieniądze były większe, ale układy gorsze. W Pasta Café nie ma klimatu, że kelnerka jest służebnicą klienta. Miewam stresy, ale bez megadołów. Miesiące płyną bez katastrof. Nie mam żadnych oszczędności, ale chyba mam nad sobą gwiazdę, która czuwa.
Ostatnio w klubie UFA robiłam benefis na operację nogi. Byłam zaskoczona. Na moje konto wpływały pieniądze od ludzi, których nawet nie znam, z miast, w których nie byłam. Mam zerwane wiązadło krzyżowe. Podczas pierwszej operacji lekarze popełnili błąd. Wisi nade mną ryzyko, że pęknie mi kość łydkowa, co uczyni mnie kaleką. Ale kalectwo nie jest zagrożeniem życia, więc każą mi czekać cztery lata. Gdybym żyła w państwie socjalnym, które zapewniłoby mi, że będę się mogła realizować jako osoba niepełnosprawna, to proszę. W Polsce kalectwo to zagłada. Próbowałam prywatnie. Jedni lekarze odmówili, drudzy chcieli 15 tys. zł więcej niż w Szwajcarii. W Zurychu zapłacę 22 tys. zł.
Po operacji zamierzam siedzieć w domu. Czytać. Słuchać - wody w kaloryferach, pralki, sąsiada, windy. Marzę o tym. Teraz wpadam, wychodzę z psami, lecę do pracy, wracam, lecę do szkół językowych. We własnym pokoju spędzam noce i poranki.
Janina Żaneta Szurek, 90 lat, inżynier ogrodnictwa, emerytka, mieszka z synem
W tym pokoiku mieści się moje 90 lat. Jest niemiłosiernie zagracony, bo uprawiam kult przodków. Mam go od 1972 r. Wybrałam to mieszkanie. Chciałam, żeby było wysoko, i udało się - 14. piętro. Wtedy był stąd widok na rzekę i Saską Kępę. Najbardziej lubiłam, kiedy na Wiśle układały się smugi światła od latarń. To pobudzało do fantazji, pisałam wiersze. Widok zasłoniły osiedla. Ale za to w nocy są piękne światełka. Nigdy wcześniej nie miałam własnego pokoju. Ten jest pierwszy. Godzinami siedziałam na balkonie, rozkoszowałam się widokiem.
Wychowałam się w górach. Miałam dziewięć lat, kiedy ojciec zawiózł mnie koniem pod Szczyrk, zaprowadził na szczyty. Od tego czasu łażę po górach. W zeszłym roku pożegnałam się z Beskidem Sądeckim. We wszystkich schroniskach nocowałam, żeby widzieć zachód słońca i poranek. W tym roku już mnie wożono, więc gdzie się da wjechać kolejką, to byłam. Jakbym dostała mieszkanie na 80. piętrze, to bym była najszczęśliwsza w życiu. Ale za mała jestem, żeby mnie było stać. W dzieciństwie ciągle się przeprowadzaliśmy - ojciec był leśniczym. Na studia poszłam do Warszawy. Wojna mi przerwała. Po wojnie PRL zafundował mi studia i bursę i za to chapeau bas PRL-owi, inaczej nie mogłabym studiować. Skończyłam SGGW, wydział ogrodniczy. Długo mieszkałam kątem. U siostry, u szwagra, koleżanek. Potem z trzema osobami w jednym pokoju. Jedną z nich była moja ciężko chora mama. Umarła, a ja za działalność społeczną dostałam przydział - dwa pokoje z kuchnią. Centrala Rolnicza Spółdzielni "Samopomoc Chłopska", w której pracowałam, opiekowała się domem dziecka w Konstancinie. Jeździłam do dzieciaków z prezentami, brałam je do cyrku, na przejażdżki po Wiśle. Po śmierci matki spłacałam dług wobec niej, opiekując się rozmaitymi staruszkami.
Zawsze miałam przy sobie kulawe kurczęta. Dwie dziewczyny ratowałam z ich rodzinnych komplikacji. I Bułgara, co się nieszczęśliwie zakochał. Jak kurczęta przestają się odzywać, to dobrze - znaczy, że są gdzieś w świecie, szczęśliwe. Nigdy nie rodziłam. Nie chciałam. Dlaczego? Nie wiedziałam, dzieci się do mnie garnęły. Nie wyszłam za mąż, choć powodzenie miałam. Ale bałam się, że oni będą chcieli rodziny. Aż któryś mój psycholog dogrzebał się wspomnienia: jak miałam sześć lat, mama zaprowadziła mnie do domu, gdzie był poród. Pełen zmagań i bólu. Pamiętam, jak ta kobieta powiedziała: "W życiu więcej rodzić nie będę". Koło jej łóżka leżało łożysko, kawałek czerwonego mięsa. Mam dwóch przybranych synów. Jeden z nich chciał psa. Stanęło na cocker-spanielce. I tak rok przed emeryturą zajęłam się produkcją rasowych piesków. Moja ukochana sunia była łaskawa rodzić mi co dwa lata. Szczeniaki szły jak ciepłe bułeczki. Za psie pieniądze zjeździłam świat. Byłam wszędzie oprócz Paryża. Pojechałabym na Capri, bo lubię piosenkę "Pamiętasz Capri, tę wyspę kochanków". Do Neapolu. Do Sorrento, bo przyjaciel ojca śpiewał: "Wróć do Sorrento". I Pompeje. Widzisz mój kącik świętobliwości? W środku ojciec Pio. Mój opiekun. Wyciągnął mnie z depresji. Sprawił, że po dramacie miłosnym zaczęłam życie od nowa - zadłużyłam się jak głupia, nakupiłam mebli, pojechałam na wycieczkę, wierzyłam, że wszystko się zmieni. Wróciłam, zagrałam w totolotka. Postawiłam na numer telefonu i datę urodzenia byłego towarzysza życia. Pięć razy te same liczby. Trafiłam piątkę. Jeden się różnił: miesiąc jego urodzenia. Było sześć, a postawiłam pięć. Dzwonię do niego, bo rozstaliśmy się po przyjacielsku. "Jestem wcześniakiem. Powinienem się urodzić w czerwcu, nie wiedziałaś?"
Ojciec Pio nie wiedział! Spłaciłam długi. Wyremontowałam dom rodzinny w Wierchomli. Matkę ubrałam w srebrne lisy. Sobie kupiłam pięć płaszczy, kilka par butów, naszyłam sukienek i powiedziałam: "Teraz się bawię!". Trzy lata żyłam jak królowa. Szalałam, bo przez miesiąc miałam co chwila trafienia! W totku, w syrence, w loterii państwowej. Dzięki ojcu Pio. Emeryturę mam urzędową. Absolutnie starcza, bo mam mało wymagań. Mam ten pokój i domek malutki w górach. W Warszawie zimuję. Tam spędzam lato. Od przystanku autobusowego są 94 stopnie. Ale schodki dla mnie za strome, więc wydeptałam ścieżki. Idę 12 minut. Tylko raz szłam godzinę. Nazywam to chorobą maślanych nóg. Nagle nogi odmawiają posłuszeństwa. Oddech zanika. Jutro idę do lekarza, żeby ocenił, czy te dolegliwości są z mózgu, czy z serca.
Maria Słojewska, 39 lat malarka, ma dwupokojowe mieszkanie, jeden pokój wynajęła
Tu mam wszystko: pracownię i sypialnię. Dopóki maluję obraz nie większy niż pół ściany, to ten pokój zupełnie mi wystarcza. Muszę jednak zrobić coś z życiem. Nie mam na jedzenie, a co dopiero kupować płótna i farby. Jeden obraz to ok. 500 zł. Wykorzystuję rodziców. Studiowałam w Warszawie. U prof. Ryszarda Winiarskiego. Malowałam wtedy nocne pejzaże. Sama siebie nie rozumiem, czemu nie zaproponowałam ich żadnej galerii. Muszę to w końcu zrobić. Pewnego dnia usiadłam przed sztalugą i po pięciu minutach okazało się, że fizycznie nie jestem w stanie. Kilka lat chorowałam na depresję. Miałam światłowstręt i dźwiękowstręt, lęki, nie jadłam, nie spałam. Wtedy zaniedbałam wiele spraw. Pewnie puściłam bokiem jakieś szanse. Pół roku szukałam lekarza, trafiałam na samych idiotów. Wyjechałam na wieś do Narwiańskiego Parku Narodowego. Żyłam trzy i pół roku w samotni.
Wróciłam do Warszawy. Teraz jest dobrze. Ale trzeba zarobić. Poumierali już wszyscy, którzy mogli mi jakoś pomóc. Jak nie masz poparcia ustawionych przyjaciół i tzw. nazwiska, to nie istniejesz, a ja nie nadaję się do komercji. Nie wymyślę reklamy ani logo. Nie umiem chałturzyć. Jeśli ktoś zamówi kopię - zrobię każdą. Ale renifera na rykowisku nie wymyślę. A w galeriach sprzedają się renifery. Ktoś trzaska obraz w trzy godziny, idzie to za 6 tys., on ma z tego połowę. Moje malarstwo do tego nie pasuje. Na ogół proponowano mi jakieś 1500 zł. Klient powinien zapłacić dziesięć razy więcej. Taka cena sprawia, że będzie obraz szanował.
W mojej rodzinie z dziada pradziada pieniędzmi się gardziło. Jak były, to się je wydawało. Dwa Boże Narodzenia w dzieciństwie spędziłam w krakowskim Hotelu Francuskim. Kupowało się pod Sukiennicami choinkę i stawiało w apartamencie. Gdybym z taką pasją i energią, z jaką maluję, skupiła się na zarabianiu, byłabym bogaczką. Moja sytuacja jest konsekwencją mojego postępowania. Dopiero trzy lata temu pomyślałam, że należałoby zacząć zarabiać. Dopóki mieszkałam na wsi, myślałam: "Do jakiej pracy? Jestem malarką". Zawsze gdzieś jakoś ta farbka się znalazła. Mogłabym żyć tak dalej, ale nie chcę wykończyć rodziców. To kwestia etyczna. Zbliżam się do czterdziestki, myślę o zawodzie, który tutaj jest kiepsko płatny, ale na Zachodzie nieźle - mogę uczyć malarstwa. Moje obrazy wymagają wirtuozerskich umiejętności. Pierwsze nocne pejzaże oddawały może ze 20 proc. tego, co tam miało być. Prof. Winiarski był świetny intelektualnie, dużo mu zawdzięczam, ale sama dziesięć lat dochodziłam, jak to zrobić. Malarz cię nie nauczy, czego sam nie umie.
Od zawsze wiedziałam, że będę malarką. Rodzina artystyczna - teatr i literatura. Gdy miałam 13 lat, zaczęłam sobie kopiować Rembrandta. 14 lat - Vermeera. Jak miałam 19 lat, pierwszy raz pojechałam na Zachód i zobaczyłam oryginały. Na oryginałach widać warstwy. Przeżyłam kilka olśnień. O, tak wy żeście to robili! Jestem konsekwentna. Uczę się powoli, ale nie rezygnuję. Wstaję, jem śniadanie, siadam przed sztalugą. To jest jak rytuał. Od pół roku wkuwam też angielski. Średnio pięć godzin dziennie.Latem pracowałam w ogrodzie u ludzi, którzy zamawiali u mnie kopie. Zapełnili nimi wszystkie ściany, w ten sposób utrzymywali mnie półtora roku. Ciężka praca ten ogród. Po dwóch dniach koszenia trawy palce mi tak spuchły, że nie mogłam guzików zapiąć. Mięśnie mi się wyrobiły, dostałam krzepy, więcej jadłam, dobrze mi to zrobiło. 10 zł za godzinę i jedzenie. Starczyło na zaległe czynsze. Nie może tak być i dlatego jadę do Anglii. Chciałabym zaoszczędzić, żeby tu mieć za co malować. Nie mam pretensji do świata, że nie kupuje moich obrazów. Niby czemu miałby to robić? Nie potrzebuję, żeby ludzie się mną zachwycali. Chcę tylko robić to, co umiem najlepiej. To jest moje osobiste rozliczenie ze sobą.
W tym pokoiku mieści się moje 90 lat. Jest niemiłosiernie zagracony, bo uprawiam kult przodków. Mam go od 1972 r. Wybrałam to mieszkanie. Chciałam, żeby było wysoko, i udało się - 14. piętro. Wtedy był stąd widok na rzekę i Saską Kępę. Najbardziej lubiłam, kiedy na Wiśle układały się smugi światła od latarń. To pobudzało do fantazji, pisałam wiersze. Widok zasłoniły osiedla. Ale za to w nocy są piękne światełka. Nigdy wcześniej nie miałam własnego pokoju. Ten jest pierwszy. Godzinami siedziałam na balkonie, rozkoszowałam się widokiem.
Wychowałam się w górach. Miałam dziewięć lat, kiedy ojciec zawiózł mnie koniem pod Szczyrk, zaprowadził na szczyty. Od tego czasu łażę po górach. W zeszłym roku pożegnałam się z Beskidem Sądeckim. We wszystkich schroniskach nocowałam, żeby widzieć zachód słońca i poranek. W tym roku już mnie wożono, więc gdzie się da wjechać kolejką, to byłam. Jakbym dostała mieszkanie na 80. piętrze, to bym była najszczęśliwsza w życiu. Ale za mała jestem, żeby mnie było stać. W dzieciństwie ciągle się przeprowadzaliśmy - ojciec był leśniczym. Na studia poszłam do Warszawy. Wojna mi przerwała. Po wojnie PRL zafundował mi studia i bursę i za to chapeau bas PRL-owi, inaczej nie mogłabym studiować. Skończyłam SGGW, wydział ogrodniczy. Długo mieszkałam kątem. U siostry, u szwagra, koleżanek. Potem z trzema osobami w jednym pokoju. Jedną z nich była moja ciężko chora mama. Umarła, a ja za działalność społeczną dostałam przydział - dwa pokoje z kuchnią. Centrala Rolnicza Spółdzielni "Samopomoc Chłopska", w której pracowałam, opiekowała się domem dziecka w Konstancinie. Jeździłam do dzieciaków z prezentami, brałam je do cyrku, na przejażdżki po Wiśle. Po śmierci matki spłacałam dług wobec niej, opiekując się rozmaitymi staruszkami.
Zawsze miałam przy sobie kulawe kurczęta. Dwie dziewczyny ratowałam z ich rodzinnych komplikacji. I Bułgara, co się nieszczęśliwie zakochał. Jak kurczęta przestają się odzywać, to dobrze - znaczy, że są gdzieś w świecie, szczęśliwe. Nigdy nie rodziłam. Nie chciałam. Dlaczego? Nie wiedziałam, dzieci się do mnie garnęły. Nie wyszłam za mąż, choć powodzenie miałam. Ale bałam się, że oni będą chcieli rodziny. Aż któryś mój psycholog dogrzebał się wspomnienia: jak miałam sześć lat, mama zaprowadziła mnie do domu, gdzie był poród. Pełen zmagań i bólu. Pamiętam, jak ta kobieta powiedziała: "W życiu więcej rodzić nie będę". Koło jej łóżka leżało łożysko, kawałek czerwonego mięsa. Mam dwóch przybranych synów. Jeden z nich chciał psa. Stanęło na cocker-spanielce. I tak rok przed emeryturą zajęłam się produkcją rasowych piesków. Moja ukochana sunia była łaskawa rodzić mi co dwa lata. Szczeniaki szły jak ciepłe bułeczki. Za psie pieniądze zjeździłam świat. Byłam wszędzie oprócz Paryża. Pojechałabym na Capri, bo lubię piosenkę "Pamiętasz Capri, tę wyspę kochanków". Do Neapolu. Do Sorrento, bo przyjaciel ojca śpiewał: "Wróć do Sorrento". I Pompeje. Widzisz mój kącik świętobliwości? W środku ojciec Pio. Mój opiekun. Wyciągnął mnie z depresji. Sprawił, że po dramacie miłosnym zaczęłam życie od nowa - zadłużyłam się jak głupia, nakupiłam mebli, pojechałam na wycieczkę, wierzyłam, że wszystko się zmieni. Wróciłam, zagrałam w totolotka. Postawiłam na numer telefonu i datę urodzenia byłego towarzysza życia. Pięć razy te same liczby. Trafiłam piątkę. Jeden się różnił: miesiąc jego urodzenia. Było sześć, a postawiłam pięć. Dzwonię do niego, bo rozstaliśmy się po przyjacielsku. "Jestem wcześniakiem. Powinienem się urodzić w czerwcu, nie wiedziałaś?"
Ojciec Pio nie wiedział! Spłaciłam długi. Wyremontowałam dom rodzinny w Wierchomli. Matkę ubrałam w srebrne lisy. Sobie kupiłam pięć płaszczy, kilka par butów, naszyłam sukienek i powiedziałam: "Teraz się bawię!". Trzy lata żyłam jak królowa. Szalałam, bo przez miesiąc miałam co chwila trafienia! W totku, w syrence, w loterii państwowej. Dzięki ojcu Pio. Emeryturę mam urzędową. Absolutnie starcza, bo mam mało wymagań. Mam ten pokój i domek malutki w górach. W Warszawie zimuję. Tam spędzam lato. Od przystanku autobusowego są 94 stopnie. Ale schodki dla mnie za strome, więc wydeptałam ścieżki. Idę 12 minut. Tylko raz szłam godzinę. Nazywam to chorobą maślanych nóg. Nagle nogi odmawiają posłuszeństwa. Oddech zanika. Jutro idę do lekarza, żeby ocenił, czy te dolegliwości są z mózgu, czy z serca.
Maria Słojewska, 39 lat malarka, ma dwupokojowe mieszkanie, jeden pokój wynajęła
Tu mam wszystko: pracownię i sypialnię. Dopóki maluję obraz nie większy niż pół ściany, to ten pokój zupełnie mi wystarcza. Muszę jednak zrobić coś z życiem. Nie mam na jedzenie, a co dopiero kupować płótna i farby. Jeden obraz to ok. 500 zł. Wykorzystuję rodziców. Studiowałam w Warszawie. U prof. Ryszarda Winiarskiego. Malowałam wtedy nocne pejzaże. Sama siebie nie rozumiem, czemu nie zaproponowałam ich żadnej galerii. Muszę to w końcu zrobić. Pewnego dnia usiadłam przed sztalugą i po pięciu minutach okazało się, że fizycznie nie jestem w stanie. Kilka lat chorowałam na depresję. Miałam światłowstręt i dźwiękowstręt, lęki, nie jadłam, nie spałam. Wtedy zaniedbałam wiele spraw. Pewnie puściłam bokiem jakieś szanse. Pół roku szukałam lekarza, trafiałam na samych idiotów. Wyjechałam na wieś do Narwiańskiego Parku Narodowego. Żyłam trzy i pół roku w samotni.
Wróciłam do Warszawy. Teraz jest dobrze. Ale trzeba zarobić. Poumierali już wszyscy, którzy mogli mi jakoś pomóc. Jak nie masz poparcia ustawionych przyjaciół i tzw. nazwiska, to nie istniejesz, a ja nie nadaję się do komercji. Nie wymyślę reklamy ani logo. Nie umiem chałturzyć. Jeśli ktoś zamówi kopię - zrobię każdą. Ale renifera na rykowisku nie wymyślę. A w galeriach sprzedają się renifery. Ktoś trzaska obraz w trzy godziny, idzie to za 6 tys., on ma z tego połowę. Moje malarstwo do tego nie pasuje. Na ogół proponowano mi jakieś 1500 zł. Klient powinien zapłacić dziesięć razy więcej. Taka cena sprawia, że będzie obraz szanował.
W mojej rodzinie z dziada pradziada pieniędzmi się gardziło. Jak były, to się je wydawało. Dwa Boże Narodzenia w dzieciństwie spędziłam w krakowskim Hotelu Francuskim. Kupowało się pod Sukiennicami choinkę i stawiało w apartamencie. Gdybym z taką pasją i energią, z jaką maluję, skupiła się na zarabianiu, byłabym bogaczką. Moja sytuacja jest konsekwencją mojego postępowania. Dopiero trzy lata temu pomyślałam, że należałoby zacząć zarabiać. Dopóki mieszkałam na wsi, myślałam: "Do jakiej pracy? Jestem malarką". Zawsze gdzieś jakoś ta farbka się znalazła. Mogłabym żyć tak dalej, ale nie chcę wykończyć rodziców. To kwestia etyczna. Zbliżam się do czterdziestki, myślę o zawodzie, który tutaj jest kiepsko płatny, ale na Zachodzie nieźle - mogę uczyć malarstwa. Moje obrazy wymagają wirtuozerskich umiejętności. Pierwsze nocne pejzaże oddawały może ze 20 proc. tego, co tam miało być. Prof. Winiarski był świetny intelektualnie, dużo mu zawdzięczam, ale sama dziesięć lat dochodziłam, jak to zrobić. Malarz cię nie nauczy, czego sam nie umie.
Od zawsze wiedziałam, że będę malarką. Rodzina artystyczna - teatr i literatura. Gdy miałam 13 lat, zaczęłam sobie kopiować Rembrandta. 14 lat - Vermeera. Jak miałam 19 lat, pierwszy raz pojechałam na Zachód i zobaczyłam oryginały. Na oryginałach widać warstwy. Przeżyłam kilka olśnień. O, tak wy żeście to robili! Jestem konsekwentna. Uczę się powoli, ale nie rezygnuję. Wstaję, jem śniadanie, siadam przed sztalugą. To jest jak rytuał. Od pół roku wkuwam też angielski. Średnio pięć godzin dziennie.Latem pracowałam w ogrodzie u ludzi, którzy zamawiali u mnie kopie. Zapełnili nimi wszystkie ściany, w ten sposób utrzymywali mnie półtora roku. Ciężka praca ten ogród. Po dwóch dniach koszenia trawy palce mi tak spuchły, że nie mogłam guzików zapiąć. Mięśnie mi się wyrobiły, dostałam krzepy, więcej jadłam, dobrze mi to zrobiło. 10 zł za godzinę i jedzenie. Starczyło na zaległe czynsze. Nie może tak być i dlatego jadę do Anglii. Chciałabym zaoszczędzić, żeby tu mieć za co malować. Nie mam pretensji do świata, że nie kupuje moich obrazów. Niby czemu miałby to robić? Nie potrzebuję, żeby ludzie się mną zachwycali. Chcę tylko robić to, co umiem najlepiej. To jest moje osobiste rozliczenie ze sobą.
Źródło: Wysokie Obcasy
-
Własny pokój
roza_am
07.04.08, 15:39
Moja pierwsza reakcja - dlaczego znowu ten sam temat, przecież już o tym było w WO.Tym razem jednak więcej uwagi poświęcono sytuacji materialnej. Kobiety nie mają własnego pokoju, bo ich na »
-
Nie stać mnie na własne dzieci
adri26
08.04.08, 10:21
Moja prababka miała piątkę dzieci i dwójkę służących. Jej mąż i mój pradziadek posiadał gospodarstwo rolne średniej wielkości, na którym zatrudniał parobków. Prababcia nie dorabiała nigdzie,»
-
Własny pokój
mililililawi
10.04.08, 17:28
Mam 23 lata. Przez cztery lata liceum i ponad trzy lata studiów mieszkałam z kimś w pokoju. Największy był pięcioosobowy. Od ponad roku mieszkam sama w pokoju. To jest RAJ. Ta prosta »
W numerze z 28 sierpnia
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień









