Wróciła pani właśnie z ośmiotysięcznika Nanga Parbat
Znam cię z biegania! Startowałam z tobą na zawodach na 10 km w Kabatach.
To widać, że wielu alpinistów biega. W czołówce jest tam często Marcin Miotk, chłopak, który zdobył Everest.
Z Marcinem znamy się z Wejherowa. Stamtąd pochodzę.
Z Wejherowa jest daleko w góry.
Pierwszy raz w góry pojechałam w liceum, w Sudety. Ale wtedy gór nawet nie zauważyłam.
Na studiach miałam praktyki z geologii w Tatrach. Obóz prowadzili Jarek i Wiktor, którzy mieli totalnego świra na punkcie Tatr. Jeden z nich miał uprawnienia wspinaczkowe i mógł kogoś zabrać poza szlak turystyczny. Zrobiliśmy wąwóz Kraków, całą grań Tatr Zachodnich. Zaraziłam się. To jest to: jesteś sam, możesz się zmagać z przyrodą.
To trudne. Choćby Orla Perć, szlak turystyczny, ale niebezpieczny.
Tam jest tylko takie niebezpieczeństwo, żeby ci ktoś kamienia na głowę nie zrzucił, przez to ludzie giną. Ale jak tam chodzą wycieczki z psami, z dziećmi, to co się dziwić. Jak przeszłam Orlą Perć, to mi się zamarzyło, żeby tam wrócić zimą.
Orla Perć zimą?!
Dużo wspinaczy tam chodzi zimą. A ja już wtedy miałam pierwsze wspinaczki za sobą. Przeszłam Orlą Perć z lotną, czyli asekurując się nawzajem z partnerem na drugim końcu liny. Na studiachh zrobiłam kurs wspinaczkowy w Tatrach.
Następny krok zrobiłaś w Alpy.
Najcieplej pamiętam Matterhorn od strony włoskiej, byłam tam właśnie z Marcinem Miotkiem.
Dużo pieniędzy muszą mieć studenci, żeby wyjechać w Alpy?
Wchodziliśmy od strony włoskiej, bo jest tańsza niż szwajcarska. Spałam pod gołym niebem, bo nie było mnie stać na wynajęcie pokoju. To nie jest wysoka góra, za to trudna i piękna. Trzeba się powspinać i wyczekać na dobrą pogodę, żadnych dramatów tam nie przeżyłam.
A kiedy?
Pierwsza "dramatyczna" historia zdarzyła mi się rok później na Mount Kenia. To góra, na którą warto w Afryce wchodzić, jest cenniejsza dla wspinaczy niż Kilimandżaro, trekkingowy szczyt. Przy zjazdach, które trwały ileś godzin, zaklinowała nam się lina. Bo zjeżdża się tak: wkładasz linę w jakiś przelot na stanowisku zjazdowym i spuszczasz dwa końce na dół. Wkładasz w to "ósemkę" albo inny przyrząd do zjeżdżania. Zjechaliśmy oboje i wtedy trzeba ściągnąć linę na dół za jeden koniec. I kiedy ciągnęliśmy, to górny koniec gdzieś utknął.
Co zrobiliście?
Nie można było się po linie wspiąć, bo mogła się odklinować. Nie mogliśmy się wspiąć po skale, bo była przewieszona. Musieliśmy czekać do rana. Pierwszy biwak w ścianie, tylko z małym oparciem na stopy. Nie można było spać, bo to 5 tys. m, więc zimno. Klęłam, że jestem 30 km od równika, a mogę się odmrozić. Można wezwać pomoc sygnałami świetlnymi, ale była kwestia honoru.
Rano poprosiliśmy pierwszy zespół, który szedł do góry, żeby nam odblokował tę linę. Mogliśmy ją odciąć, bo mieliśmy kawałek pod nogami. Ale kupiliśmy ją w Chamonix za ciężko uzbierane pieniądze, równowartość 1500 zł. To był majątek dla ludzi, którzy nie zarabiają.