http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Dlaczego dziewczynka tuli traktor

Magdalena Środa
2007-12-10, ostatnia aktualizacja 2007-12-11 16:27

Rodzice niechętnie godzą się na niezależność własnych dzieci i nie rozumieją ich prawa do nietykalności cielesnej i godności. Zamiast "Myśl, działaj, bądź sobą" dziecko słyszy "Bądź posłuszny"

Ilustracja Sassy Buregren z jej książki
Ilustracja Sassy Buregren z jej książki "Mała książka o feminizmie"
Ilustracja Sassy Buregren z jej książki
Ilustracja Sassy Buregren z jej książki "Mała książka o feminizmie"
Jacek Kuroń przedstawiony w
Jacek Kuroń przedstawiony w "Małej książce o demokracji"
ZOBACZ TAKŻE
Rozmowa z Sassą Buregren. Autorką koncepcji praw wyborczych dla dzieci»

Czy dzieci powinny mieć prawa wyborcze? Sassa Buregren, autorka 'Małej książki o demokracji', twierdzi, że tak. W końcu demokracja to system polityczny, którego rozwój polega między innymi na tym, że coraz więcej osób bierze w nim aktywny udział. Prawa wyborcze zdobyli już robotnicy, kobiety, zdobywają je obcokrajowcy; mają je czarni obywatele Stanów Zjednoczonych i Indianie, choć sto lat temu było to nie do pomyślenia.

Gdy angielska feministka Mary Wollstonecraft domagała się praw dla kobiet, niejaki Thomas Taylor, filozof z Cambridge, napisał satyrę, w której domagał się praw dla zwierząt. No bo skoro kobiety żądają rzeczy tak niemożliwej jak prawa publiczne, to i zwierzęta można nimi obdzielić - dowodził 'żartobliwie'.

Pomysł z prawami wyborczymi dla wszystkich dzieci jest może zbyt śmiały, choć jeśli spojrzeć na scenę polityczną, to nieraz ma się wrażenie piaskownicy. Buregren nie jest działaczką, która walczy o polityczne upodmiotowienie dzieci. Jest pisarką, która zwraca uwagę, że dzieci stają się obywatelami, a świat społeczny powinien być przez nie dziedziczony jako rzeczywistość, w której kształtowaniu uczestniczyły, a co najmniej - poznały mechanizmy jego kształtowania.

Jej dwie książki - 'Mała książka o demokracji' i 'Mała książka o feminizmie' - to poważne potraktowanie przysłowia 'Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci'. Buregren sądzi, że to nasiąkanie powinno być aktywne.

Gorsi i mundurki

W XX wieku dzieci nabyły prawa. Są one sformułowane w Konwencji Praw Dziecka. Zgodnie z jej postanowieniami mają prawo do bezpieczeństwa, godności, edukacji i opieki zdrowotnej, ale również prawo do kształtowania i wyrażania własnych poglądów, do swobody myśli, sumienia i wyznania.

W XXI w. dzieci powinny też zdobyć narzędzia, by móc ze swoich praw korzystać. Tymczasem w polskich domach i szkołach głównym przesłaniem wychowawczym jest 'Bądź posłuszny!', a nie - 'Myśl, działaj, bądź sobą!'. Rodzice niechętnie godzą się na niezależność własnych dzieci i nie rozumieją ich prawa do nietykalności cielesnej i godności. W 2005 roku, gdy Sejm uchwalał ustawę o przemocy domowej, parlamentarzyści z pasją dowodzili, że 'dziecku trzeba zginać kark', chwalili się, że sami byli bici i że 'dzięki temu wyrośli na przyzwoitych ludzi', a przepis zabraniający karcenia jest niedopuszczalną ingerencją państwa w domenę prywatną. W końcu, aby ustawa chroniąca przed przemocą przeszła przez Sejm, zakaz bicia i upokarzania dzieci został z niej usunięty. Nieco później twórcza wyobraźnia ministra Giertycha podsunęła pomysł segregacji wychowawczej młodzieży poprzez izolację 'gorszych' i odziania wszystkich w mundurki. Tymczasem bardziej niż mundurków dzieci potrzebują nauki obywatelskich aktywności. I to nie tylko po to, by walczyć o swoje, także by troszczyć się o to, co wspólne. O to, czego stanowią integralną część.

Dziecko, mrówka, larwa

Świat społeczny nie składa się po prostu z 'ludzi', tylko z mężczyzn, kobiet i dzieci. O tych pierwszych wiemy najwięcej, bo to oni ten świat urządzili, o tych drugich - znacznie mniej. Już Simone de Beauvoir zadawała pytanie: 'Kim jest kobieta?', i mimo wielu debat odpowiedź nie jest nader płynna: 'Nikt nie rodzi się kobietą, kobietą się staje'. Bo kobiety budują tożsamość w odniesieniu do mężczyzn, którzy nad nimi przez setki lat panowali. Najmniej jednak wiemy o dzieciach. Jeden ze współczesnych holenderskich pedagogów radzi, by chcąc zrozumieć dzieci, traktować je tak, jak zoolog traktuje np. krokodyle czy mrówki (podaję za 'Przekrojem', listopad 2007). Wszak dziecko to istota, która jest radykalnie inna od nas. Inaczej wygląda, inaczej się porusza, je okropności, mówi niedorzeczności, bywa groźna (dla samej siebie przede wszystkim).

Można też dziecko traktować jako larwę, czyli postać przeobrażeniową różną od motyla, którym później się staje. Dziecko jest nie tylko miniaturką dorosłego. Jego organizm inaczej pracuje, umysł inaczej myśli, wyobraźnia, doświadczenia i sposób ich porządkowania są inne niż u dorosłego. Gorsze? Tak myślano przez setki lat. Dzieci nie tylko nie miały żadnego wpływu na rzeczywistość, ale też były całkowicie zależne od losu, dorosłych i natury.

Rodzice uczą gnuśności

W starożytności nie wystarczyło dziecka urodzić, trzeba było je także publicznie uznać, by żyło. Pewien Grek tak pisał do żony w 1 r. p.n.e.: "Jeśli (odpukać!) będziesz miała dziecko, zostaw je przy życiu, gdy będzie to chłopiec, a gdy dziewczynka - porzuć ją". Seneka radził porzucać dzieci chore lub z wrodzonymi wadami, by - jak twierdził - 'oddzielić to, co dobre, od tego, co do niczego nieprzydatne'. Biedni porzucali dzieci, gdy nie mogli ich wyżywić, a niektórzy, by 'nie patrzeć, jak wyrodnieją pod wpływem niskiego poziomu wykształcenia, które czyni ich niezdatnymi do piastowania godności i stanowisk'. Pieczę nad dziećmi 'uznanymi' sprawowali nie rodzice, ale nianie, pedagodzy, retorzy. Rzymianie byli przekonani, że wychowanie w domu rodziców uczy dziecko jedynie gnuśności.

W wiekach średnich troska o życie fizyczne i doczesne dzieci była nadal nikła, za to pojawiła się troska o ich życie przyszłe, pośmiertne. Ważny staje się chrzest, tyle że ma on miejsce znacznie później niż dzisiaj. Rodzice musieli mieć pewność, że dziecko przeżyje. Chrztem i imieniem obdarzano dzieci dopiero w wieku lat siedmiu albo i później. Jak do nich wołano przedtem - nie wiadomo. W 'Pogawędkach w alkowie położnicy', dziełku napisanym w 1622 roku, bohaterka pociesza matkę pięciorga dzieci, żeby się nie zamartwiała wychowaniem, bo 'zanim zdążą zaleźć jej za skórę, połowa albo i wszystkie wymrą'. Montaigne w 'Próbach' pisze o 'dwojgu lub trojgu dziatkach, które stracił bez wielkiego smutku', i irytuje się zbytnim zainteresowaniem, jakim kobiety obdarzają małe dzieci, i ich bliską obecnością (nie mógł ścierpieć, gdy 'hodowano' je w jego pobliżu).

Ociosywanie

W dziecku nie widziano ani 'poruszeń duszy, ani wyraźnego kształtu ciała'. Dopiero XVII-wieczni pedagodzy radzą, by mimo 'zrozumiałej niechęci, jaką budzi dziecko w rozumnym człowieku" (ze względu na jego "zewnętrzność, która jest jedną słabością tak na ciele, jak i na umyśle'), przezwyciężyć się i starać się je kochać, myśląc o przyszłości.To nastawienie na przyszłość dziecka powoduje jednak, że metody wychowawcze stają się bardzo rygorystycznie. Dziecko jest 'ułomnym' obiektem wychowania, który trzeba 'ociosać', a odpowiedzialność rodzica i nauczyciela sprowadza się do wzmożenia dyscypliny.W szkołach podstawowymi zasadami edukacyjnymi stają się kary fizyczne (dzieci bije się nie tylko wtedy, gdy coś nabroiły, ale i prewencyjnie), kary psychiczne (poniżanie) oraz donosicielstwo, które stanowi podstawę hierarchii, ubezwłasnowolnienia i całkowitego podporządkowania przełożonym.

Dzieciństwo jest jak niewolnictwo. Dopiero Jan Jakub Rousseau ukazuje dziecko jako potencjalnego obywatela i formułuje myśl, że wychowanie ma decydujący wpływ na kształt wspólnoty politycznej. Nie można więc dzieci traktować jak niewolników, bo z niewolników nie stworzy się republiki. Jego rozsądne uwagi dotyczą jednak wyłącznie mężczyzn. Kobieta jest stworzona po to, by 'podobać się mężczyźnie', sama, bez męskiego nadzoru, republice może jedynie zaszkodzić. Niezależnie od tego, jakie normy zawierały teorie wychowawcze na przestrzeni wieków, zawsze pojawiała się owa różnica między zaleceniami wobec chłopców, którzy predestynowani byli do władzy, decydowania i bycia obywatelami, a dziewczętami, które miały być posłuszne, pachnieć i rodzić.

Zachowuj się jak dziewczynka!

Dziewczynki pod bacznym okiem matek pracują nad modulacją głosu i sublimacją zachowań: 'Zmień ton', 'Nie krzycz', 'Mów łagodniej', 'Nie wrzeszcz jak chłopak', 'Usiądź jak dziewczynka', 'Dziewczynki nie powinny tak się zachowywać, to dobre dla chłopców!'. Dziewczynki przechodzą przez silny trening czystości i dbania o porządny, uładzony wygląd.

W szkolnych podręcznikach występują w roli ciekawskich, które zadają mądrym chłopcom naiwne pytania. Większość poleceń podręcznikowych zadań skierowana jest do chłopców. To oni predestynowani są do sfery publicznej. Dziewczynki wychowywane są zaś w kulcie opiekuńczości. Opiekują się lalkami, innymi dziewczynkami, młodszym braciszkiem, mamą, tatą, babcią, wreszcie - gdy już podrosną - swoim mężczyzną. I nawet wtedy, gdy dziewczynka będzie dostawać chłopięce zabawki, czołg czy traktor, z pewnością odniesie się do nich z troską, tuląc do snu i podkładając poduszkę pod koła.

Dzięki tradycyjnym metodom wychowawczym dziewczynki potrafią podobać się, malować i odchudzać, starając się za wszelką cenę sprostać kanonom kobiecej urody kreowanym przez kulturę masową. Chłopiec nie tylko może znacznie więcej, ale i potem - jako dorosły - ma znacznie więcej. Więcej wolności, więcej możliwości, więcej władzy.

Demokracja jest dla dzieci!!!

I zapewne dlatego książce o demokracji towarzyszy książka o feminizmie jako niezbędnym dopełnieniu demokracji. Bohaterkami obydwu są dziewczynki. W wersji polskiej to Justyna i Zosia. Jednamieszka na wschodnim krańcu Polski w gminie Kowale Oleckie, druga - na Pomorzu, w Słupsku. Sassa Buregren niczym Rousseau pokazuje swoim bohaterkom, co robić, by być pełnoprawnymi, aktywnymi obywatelkami swojego kraju. Zośka jest zadziwiona, że światem rządzą niemal wyłącznie mężczyźni i że przeszkodą w realizacji jej marzeń może być prosty fakt, że jest kobietą. - Dlaczego muszę się opiekować młodszymi siostrami? - pyta Justyna. - Dlaczego w szkole nie przeprowadzono debaty o mundurkach? Dlaczego na zdjęciach w gazetach, które przedstawiają ważne wydarzenia, są tylko mężczyźni? Dlaczego dziewczynki są takie potulne, dlaczego nie mogą się bawić tak jak chłopcy? - pyta Zosia. Co można zrobić w sprawie stopni z religii na świadectwie? Głodu na świecie? Jak można przeciwdziałać cierpieniu zwierząt? No i co zrobić, żeby dziewczynki przestały się wreszcie odchudzać ? Zosia i Justyna, każda w swojej książce, stawiają pytania, chcą wiedzieć, chcą być aktywne, chcą - po prostu - wpływać na swoją przyszłość. Książki pokazują, jak to robić.

Świat jak ciasto

Dziewczynki uczą się dyskutować, np. z rodzicami o kieszonkowym lub z władzami szkoły w sprawach komputerów. Uczą się zdobywać telefony do instytucji i osób (wójt, rzecznik praw dziecka, Parlament Europejski, feministyczne organizacje pozarządowe), uczą się podejmować decyzje, iść na kompromis, angażować w inicjatywy samorządowe i obywatelskie. Justyna zostaje zaproszona na radę gminy, a Zosia szykuje się do feministycznej marcowej Manify. I Justyna, i Zosia mają się na kim wzorować - tyle osób przed nimi demokrację budowało, broniło jej i ją zmieniało. W książkach prócz linków i adresów międzynarodowych organizacji mamy więc portrety wielu osób, między innymi Sokratesa, Gandhiego, Jacka Kuronia, Mary Wollstonecraft, Simone de Beauvoir i Marii Janion.

Dla Szwedów jest czymś oczywistym, że feminizm jest niezbędny demokracji, bo jest jej korekturą. Bez równych praw i możliwości dla dziewcząt i kobiet demokracja będzie mniej niż połową demokracji. W Polsce słowo 'feminizm' ciągle ma wymowę negatywną, a troska o prawa kobiet wydaje się politycznym happeningiem. Zosi będzie więc trudniej być feministką niż jej szwedzkiej odpowiedniczce. W Polsce trudniej będzie też zrozumieć, że demokracja jest niemożliwa bez udziału dzieci. Bo tak jak kobiety stanowią ponad połowę dorosłego społeczeństwa, tak dzieci są więcej niż jego połową. I są tą jego częścią, która - od niedawna - ma prawa. Chodzi o to, by nauczyć je z nich korzystać. By żyły bardziej świadomie, uczyły się obywatelskich aktywności i odpowiedzialności. Świat nie jest bowiem ciastkiem, które dostaje się na 18. urodziny w celach konsumpcji. To ciasto, które trzeba ciągle urabiać, by życie dzięki niemu stało się pożywne i smaczne. Dla wszystkich.

Źródło: Wysokie Obcasy

W numerze z 28 sierpnia