Boże Narodzenie moje, Wielkanoc twoja
wysłuchała Joanna Sokolińska
2007-12-24, ostatnia aktualizacja 2007-12-27 11:18
Zaprosiliśmy mamę jehowitkę do nas na wigilię. Udawała, że to zwykła kolacja. Od opłatka się odwróciła. Nie chcąc ranić jej uczuć religijnych, raniłam swoje, zgadzając się na to udawanie
ZOBACZ TAKŻE
- Bez pierniczków, ale blisko (21-12-08, 11:00)
- W cztery oczy z choinką (28-12-05, 15:31)
Rozmowa od Mikołaja
Marta Bartczak, mężatka, ma ośmioletniego syna Michała z poprzedniego związku, jest w ciąży.
Organizacja: Kilka lat temu, kiedy Michał zaczął czasem zostawać na noc u swojego taty, podzieliliśmy się świętami. Boże Narodzenie Michał spędza ze mną i z moim mężem, a Wielkanoc - z tatą. Dzięki temu unikamy wielu konfliktów - np. u kogo Wigilia, u kogo Boże Narodzenie, co jest bardziej atrakcyjne. Nie wyobrażam sobie, żeby Michał mógł spędzić Wigilię beze mnie, bez moich rodziców i kuzynów - trójki dzieci mojego brata. Tata Michała? Jest bardzo wyrozumiały. Jeśli jest okazja, żeby Michał spotkał się z moimi rodzicami, nie robi problemów, nawet jeżeli jest to dzień, kiedy syn powinien być z nim.
Zasady są takie, że co drugi weekend (weekend zaczyna się w piątek po szkole, kończy w niedzielę ok. 21) i wszystkie środy syn spędza z tatą (zostaje u niego na noc, w czwartek tata odprowadza go do szkoły). Zwykle Boże Narodzenie spędzamy w Augustowie, u moich rodziców. Jedziemy tam w Wigilię, zabierając ze sobą mamę, babcię i ciocię mojego męża. Przychodzi też mój brat z rodziną. Wielkanoc jest oczywiście smutniejsza. Tata zabiera Michała po południu w Wielką Sobotę. Wcześniej tradycyjnie spotykamy się z przyjaciółmi - zależy mi, żeby Michał był podczas tych spotkań. Potem przyjeżdżają do nas moi rodzice, oczywiście przychodzi mama, babcia i ciocia męża. Takie dorosłe święta. Nigdy nie przyszło mi jednak do głowy, żeby wykorzystać nieobecność syna i wyjechać na Wielkanoc na narty albo do Tunezji. Mogłabym spędzić Wielkanoc w Tunezji, oczywiście. Pod warunkiem że byłaby tam ze mną rodzina. U mnie w domu zawsze była presja, żeby święta spędzać razem. O ile na studiach było to męczące - nieraz miałam ochotę wyjechać z chłopakiem, a nie bardzo było można - to teraz nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej.
W tym roku będzie trochę inaczej - babcia mojego męża ma 95 lat, podróż do Augustowa byłaby dla niej zbyt wyczerpująca, więc wigilia będzie u nas, a do moich rodziców pojedziemy w drugi dzień świąt. Już w listopadzie dostałam od moich rodziców buraczki, suszone grzyby i suszone jabłka, domówiliśmy, kto co przygotuje. Prezenty: Choinka będzie wysoka - rok temu mąż z synem kupili taką, która zastawiła łóżko, nie było dojścia. Na pewno żywa, na pewno jodła. Na choince - łańcuchy robione jeszcze kilka lat temu, pierniczki, które wspólnie pieczemy i dekorujemy. Pod choinką? Milion prezentów, oczywiście. Michał w tym roku list do Świętego Mikołaja napisał byle jak, na kolanie. Skrzyczałam go, że niechlujnie, że powinien jakoś go ozdobić, a on: 'Ale przecież Mikołaja nie ma!'. Zapytałam: 'Jak to?'. A on: 'Chłopaki tak mówią'. Myślę, że chciałby jeszcze wierzyć, ale podchodzi już do tego racjonalnie. W liście Michał prosił o lego i o zestaw mały chemik. Sobie zwykle kupujemy po kilka prezentów - mogą być drobniejsze, ale powinno ich być kilka.
Nie pytam nikogo, co chciałby dostać. Wydaje mi się to nie na miejscu, rozmowa o tym zabija magię. W dzieciństwie bolało mnie, że się o tym rozmawia, jakby się nie wiedziało, co sprawi przyjemność kochanej osobie. Moja mama pyta, co byśmy chcieli dostać, albo proponuje, żebym sobie sama kupiła, co chcę, a ona odda mi pieniądze. A kiedy ja pytam, co ona i tata chcieliby dostać, słyszę: 'Nic nam nie jest potrzebne, nic nie kupuj' .W efekcie rodzice zwykle dostają coś praktycznego, czego sami by nie kupili. Konkretnie? Rok temu była to maszynka do mięsa. Przez całe moje dzieciństwo mama wychodziła do chłodnego wiatrołapu i tam przykręcała starą maszynkę do stołu. Mełła mięso w zimnym wiatrołapie, bo w kuchni od przykręcania maszynki zniszczyłby się stół. Ta nowa jest elektryczna, nie wymaga przykręcania.
W przyszłym roku urodzę drugie dziecko. Czy kiedyś Michał będzie chciał spędzać z siostrą lub bratem święta? Nie wiem. Co zrobię, jeśli drugie dziecko będzie chciało chodzić z Michałem na Wielkanoc do jego taty? Nie wiem. Nie myślę o tym, co będzie za kilka lat. Trzeba będzie o tym rozmawiać.
Hej kolęda, kolęda
Jan Urmański, socjolog, pracownik naukowy, mąż Marii, ojciec dziewięciomiesięcznej Zosi. Prezenty: Przez kilka lat u moich rodziców przy lustrze w przedpokoju wisiała lista, co każdy chciałby dostać jako prezent. Każdy, kto przyszedł, mógł się dopisać albo mógł napisać, co jego zdaniem ktoś inny pragnąłby otrzymać. Trudno mi było się w tym odnaleźć i trudno mi było coś napisać. Ja pamiętam moją sytuację rodzinną jako ubogą. To się stopniowo zmieniało, kiedy już byłem na wylocie z domu. Stąd byłem przyzwyczajony mało chcieć. Teraz uważam, że ważne, zwłaszcza przy małych dzieciach, żeby prezenty były skromne, żeby oczekiwanie na nie nie przyćmiło tego, co w Bożym Narodzeniu jest najważniejsze - oczekiwania na narodziny Jezusa. Nawet dorośli czasem o tym zapominają. Dla Zosi myślimy o sankach, może o bajkach po angielsku? Jest jeszcze malutka, ale niemal przez całą ciążę mojej żony ja im czytałem na głos i Zosia bardzo czytanie lubi. Mogąc wybrać spośród dwóch-trzech zabawek, często sama sięga po tekturową książeczkę.
Nas w domu było pięcioro, u żony - siedmioro. Przy okazji wesela i chrztu małej Zosi policzyliśmy, że najbliższej rodziny (potomstwa naszych dziadków) mamy ponad 150 osób. Przy najszczerszych chęciach nie sposób obdarować wszystkich, choćby cukierkami.
Organizacja: Wieczerzę wigilijną zjemy u nas w domu. Nie była to dla nas decyzja łatwa ani oczywista. Szczególnie w ubiegłym roku, kiedy rodzice ponawiali zaproszenie do siebie. Rok temu po wieczerzy pojechaliśmy do moich rodziców śpiewać kolędy, a pierwszego dnia świąt poszliśmy do rodziców żony. To był trochę taki kompromis. W tym roku postanowiliśmy, że całą Wigilię spędzimy u siebie. Dlaczego? Chcemy budować nasz mały dom. Wieczerza wigilijna we trójkę to coś nowego, zupełnie innego niż przy stole pełnym ludzi, jak to jest w rodzinach wielodzietnych. Ale też małżeństwo to jest coś zupełnie nowego. W rodzinie mojej żony jest tradycja, że gospodyni sama szykuje wieczerzę wigilijną u siebie w domu. I dla żony to było ważne, żeby poczuć się gospodynią. W mojej rodzinie wszyscy oprócz najmłodszego, 17-letniego, brata już wyszli z domu. Wszyscy oprócz mnie byli też rok temu na wieczerzy u moich rodziców (spotkałem się ze wszystkimi oprócz jednego brata - kiedy my przyjechaliśmy śpiewać kolędy u rodziców, on już pojechał śpiewać je gdzie indziej).
Atmosfera: Dekoracje bożonarodzeniowe, świąteczne opakowania czekoladek, bombki, które pojawiają się w sklepach już w październiku, wcale nie sprawiają, że czuję świąteczną atmosferę. Przeciwnie, one ją oddalają. Ale wystarczyło, że w pierwszą niedzielę adwentu wszedłem do kościoła i usłyszałem: "Gotujcie drogę Panu" - i już poczułem, że Boże Narodzenie się zbliża. W ostatnią niedzielę siedzieliśmy z żoną i Zosią na podłodze, ja coś powiedziałem, żonie z czymś to się skojarzyło i zaczęliśmy we dwójkę śpiewać pieśni adwentowe. To jest dla mnie coś niezwykle cennego. To śpiewanie wynika z tradycji rodzinnych - moich i żony. Kolędy będziemy śpiewać aż do 2 lutego, w pierwszym okresie codziennie, potem pewnie rzadziej, przy wieczornej modlitwie.
Cukierkowość może być prawdziwa
Urszula Hoffmann, psycholog, matka 24-letniego Jurka. Atmosfera: Święta w mojej pamięci były bardzo rodzinne. Rodzice, brat, babcia, dziadek, prababcia - wszyscy gromadziliśmy się w domu dziadków. Było tłocznie i wesoło, dziadek przygarniał samotnych dalekich krewnych - a to kuzynkę, która przyjechała na studia z innego miasta, a to wujka, który akurat nie miał z kim spędzić świąt. Duży stół, choinka po sufit, kolędy. Prababcia umarła, ja dorosłam, wyszłam za mąż, urodziłam Jurka, rozwiodłam się, a te wigilie wciąż się odbywały. A potem wszyscy zaczęli umierać. Jakby to jakaś klątwa była. Wszyscy, rok po roku, umierali w okolicy świąt i sylwestra. W grudniu, wkrótce po rozwodzie, umarł mój były mąż. Tata umarł 31 grudnia, rok później - też w grudniu - brat. Zostałam ja, mój syn i bratanek. Żona brata po jego śmierci ułożyła sobie życie za granicą, bratanek zamieszkał z moją mamą w domu swoich rodziców. Mama chorowała, on się nią opiekował.
Jestem wierząca, ale niezbyt kościelna. Nie potrzebuję, żeby Kościół mówił mi, jak żyć. Moja mama zawsze była religijna. Po śmierci brata zaczęli do niej przychodzić świadkowie Jehowy. Przychodzili, przychodzili, aż mama została jehowitką. A jehowi nie uznają Bożego Narodzenia. To znaczy, że nie ma choinki, kolęd, życzeń, prezentów. Zaprosiliśmy z Jurkiem mamę do nas na wigilię. Udawała, że to zwykła kolacja. Od opłatka się odwróciła. Nie chciałam ranić jej uczuć religijnych, więc raniłam swoje, zgadzając się na to udawanie. Jurek? Miał wtedy osiem czy dziewięć lat. Wytłumaczyłam mu, że babcia w tym roku nie podzieli się z nami opłatkiem, bo zmieniła religię. Ze względu na niego były prezenty, ale mama mówiła, że ona nic nie chce dostać. To była karykatura świąt.
W następnym roku postanowiliśmy więc z Jurkiem - on był mały, ale rozmawialiśmy o tym - że nie będziemy tej farsy ciągnąć. W przeddzień Wigilii poszliśmy do mojej mamy na kolację, a święta spędziliśmy u moich przyjaciół. Mam od lat grupę bliskich, bardzo bliskich mi ludzi - z jedną z koleżanek obchodziłyśmy w tym roku 45-lecie przyjaźni. Kiedy zaprosili nas na wigilię, poszliśmy. Boże, jak myśmy się tam czuli samotni! Przez wiele lat spędzaliśmy z przyjaciółmi Wigilie i później już takiej samotności nie odczuwaliśmy. Ale te pierwsze święta były straszne. Może nasze nieszczęście było zbyt świeże, żebyśmy dobrze czuli się przy innej, szczęśliwej rodzinie? Za bardzo nam brakowało własnej.
Druga babcia mojego syna mieszka nad morzem, 540 km od nas. Oprócz mojego męża nie miała więcej dzieci. Jest kompletnie sama. Kiedy syn podrósł, usłyszał któregoś roku, że babcia będzie spędzać Boże Narodzenie w pojedynkę, sama ze swoimi dwoma psami. Zdecydował, że pojedzie do niej. Odtąd przez kilka kolejnych lat spędzaliśmy Wigilie osobno. On z babcią nad morzem, ja u przyjaciół w Warszawie. On rozdarty - bo zostawiał mnie. Ja - tęskniąca. Babcia nie mogła przyjechać do nas - ma 81 lat, przeszła Sybir, była dwukrotnie postrzelona w czasie wojny. Jest niepełnosprawna i schorowana. Ja nie mogłam jechać do niej, bo nie chciałam zostawić mamy. Może moja relacja z mamą nie była głęboka, ale była bliska. Nawet jeśli mama zrezygnowała ze świąt, ja nie byłam w stanie zostawić jej samej. Poza tym była już wtedy chora, zdarzało się, że bratanek wzywał mnie w nocy, bo mama zaczynała się źle czuć, dzwoniliśmy po pogotowie. Bałam się, że ja wyjadę, a wtedy zadzwoni telefon. Mieliśmy pięć-sześć takich trudnych Wigilii. Nie były jednak zupełnie smutne, zdarzały się święta, w czasie których byłam jak studentka na balach sylwestrowych - tu podzieliłam się opłatkiem, tu śpiewałam kolędy, tu wypiłam barszczyk, jeżdżąc z wigilii na wigilię. Ale wciąż to nie były prawdziwe rodzinne święta.
W zeszłym roku 17 grudnia mama umarła. Nie miałam nawet siły ubrać choinki. Syn kupił już bilet na pociąg do babci, postanowiliśmy, że pojadę z nim. I... To nie były radosne święta. Ale pierwszy raz od wielu lat nasze święta były naprawdę rodzinne. Syn był szczęśliwy - powiedział, że wreszcie ma przy sobie dwie kobiety, które kocha (trzecia, jego dziewczyna, została w Warszawie). Kupiłam bilety, w sobotę będziemy na miejscu, babcia już na nas czeka. Na miejscu zrobimy zakupy, to będzie fajne wspólne przygotowywanie kolacji. Będziemy we trójkę krzątać się w małej kuchni babci - wszyscy troje to lubimy, tę krzątaninę, przygotowywanie, te zapachy. Może to brzmi cukierkowo, ale tak jest. Kochamy się, rzadko się widujemy i wiemy, że mamy tylko siebie.
Vacanze di Natale
Giustina Magistretti-Cipriani, Włoszka, prawniczka, z mężem Amerykaninem oraz córkami - pięcioletnią Kasią i dziesięcioletnią Anią - mieszka w podwarszawskim Konstancinie.
Marta Bartczak, mężatka, ma ośmioletniego syna Michała z poprzedniego związku, jest w ciąży.
Organizacja: Kilka lat temu, kiedy Michał zaczął czasem zostawać na noc u swojego taty, podzieliliśmy się świętami. Boże Narodzenie Michał spędza ze mną i z moim mężem, a Wielkanoc - z tatą. Dzięki temu unikamy wielu konfliktów - np. u kogo Wigilia, u kogo Boże Narodzenie, co jest bardziej atrakcyjne. Nie wyobrażam sobie, żeby Michał mógł spędzić Wigilię beze mnie, bez moich rodziców i kuzynów - trójki dzieci mojego brata. Tata Michała? Jest bardzo wyrozumiały. Jeśli jest okazja, żeby Michał spotkał się z moimi rodzicami, nie robi problemów, nawet jeżeli jest to dzień, kiedy syn powinien być z nim.
Zasady są takie, że co drugi weekend (weekend zaczyna się w piątek po szkole, kończy w niedzielę ok. 21) i wszystkie środy syn spędza z tatą (zostaje u niego na noc, w czwartek tata odprowadza go do szkoły). Zwykle Boże Narodzenie spędzamy w Augustowie, u moich rodziców. Jedziemy tam w Wigilię, zabierając ze sobą mamę, babcię i ciocię mojego męża. Przychodzi też mój brat z rodziną. Wielkanoc jest oczywiście smutniejsza. Tata zabiera Michała po południu w Wielką Sobotę. Wcześniej tradycyjnie spotykamy się z przyjaciółmi - zależy mi, żeby Michał był podczas tych spotkań. Potem przyjeżdżają do nas moi rodzice, oczywiście przychodzi mama, babcia i ciocia męża. Takie dorosłe święta. Nigdy nie przyszło mi jednak do głowy, żeby wykorzystać nieobecność syna i wyjechać na Wielkanoc na narty albo do Tunezji. Mogłabym spędzić Wielkanoc w Tunezji, oczywiście. Pod warunkiem że byłaby tam ze mną rodzina. U mnie w domu zawsze była presja, żeby święta spędzać razem. O ile na studiach było to męczące - nieraz miałam ochotę wyjechać z chłopakiem, a nie bardzo było można - to teraz nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej.
W tym roku będzie trochę inaczej - babcia mojego męża ma 95 lat, podróż do Augustowa byłaby dla niej zbyt wyczerpująca, więc wigilia będzie u nas, a do moich rodziców pojedziemy w drugi dzień świąt. Już w listopadzie dostałam od moich rodziców buraczki, suszone grzyby i suszone jabłka, domówiliśmy, kto co przygotuje. Prezenty: Choinka będzie wysoka - rok temu mąż z synem kupili taką, która zastawiła łóżko, nie było dojścia. Na pewno żywa, na pewno jodła. Na choince - łańcuchy robione jeszcze kilka lat temu, pierniczki, które wspólnie pieczemy i dekorujemy. Pod choinką? Milion prezentów, oczywiście. Michał w tym roku list do Świętego Mikołaja napisał byle jak, na kolanie. Skrzyczałam go, że niechlujnie, że powinien jakoś go ozdobić, a on: 'Ale przecież Mikołaja nie ma!'. Zapytałam: 'Jak to?'. A on: 'Chłopaki tak mówią'. Myślę, że chciałby jeszcze wierzyć, ale podchodzi już do tego racjonalnie. W liście Michał prosił o lego i o zestaw mały chemik. Sobie zwykle kupujemy po kilka prezentów - mogą być drobniejsze, ale powinno ich być kilka.
Nie pytam nikogo, co chciałby dostać. Wydaje mi się to nie na miejscu, rozmowa o tym zabija magię. W dzieciństwie bolało mnie, że się o tym rozmawia, jakby się nie wiedziało, co sprawi przyjemność kochanej osobie. Moja mama pyta, co byśmy chcieli dostać, albo proponuje, żebym sobie sama kupiła, co chcę, a ona odda mi pieniądze. A kiedy ja pytam, co ona i tata chcieliby dostać, słyszę: 'Nic nam nie jest potrzebne, nic nie kupuj' .W efekcie rodzice zwykle dostają coś praktycznego, czego sami by nie kupili. Konkretnie? Rok temu była to maszynka do mięsa. Przez całe moje dzieciństwo mama wychodziła do chłodnego wiatrołapu i tam przykręcała starą maszynkę do stołu. Mełła mięso w zimnym wiatrołapie, bo w kuchni od przykręcania maszynki zniszczyłby się stół. Ta nowa jest elektryczna, nie wymaga przykręcania.
W przyszłym roku urodzę drugie dziecko. Czy kiedyś Michał będzie chciał spędzać z siostrą lub bratem święta? Nie wiem. Co zrobię, jeśli drugie dziecko będzie chciało chodzić z Michałem na Wielkanoc do jego taty? Nie wiem. Nie myślę o tym, co będzie za kilka lat. Trzeba będzie o tym rozmawiać.
Hej kolęda, kolęda
Jan Urmański, socjolog, pracownik naukowy, mąż Marii, ojciec dziewięciomiesięcznej Zosi. Prezenty: Przez kilka lat u moich rodziców przy lustrze w przedpokoju wisiała lista, co każdy chciałby dostać jako prezent. Każdy, kto przyszedł, mógł się dopisać albo mógł napisać, co jego zdaniem ktoś inny pragnąłby otrzymać. Trudno mi było się w tym odnaleźć i trudno mi było coś napisać. Ja pamiętam moją sytuację rodzinną jako ubogą. To się stopniowo zmieniało, kiedy już byłem na wylocie z domu. Stąd byłem przyzwyczajony mało chcieć. Teraz uważam, że ważne, zwłaszcza przy małych dzieciach, żeby prezenty były skromne, żeby oczekiwanie na nie nie przyćmiło tego, co w Bożym Narodzeniu jest najważniejsze - oczekiwania na narodziny Jezusa. Nawet dorośli czasem o tym zapominają. Dla Zosi myślimy o sankach, może o bajkach po angielsku? Jest jeszcze malutka, ale niemal przez całą ciążę mojej żony ja im czytałem na głos i Zosia bardzo czytanie lubi. Mogąc wybrać spośród dwóch-trzech zabawek, często sama sięga po tekturową książeczkę.
Nas w domu było pięcioro, u żony - siedmioro. Przy okazji wesela i chrztu małej Zosi policzyliśmy, że najbliższej rodziny (potomstwa naszych dziadków) mamy ponad 150 osób. Przy najszczerszych chęciach nie sposób obdarować wszystkich, choćby cukierkami.
Organizacja: Wieczerzę wigilijną zjemy u nas w domu. Nie była to dla nas decyzja łatwa ani oczywista. Szczególnie w ubiegłym roku, kiedy rodzice ponawiali zaproszenie do siebie. Rok temu po wieczerzy pojechaliśmy do moich rodziców śpiewać kolędy, a pierwszego dnia świąt poszliśmy do rodziców żony. To był trochę taki kompromis. W tym roku postanowiliśmy, że całą Wigilię spędzimy u siebie. Dlaczego? Chcemy budować nasz mały dom. Wieczerza wigilijna we trójkę to coś nowego, zupełnie innego niż przy stole pełnym ludzi, jak to jest w rodzinach wielodzietnych. Ale też małżeństwo to jest coś zupełnie nowego. W rodzinie mojej żony jest tradycja, że gospodyni sama szykuje wieczerzę wigilijną u siebie w domu. I dla żony to było ważne, żeby poczuć się gospodynią. W mojej rodzinie wszyscy oprócz najmłodszego, 17-letniego, brata już wyszli z domu. Wszyscy oprócz mnie byli też rok temu na wieczerzy u moich rodziców (spotkałem się ze wszystkimi oprócz jednego brata - kiedy my przyjechaliśmy śpiewać kolędy u rodziców, on już pojechał śpiewać je gdzie indziej).
Atmosfera: Dekoracje bożonarodzeniowe, świąteczne opakowania czekoladek, bombki, które pojawiają się w sklepach już w październiku, wcale nie sprawiają, że czuję świąteczną atmosferę. Przeciwnie, one ją oddalają. Ale wystarczyło, że w pierwszą niedzielę adwentu wszedłem do kościoła i usłyszałem: "Gotujcie drogę Panu" - i już poczułem, że Boże Narodzenie się zbliża. W ostatnią niedzielę siedzieliśmy z żoną i Zosią na podłodze, ja coś powiedziałem, żonie z czymś to się skojarzyło i zaczęliśmy we dwójkę śpiewać pieśni adwentowe. To jest dla mnie coś niezwykle cennego. To śpiewanie wynika z tradycji rodzinnych - moich i żony. Kolędy będziemy śpiewać aż do 2 lutego, w pierwszym okresie codziennie, potem pewnie rzadziej, przy wieczornej modlitwie.
Cukierkowość może być prawdziwa
Urszula Hoffmann, psycholog, matka 24-letniego Jurka. Atmosfera: Święta w mojej pamięci były bardzo rodzinne. Rodzice, brat, babcia, dziadek, prababcia - wszyscy gromadziliśmy się w domu dziadków. Było tłocznie i wesoło, dziadek przygarniał samotnych dalekich krewnych - a to kuzynkę, która przyjechała na studia z innego miasta, a to wujka, który akurat nie miał z kim spędzić świąt. Duży stół, choinka po sufit, kolędy. Prababcia umarła, ja dorosłam, wyszłam za mąż, urodziłam Jurka, rozwiodłam się, a te wigilie wciąż się odbywały. A potem wszyscy zaczęli umierać. Jakby to jakaś klątwa była. Wszyscy, rok po roku, umierali w okolicy świąt i sylwestra. W grudniu, wkrótce po rozwodzie, umarł mój były mąż. Tata umarł 31 grudnia, rok później - też w grudniu - brat. Zostałam ja, mój syn i bratanek. Żona brata po jego śmierci ułożyła sobie życie za granicą, bratanek zamieszkał z moją mamą w domu swoich rodziców. Mama chorowała, on się nią opiekował.
Jestem wierząca, ale niezbyt kościelna. Nie potrzebuję, żeby Kościół mówił mi, jak żyć. Moja mama zawsze była religijna. Po śmierci brata zaczęli do niej przychodzić świadkowie Jehowy. Przychodzili, przychodzili, aż mama została jehowitką. A jehowi nie uznają Bożego Narodzenia. To znaczy, że nie ma choinki, kolęd, życzeń, prezentów. Zaprosiliśmy z Jurkiem mamę do nas na wigilię. Udawała, że to zwykła kolacja. Od opłatka się odwróciła. Nie chciałam ranić jej uczuć religijnych, więc raniłam swoje, zgadzając się na to udawanie. Jurek? Miał wtedy osiem czy dziewięć lat. Wytłumaczyłam mu, że babcia w tym roku nie podzieli się z nami opłatkiem, bo zmieniła religię. Ze względu na niego były prezenty, ale mama mówiła, że ona nic nie chce dostać. To była karykatura świąt.
W następnym roku postanowiliśmy więc z Jurkiem - on był mały, ale rozmawialiśmy o tym - że nie będziemy tej farsy ciągnąć. W przeddzień Wigilii poszliśmy do mojej mamy na kolację, a święta spędziliśmy u moich przyjaciół. Mam od lat grupę bliskich, bardzo bliskich mi ludzi - z jedną z koleżanek obchodziłyśmy w tym roku 45-lecie przyjaźni. Kiedy zaprosili nas na wigilię, poszliśmy. Boże, jak myśmy się tam czuli samotni! Przez wiele lat spędzaliśmy z przyjaciółmi Wigilie i później już takiej samotności nie odczuwaliśmy. Ale te pierwsze święta były straszne. Może nasze nieszczęście było zbyt świeże, żebyśmy dobrze czuli się przy innej, szczęśliwej rodzinie? Za bardzo nam brakowało własnej.
Druga babcia mojego syna mieszka nad morzem, 540 km od nas. Oprócz mojego męża nie miała więcej dzieci. Jest kompletnie sama. Kiedy syn podrósł, usłyszał któregoś roku, że babcia będzie spędzać Boże Narodzenie w pojedynkę, sama ze swoimi dwoma psami. Zdecydował, że pojedzie do niej. Odtąd przez kilka kolejnych lat spędzaliśmy Wigilie osobno. On z babcią nad morzem, ja u przyjaciół w Warszawie. On rozdarty - bo zostawiał mnie. Ja - tęskniąca. Babcia nie mogła przyjechać do nas - ma 81 lat, przeszła Sybir, była dwukrotnie postrzelona w czasie wojny. Jest niepełnosprawna i schorowana. Ja nie mogłam jechać do niej, bo nie chciałam zostawić mamy. Może moja relacja z mamą nie była głęboka, ale była bliska. Nawet jeśli mama zrezygnowała ze świąt, ja nie byłam w stanie zostawić jej samej. Poza tym była już wtedy chora, zdarzało się, że bratanek wzywał mnie w nocy, bo mama zaczynała się źle czuć, dzwoniliśmy po pogotowie. Bałam się, że ja wyjadę, a wtedy zadzwoni telefon. Mieliśmy pięć-sześć takich trudnych Wigilii. Nie były jednak zupełnie smutne, zdarzały się święta, w czasie których byłam jak studentka na balach sylwestrowych - tu podzieliłam się opłatkiem, tu śpiewałam kolędy, tu wypiłam barszczyk, jeżdżąc z wigilii na wigilię. Ale wciąż to nie były prawdziwe rodzinne święta.
W zeszłym roku 17 grudnia mama umarła. Nie miałam nawet siły ubrać choinki. Syn kupił już bilet na pociąg do babci, postanowiliśmy, że pojadę z nim. I... To nie były radosne święta. Ale pierwszy raz od wielu lat nasze święta były naprawdę rodzinne. Syn był szczęśliwy - powiedział, że wreszcie ma przy sobie dwie kobiety, które kocha (trzecia, jego dziewczyna, została w Warszawie). Kupiłam bilety, w sobotę będziemy na miejscu, babcia już na nas czeka. Na miejscu zrobimy zakupy, to będzie fajne wspólne przygotowywanie kolacji. Będziemy we trójkę krzątać się w małej kuchni babci - wszyscy troje to lubimy, tę krzątaninę, przygotowywanie, te zapachy. Może to brzmi cukierkowo, ale tak jest. Kochamy się, rzadko się widujemy i wiemy, że mamy tylko siebie.
Vacanze di Natale
Giustina Magistretti-Cipriani, Włoszka, prawniczka, z mężem Amerykaninem oraz córkami - pięcioletnią Kasią i dziesięcioletnią Anią - mieszka w podwarszawskim Konstancinie.
Atmosfera: Przygotowania zaczęliśmy 2 grudnia, bo zaczął się adwent. Wtedy dekorujemy z dziećmi dom i ogród. Wieszamy błyszczące sople i światełka na drzewach, mamy zaprzęg Świętego Mikołaja z reniferami. We Włoszech każde miasto kiedy indziej zaczyna ubierać choinkę. W Mediolanie, skąd pochodzę, to się robi 7 grudnia, bo to jest świętego Ambrożego, a Ambroży jest - jak to się mówi? - naszym patronem. Choinka jest duża, trzymetrowa, jodłowa. Mam szklane bombki, niektóre moja babcia kupowała, niektóre ja. W tym roku u nas wszystko jest inaczej, bo remontujemy dom. W połowie grudnia musieliśmy się przeprowadzić, bo zrywali nam podłogę. Boże Narodzenie spędzimy w Stanach, u rodziny męża. Normalnie jest tak: dzieci mają takie książeczki adwentowe - we Włoszech dostaje je każda rodzina, która chodzi do kościoła. Tam są takie zabawy na każdy dzień, do wigilii i modlitwy. Mamy też dwa specjalne świeczniki, dzieci przed kolacją zapalają świece i odmawiają krótką modlitwę. Bardzo krótką, taką jak przed kolacją. A potem, po tej modlitwie, kleją gwiazdki - dekorację na choinkę. Dwa lata temu ta dekoracja wyglądała jak ulotka, taki mały poster. Wszystkie dzieci we Włoszech i w Stanach mają też taki kalendarz adwentowy - widziałam je także tutaj - codziennie po kolacji otwierają jedno okienko i tam jest obrazek związany z Bożym Narodzeniem albo czekoladka. W tym roku mam taki w kształcie Świętego Mikołaja, który na brzuszku ma 24 torebki z materiału i w każdej torebce jest cukierek.
Prezenty: Mikołajki są znane tylko na Północy, u nas nic takiego nie ma - Mikołaj przychodzi w nocy 24 grudnia i rano w Boże Narodzenie dzieci szukają prezentów pod choinką. 6 stycznia przychodzi Befana. Jak to powiedzieć po polsku? Ania mówi, że po polsku to jest Baba-Jaga. I każde dziecko ma skarpetę z wyhaftowanym swoim imieniem, a Befana wkłada słodycze - jeśli dziecko było grzeczne. Jak było niegrzeczne, to dostaje węgiel (jest już taki cukierkowy). Ann i Katrin pisały listy do Świętego Mikołaja. Zapewniały, że były grzeczne, bardzo grzeczne. Kasia prosiła o Barbie i o różne książki, a Ania - o zwierzątko. Jak to będzie po polsku? Nie wiem, takie małe zwierzątko domowe. Także o różne gry jak Monopoly i inne. Mają nadzieję, że dostaną wszystko, o co prosiły - a jak będzie, nie wiadomo.
My z mężem na Boże Narodzenie generalnie lubimy prezent dla nas obojga, prezent na dom, którego będziemy używać razem. Ja lubię zrobić niespodziankę i zawsze mam coś jeszcze.
Na Boże Narodzenie będziemy u rodziców mojego męża, tam będzie 56 osób. Rodzice mają ośmioro dzieci, a każde z tych dzieci ma najmniej troje-czworo dzieci. Najstarsze z nich ma już własne dziecko, więc będą nas cztery generacje. To duży dom Wszyscy wszystkim dają prezenty, ale najbardziej dzieciom.
Prezenty: Mikołajki są znane tylko na Północy, u nas nic takiego nie ma - Mikołaj przychodzi w nocy 24 grudnia i rano w Boże Narodzenie dzieci szukają prezentów pod choinką. 6 stycznia przychodzi Befana. Jak to powiedzieć po polsku? Ania mówi, że po polsku to jest Baba-Jaga. I każde dziecko ma skarpetę z wyhaftowanym swoim imieniem, a Befana wkłada słodycze - jeśli dziecko było grzeczne. Jak było niegrzeczne, to dostaje węgiel (jest już taki cukierkowy). Ann i Katrin pisały listy do Świętego Mikołaja. Zapewniały, że były grzeczne, bardzo grzeczne. Kasia prosiła o Barbie i o różne książki, a Ania - o zwierzątko. Jak to będzie po polsku? Nie wiem, takie małe zwierzątko domowe. Także o różne gry jak Monopoly i inne. Mają nadzieję, że dostaną wszystko, o co prosiły - a jak będzie, nie wiadomo.
My z mężem na Boże Narodzenie generalnie lubimy prezent dla nas obojga, prezent na dom, którego będziemy używać razem. Ja lubię zrobić niespodziankę i zawsze mam coś jeszcze.
Na Boże Narodzenie będziemy u rodziców mojego męża, tam będzie 56 osób. Rodzice mają ośmioro dzieci, a każde z tych dzieci ma najmniej troje-czworo dzieci. Najstarsze z nich ma już własne dziecko, więc będą nas cztery generacje. To duży dom Wszyscy wszystkim dają prezenty, ale najbardziej dzieciom.
Źródło: Wysokie Obcasy
Przeczytaj 40 komentarzy na Forum
-
Boże Narodzenie moje, Wielkanoc twoja
mmms
23.12.09, 13:33
Nie rozumiem po co w tym artykule ten wstep ktory nijak ma sie do calosciartykulu. Zadnego rowiniecia mysli i opisu calej sytuacji - tylko cos wycietez kontekstu.... mialkie to troszeczke.. »
-
Boże Narodzenie moje, Wielkanoc twoja
culebre
24.12.09, 01:14
Wydawałoby się, że pani JS bardzo zaszkodziło na mózg wysłuchiwanie relacjibohaterki nie całkiem przy zdrowych zmysłach. Cały artykuł dostałby ocenę ndstgdyby był szkolnym wypracowaniem. Dno»
-
ten tekst jest z zeszłego roku !!!
emilly_davisson
26.12.09, 21:12
Ten tekst jest z zeszłego roku !!! Przynajmniej w cześci dot. matki-jehowitki i staruszki-babci nad morzem. A cena GW od zeszłego roku zwrosła. Wstyd "Gazeto"!»
W numerze z 13 marca
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień˝




więcej zdjęć




