http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Pekin. Osiem losów

tekst Maria Kruczkowska, współpraca Maurycy Gawarski
2007-12-10, ostatnia aktualizacja 2007-12-06 16:10

Ai Wei Wei, enfant terrible chińskiej sztuki współczesnej.
Ai Wei Wei, enfant terrible chińskiej sztuki współczesnej.
BE&W

Cała wieś zmieściła się w 28-piętrowym wieżowcu

Ma Yanyan, studentka akademii opery pekińskiej
Janek Zdziarski
Ma Yanyan, studentka akademii opery pekińskiej
Obiad na budowie
Fot. Oded Balilty AP
Obiad na budowie "Ptasiego Gniazda", czyli narodowego stadionu olimpijskiego
Gu, jej mąż i dwóch synów żyją z tego, co znajdą na śmietniku
Janek Zdziarski
Gu, jej mąż i dwóch synów żyją z tego, co znajdą na śmietniku
Szanghaj jest gospodarczy, Pekin polityczny. Pędzi naprzód, szukając nowej tożsamości. Przeszłość mu jej nie podpowie, bo stary Pekin - i jego tysiące świątyń, rezydencji mandarynów i hutongów, niskiej zabudowy - legł w gruzach, a Pekin socjalistyczny spychacze zrównują właśnie z ziemią. Jego miejsce zajmuje Pekin XXI wieku, globalna metropolia. Przed igrzyskami 2008 za ciężkie miliardy przebudowano ją na nowo. Ma Manhattan - Centralną Dzielnicę Biznesu - światową architekturę (architektom zachodnim dano wolną rękę) i korki na wielopiętrowych węzłach komunikacyjnych. Granice stawia natura - Pekin już chyba osiągnął limit wzrostu, ma sześć obwodnic, dalej są góry i pustynia. Ale nadal autokary z dalekich prowincji wyrzucają nowe ekipy budowlane, a pod pięciogwiazdkowe hotele zajeżdżają limuzyny. Kolejny Nowy Jork i Hongkong w jednym? Tak, jeśli spojrzeć na drapacze chmur. Coś tu jednak nie gra. Z 17 mln mieszkańców Pekinu od 3 do 4 mln to robotnicy wędrowni. Bez meldunku, bez prawa do szkoły i szpitala, mają tylko zrobić swoje i wracać do domu, na wieś. Odwiedziliśmy ich w jednym ze slumsów. Dotarliśmy też do miejsca, którego nie ma na żadnej mapie - wioski petentów. Ofiary niesprawiedliwości jadą do Pekinu ze skargą, tu ich dopada policja z ich prowincji i wygania. Ale są też w Pekinie szczęśliwcy, którzy wyciągnęli dobry los z kapelusza i z dnia na dzień z lepianki przenieśli się do apartamentu. Taki jest Pekin i takie są dzisiejsze Chiny - wielka modernizacja i okrutna niesprawiedliwość, nowe fortuny i ścinanie zakrętów, porywająca energia milionów i bezsilność jednostek. O to, jak żyją, jak im się wiedzie w nowym Pekinie, zapytaliśmy osiem osób, choć Pekin to oczywiście17 mln różnych losów. Osiem, po chińsku ba, to dla Chińczyków szczęśliwa liczba. Igrzyska zaczną się 8.08.2008 r. o godzinie 8.

Ai Wei Wei pieprzy olimpiadę - piąta obwodnica

Mieszkający w Pekinie artysta robi i mówi, co chce. Stać go na to, bo należy do czołówki światowej awangardy. O Ai Wei Wei biją się największe galerie. Światowi architekci zapraszają go do współpracy. W sierpniu, po gali monstrum z okazji roku przed igrzyskami na placu Tiananmen, powiedział to, o czym wielu myśli, ale boi się mówić. Że jest zniesmaczony kontrastem biedy i zatrucia środowiska z kosztownymi igrzyskami. "Pieprzę pekińską olimpiadę" - wygarnął londyńskiemu "The Guardian". I jakoś mu się upiekło. Choć można sobie wyobrazić, jak wielka była obraza wśród oficjeli. Tym większa, że igrzyska skrytykował człowiek, który zainspirował kształt narodowego stadionu olimpijskiego. "Ptasie Gniazdo" - plątanina powyginanych prętów stalowych, o ścianach ze specjalnie wymyślonego dlań syntetyku - jest nowym symbolem Pekinu. To dzieło szwajcarskiej pracowni Herzog & de Meuron, która zaprosiła chińskiego artystę jako doradcę.

Ai Wei Wei - artysta, architekt, kurator sztuki i krytyk, brzuchaty i łysiejący, w wyciągniętym podkoszulku - wygląda trochę jak grecki Dionizos. Enfant terrible chińskiej sztuki współczesnej żyje w Chinach na wariackich papierach. Jest synem słynnego chińskiego poety Ai Qinga. Ojca maoiści osądzili pod koniec lat 50. jako prawicowca i zesłali do odległego obozu u stóp Himalajów. Po śmierci Mao rodzina wróciła do Pekinu. Na początku lat 80. młodemu Ai Wei Wei udało się wyjechać na stypendium do Ameryki. Po 13 latach wrócił, by zająć się chorym ojcem, i już został. Dziś mieszka w Pekinie niedaleko piątej obwodnicy przy lotnisku, w budynku z charakterystycznej dla stolicy Chin szarej cegły. Jedyny luksus, na jaki sobie pozwala w zatłoczonej metropolii, to przestrzeń - jego mieszkanie, prawie bez mebli, liczy 400 metrów. Jego twórczość inspiruje urbanizacja Pekinu i eksplozja Chin. W tym roku głośno było o nim w Kassel, rodzimym mieście braci Grimm. Zaproszony na międzynarodową wystawę sztuki współczesnej Documenta 12 przywiózł 1001 Chińczyków. Najpierw dokonał ich selekcji, tak by reprezentowali Chiny w całej ich różnorodności. Świat oklaskiwał projekt, określając go jako genialny skrót ludzkiego krajobrazu nowych Chin.

Wioska w wieżowcu - trzecia obwodnica

Shi Hongying - 27 lat, zawód pedagog - jest okrągła jak pączek w maśle. Lubi róż - różowy jest jej koronkowy top, różowa małżeńska sypialnia na 18. piętrze nowego wieżowca. W tym roku wyszła za mąż, oboje tryskają optymizmem. Oprowadza mnie po swoich 120 metrach. Living jak z amerykańskiego serialu, w łazience lustra i chromy, telewizor na pół ściany, a etui do pilota z ręcznie dzierganej koronki. Pekińska para nie musi spłacać rat od kredytu, bo mieszkanie dostała za darmo. Naprawdę. Ich dobrą wróżką były władze Pekinu. Trudno się dziwić, że oboje kochają rząd i są mu posłuszni. Są pokoleniem wielkiego boomu. Ich rodzice mieli ciężkie życie, przeżyli głód, szaleństwa maoizmu, rewolucję kulturalną. Ale to przeszłość. Odkąd Hongying jest na świecie, kraj się rozwija. Domy są coraz wyższe, coraz więcej jest samochodów, ulice są czystsze, ludzie lepiej ubrani. Gdy była dzieckiem, tu, gdzie stoi jej wieżowiec, rosła kukurydza. To były przedmieścia Pekinu, na rozstaju dróg stał od wieków buddyjski klasztor Dziesięciu Tysięcy Źródeł. Przez dekady klasztor był zamknięty. Hongying nie docieka dlaczego. Ale jakiś czas temu odbudowano go i znowu działa jakby nigdy nic.

- Kiedy poszliśmy do szkoły, nikt nie pracował na roli - opowiada jej mąż Lei. Pekin się rozwijał, w wiosce każdy albo handlował, albo otwierał restaurację. W pokoleniurodziców tylko jeden człowiek skończył studia i wszyscy o nim mówili. A w ich pokoleniu dyplom stał się sprawą oczywistą. W czasie studiów nie mieszkali już w rodzinnych domach z cegły, bo wyburzono je pod budowę trzeciej obwodnicy. Jako odszkodowanie podarowano im po dwa mieszkania. W jednym zamieszkali oni, w drugim teściowie. Cała jej wieś zmieściła się w 28-piętrowym wieżowcu. Dawni sąsiedzi z wioski nadal przychodzą do swoich nowoczesnych mieszkań jak do zagrody. - Dokąd się wybierasz? - Do starej Zhao z trzeciego piętra na partyjkę madżonga - mówi pan Wang. Do sklepu wychodzą w pidżamach i plują na chodnik jak chłopi, bo w głębi duszy pozostali chińskimi chłopami wśród kafelków i elektroniki. Służbowym audi pana domu jedziemy z gospodarzami do jednej z restauracji z kolorowymi lampionami. Rozmawiamy przy dymiącym kociołku z jagnięciną, grzybami i warzywami. - Nie musimy czytać w gazetach, że jest świetnie, wystarczy się rozejrzeć - mówi Hongying . W podróż poślubną pojechali do prowincji Yunnan. Ona chce jechać do Afryki, bo chcą zobaczyć prawdziwie dziką przyrodę. Marzy, by zostać dyrektorką przedszkola, a potem założyć własne. To będzie eksperymentalne przedszkole, bo w wychowaniu nie warto naśladować Ameryki, gdzie dzieciom się na zbyt dużo pozwala. Chińczycy powinni wrócić do tradycyjnych wartości, szacunku dla starszych i dla autorytetów. - Przegonimy Amerykę również pod względem moralnym, za oceanem jest za dużo przemocy, a my, Chińczycy, mamy Konfucjusza - mówi na pożegnanie. Czemu nie? Ich Chiny są krajem spełnionych marzeń.

Wioska petentów - czwarta obwodnica

Takich miejsc próżno szukać w przewodnikach. Pytani o nie przechodnie są zmieszani, taksówkarz zawozi nas i szybko wraca. 'Wioska petentów' na tyłach nieczynnego Dworca Południowego to rudery o oknach zaklejonych gazetami. Kiedy pojawia się dziennikarz czy obrońca praw człowieka, a tylko tacy nie boją się tu przyjść, petenci oblegają go i wciskają mu pliki papierów. Kobiety zapraszają nas do środka - w ciemnawej norze podest służy w nocy za legowisko, w dzień za siedzisko. Do mycia kran na zewnątrz, ubrania wiszą na gwoździach.

Każda z mieszkanek ma swoją opowieść: jedna szuka syna, podejrzewa, że zabiła go lokalna policja, inna ma męża kalekę, potrącił go samochód służbowy, nie dostali ani grosza. Niektórzy napisali swoją historię na ubraniach, inni na tekturach, które zawieszają sobie na szyi. Żyją tak od lat, wydali, co mieli, nie mają dokąd wrócić. Niektórzy wydają się niespełna rozumu i zapewne tacy są po latach wyjazdów do stolicy, ucieczek przed policją, zamykania w 'czarnych', nielegalnych aresztach i bicia.

- Odejdźcie, pełno tu policji - radzą nam ludzie. Tak robimy, zabierając jedną z kobiet. W zaciszu baru 50-letnia Li Lian, która przyjechała z północnego Harbinu, wyjmuje z torby odpisy orzeczeń i odwołań. Jeździ do Pekinu od trzech lat, bo walczy o mieszkanie. Zaczęło się od sporu w rodzinie. Chrapkę na mieszkanie miał brat męża. A że ma znajomego w rządzie, oni zostali eksmitowani. Teraz Li Lian i jej sparaliżowany po wylewie mąż mieszkają byle gdzie i walczą o swoje. Miejscowy sędzia orzekł zwrot domu, ale wyrok pozostał na papierze. Brat nadal zajmuje mieszkanie.

Chińczycy od setek lat jeżdżą na skargę do cesarza. Nawet komuniści im tego nie odmówili - prawo do petycji jest zapisane w konstytucji. O trzeciej w nocy Li Lian rusza, by zająć kolejkę do biura skarg i listów przy sądzie najwyższym. Wierzy, że jeśli dotrze do odpowiedniego okienka i trafi na uczciwego urzędnika, los się odmieni.

Na petentów czeka szpaler policji w cywilu. A raczej nie jedna policja, ale różne, bo każda prowincja ma swoją. Policjanci, młodzi mężczyźni w marynarkach i z komórkami, mają jedno zadanie - wyłapać 'swoich' petentów. Bo rząd centralny dowie się, co się dzieje w prowincji, i awanse mogą być zagrożone. Li Lian przyznaje, że ją nieraz szarpano i bito, ale nie rezygnuje. - Chińskie prawo jest sprawiedliwe, więc na pewno odzyskam, co moje - mówi.

Kilka miesięcy po naszym spotkaniu myślę, gdzie się teraz podziewa. 'Wioski', którą odwiedziłam w kwietniu, już nie ma. Jesienią, przed zjazdem partii, przyjechała policja i otoczyła slums. Wypędzano mieszkańców. Potem spychacze zrównały teren z ziemią. Wiosną na płocie obok 'wioski' oglądaliśmy makietę dworca, który zajmie całą dzielnicę. Ale petenci nadal jeżdżą do Pekinu; podobno teraz mieszkają w namiotach na jego peryferiach.

Nienawidzę wieżowców - druga obwodnica

- Nie mogę na to patrzeć - mówi 75-letni profesor Liang Congjie. I pokazuje na sterczący za nami wysokościowiec, którego fasadę zdobi pseudonowoczesne, pretensjonalne okratowanie. W eksplodującym Pekinie knoty budowlane są nieuniknione. Stara inteligencja pekińska narzeka na pospieszną modernizację, brak wizji urbanistycznej i zacieranie chińskiego charakteru stolicy.

- Na prawo Szanghaj, na lewo Hongkong, a gdzie mój stary Pekin? - wzdycha żona profesora.

Profesorostwo mieszkają w dwupiętrowym budynku z lat 50. To oaza spokoju w sercu stolicy, na wschód od Zakazanego Miasta. Na dziedzińcach wylegują się koty, śpiewają ptaki w klatkach, drzewka wiśniowe obsypane kwieciem. Spokój, cisza, harmonia. Jednak zewsząd napierają wieżowce, a z pobliskiej przelotowej ulicy w przebudowie dobiega huk i czuć spaliny.

Liang Congjie, potomek znanej rodziny chińskich reformatorów, jest historykiem i ekologiem. W 1994 r. zarejestrował pierwszą chińską organizację pozarządową Przyjaciele Ziemi. W jego mieszkaniu książki piętrzą się pod sufit, na ścianach wiszą fotografie. Pokazuje mi zdjęcie dziadka Lianga Qichao, słynnego reformatora ze schyłkowego okresu dynastii mandżurskiej, drugiej połowy XIX wieku. W rodzinnym albumie jest też fotografia ojca - architekta Liang Sichenga, autora pierwszej historii architektury chińskiej. Stworzył on pierwszy chiński wydział architektury w Pekinie. W latach 40., za okupacji japońskiej, studiował w Filadelfii. Poznał tam zachodnie pomysły na modernizację starych miast. W 1949 r., gdy Mao zwyciężył, Liang Sicheng postanowił je wykorzystać w Chinach. Na apel komunistów przyjechał do Pekinu, by wziąć udział w modernizacji kraju. Mianowano go zastępcą przewodniczącego komisji planowania stolicy. W Pekinie, który Japończycy oddali bez jednego wystrzału, były tysiące zabytków, rezydencji, świątyń i stare mury miejskie, istniało nadal miasto wewnętrzne - cesarskie - i zewnętrzne - plebsu. Czysty feudalizm - tak przynajmniej uważał Mao. Twierdził, że jeśli stare nie odejdzie, nowe nie przyjdzie. Liang Sicheng próbował przekonać maoistów do innej wersji modernizacji. Profesor zdejmuje z półki książkę ze szkicami ojca dla Pekinu 1949, który nie powstał. Gdyby go wtedy posłuchano, na szerokich murach powstałby park. Ale w latach 50. architekta uznano za marzyciela. A za rewolucji kulturalnej, w latach 70., go zaszczuto. Dalszy ciąg jest dzisiaj. Rząd obiecał zielone igrzyska 2008. Płacąc krocie, wyprowadza kominy fabryczne z centrum miasta na peryferie. Profesor był przeciwny urządzaniu igrzysk w Pekinie. - I tak brakuje nam wody, a powietrze jest tak zanieczyszczone, że wpłynie to na wyniki sportowców.

Źródło: Wysokie Obcasy
  • Re: Pekin. Osiem losów croyance 10.12.07, 18:04

    Nie ma czegos takiego jak 'Pekin'. Jest to nazwa uznawana za kolonialna i juz nieuzywana. Rownie dobrze mowic by mozna o Staliningradzie. Teraz jest 'Beijing'. »

  • "Bez prawa do szkoły i szpitala" 0skar 10.12.07, 19:31

    Nie bardzo rozumiem. To w Chinach zabronione jest chodzenie do szkoły i lekarza?»

  • Bardzo ciekawy artykul i mar_kra3 12.12.07, 19:46

    przerazajacy jednoczesnie... Chiny nas kiedys zjedza.. »

W numerze z 31 lipca