Z milicyjnego gazika wypadają dwie podpite kobiety, najwyraźniej lekkich obyczajów. Szarpią się z milicjantami. Jedna jest subtelna, druga potężna, muskularna, rumiana na twarzy. Ma bordową jedwabną suknię obciskającą jej spory brzuch i wielkie piersi. Policzki pomalowane burakiem, a na głowie kapelusik z demobilu. Z trudem balansuje na wysokich obcasach. Ogania się od milicjantów torebką, ale niewiele to daje. Mimo protestów i krzyków obie panienki lądują na dołku.
Tak się zaczyna najbardziej znany teledysk Wierki Serdiuczki, ukraińskiej gwiazdy muzyki chodnikowej, bardziej niż w swoim kraju popularnej w Rosji i na całym obszarze byłego ZSRR. Nawet w areszcie Wierka nie traci rezonu. Rozbawia współtowarzyszy w celi. Po chwili wszyscy tańczą kozaka, a Wierka śpiewa po rosyjsku z wyraźnym ukraińskim akcentem: Jeśli dowiesz się, że uciekł ci pociąg, to nic się nie martw. Poczekamy na następny, wypijemy wspólnie za zdrowie i wszystko będzie dobrze./ Jeśli rano boli cię głowa, to znaczy, że nie umiesz pić. Ale nie wolno się leczyć samemu, znacznie lepiej wypić jest z kimś.
A potem wariacki, rytmiczny refren na ludową melodię ukraińską: Charaszo! Wsio budiet charaszo! Wsio budiet charaszo, ja eto znaju!
Bez tej piosenki nie może się odbyć żadne rosyjskie, ukraińskie czy białoruskie wesele, studniówka, bal maturalny, impreza firmowa. To współczesny postradziecki kankan, przy którym tańczą młodzi i starzy. To swoisty hymn pochwalny życia na obszarze, gdzie jeszcze niedawno nie bardzo było się z czego cieszyć, bo radziecki świat się zawalił, a nowy jeszcze nie powstał. Wierka wypełniła tę pustkę, tak jak swego czasu Ich Troje zalali Polskę swoim 'Zawsze z tobą chciałbym być'.
Wierka Serdiuczka wygląda jak chłop, bo w rzeczywistości jest mężczyzną. Gdy ją zobaczyłem po raz pierwszy jakieś dziesięć lat temu w telewizji rosyjskiej, to myślałem, że jest transwestytą, ale nic podobnego.
- To najbardziej męski mężczyzna. A do tego skromny, inteligentny i zupełnie normalny - zapewnia mnie kijowianka Tatiana Artuszewska, która kilkanaście lat temu występowała na scenie razem z Andrijem Danyłką - tak nazywa się człowiek wcielający się w Wierkę.
Andrij pochodzi z Połtawy w północno-wschodniej Ukrainie. To prowincjonalne dziś miasto było w XVII i XVIII w. sercem Kozaczyzny. Niedaleko stąd leżała jej historyczna stolica Baturyn z barokowymi cerkwiami, teatrem i bogatą biblioteką. Dialekt z okolic Połtawy wybrano w XIX wieku na podstawę literackiego języka ukraińskiego.
Danyłka skończył szkołę sztuki cyrkowej, która była ceniona w ZSRR na równi z aktorstwem. Jednak gdy zaczynał pracę na początku lat 90., to cyrk upadał wraz ze Związkiem Radzieckim. Skończyły się sława, pieniądze i prestiż. I tak Andrij został satyrykiem i kabareciarzem.
Jego popisowym numerem były monologi konduktorki pociągu dalekobieżnego Wierki Serdiuczki - dziewczyny z ukraińskiej wsi mówiącej surżykiem, czyli mieszaniną rosyjskiego i ukraińskiego. Może nie najmądrzejszej, ale poczciwej i ambitnej.
Wierka opowiadała o swoich przejściach z pasażerami, którzy przewalali się przez jej wagon, o miłostkach, żalach. Żeby zrozumieć sukces Andrija, trzeba wiedzieć, czym w ZSRR były pociągi dalekobieżne, w których zamiast siedzeń są leżanki i nie ma przedziałów. Przez dziesięciolecia głównie tymi pociągami przemierzano kraj od Brześcia do Władywostoku i od Murmańska po Baku.
W pociągach spotykali się ludzie różnych narodowości, profesji, stanów społecznych, których łączyło tylko to, że byli obywatelami 'nieobjatnoj strany', jak czasem nazywano ZSRR. Razem pili, rozmawiali, romansowali, kłócili się, czasem bili. Konduktorka Wierka stała się bliska sercu nie tylko Ukraińców, ale każdego mieszkańca dawnego ZSRR.
Podczas jednego z występów Andrija wypatrzył producent telewizyjny z Moskwy i tyle go widziano w Kijowie. Zaczął się za to często pojawiać w telewizji rosyjskiej i szybko stał się jej gwiazdą.
Aby zrozumieć, jak to się stało, warto uprzytomnić sobie, kim są dla Rosjan Ukraińcy, pogardliwie nazywani w Moskwie 'chochłami'. Otóż Ukrainiec dla przeciętnego Rosjanina to taki sam człowiek jak on, tylko głupszy, śmieszniejszy, prymitywniejszy, wieśniak, słowem, idealny przedmiot drwin. Ukraina to dla przeciętnego Rosjanina zapadła prowincja, ale też uosobienie wiejskiego spokoju, sielanki, idylli, najsmaczniejszego jedzenia (kultowe sało - słonina), najlepszej horiłki (wódki) oraz najpiękniejszych, choć niezbyt rozgarniętych dziewczyn.
Udający prowincjonalną Ukrainkę Andrij trafił z tym emploi w dziesiątkę rosyjskich oczekiwań. Gdy obszedł ze skeczami wszystkie rosyjskie programy satyryczne, zaproponowano mu, by zaczął śpiewać.
Piosenki Danyłki oparte są na motywach ukraińskiej muzyki ludowej wzbogaconej rytmem elektronicznej perkusji, okraszone niewybrednym, absurdalnym tekstem. Całość tworzy melanż kozackiego disco polo, piosenki biesiadnej i muzyki chodnikowej, ale z większym rozmachem niż znamy to z Polski, bo dla Andrija obciach nie ma granic. Wyczyny Ich Troje i Michała Wiśniewskiego to przy nim szczyt dobrego smaku.
Dwa lata temu Wierka nagrała wspólną płytę z Wiśniewskim, który na tę okoliczność przedzierzgnął się w Renię Pączkowską z Podbeskidzia. W Polsce nie zrobiła ona furory. Inaczej było na Ukrainie, gdzie Wierka pokazała, że jest znana nie tylko w Rosji, ale także w Polsce. Jak widać, Wiśniewski to przy Andriju mały pikuś show-biznesu.
Danyłko w przebraniu Wierki potrafi łamanym rosyjskim złożyć życzenia noworoczne 'naszemu prezydentowi Władimirowi Putinowi', śpiewając dla niego piosenkę z repertuaru Marilyn Monroe. W jednym z teledysków jest przebrany za carycę Katarzynę, która podpita ubolewa, że 'w noworoczną noc brakuje jej szampana' i ' kawalera, który ją zaspokoi'. Na potrzeby sceniczne Wierka stworzyła postać swojej matki - gra ją także mężczyzna - która nadal mieszka na ukraińskiej wsi. Wierka czasami odwiedza matkę, czasami zaprasza ją do miasta. Obraz ukraińskiej wioski to chlanie na potęgę i tandetny folklor. W jednej z piosenek Wierka parafrazuje hymn Ukrainy: 'Szcze ne wmerła Ukraina, póki my balangujemy '. Nie trzeba dodawać, że Rosjanie, którym trudno pogodzić się z niepodległością Ukrainy, są zachwyceni.
Dla jednych Wierka to zdrajca i sprzedawczyk (ukraińscy narodowcy domagali się, by Andrija pozbawić obywatelstwa), dla innych symbol tandety, dla jeszcze innych sposób na dobrą, choć niewyszukaną zabawę. Atutem Danyłki jest to, że mało kto w stosunku do niego pozostaje obojętny.
I właśnie kontrowersyjny Danyłko osiągnął największy sukces spośród wszystkich ukraińskich artystów próbujących sił w Rosji. A popularność w Rosji - w praktyce na terenie całego ZSRR - oznacza ponad 250-milionową publiczność, ogromne nakłady płyt, trasy koncertowe. Nic dziwnego, że Andrij jest jednym z najlepiej zarabiających artystów w byłym ZSRR. Andrij tego nie ukrywa: - Przez wieki Rosja wywoziła od nas pieniądze. Dzięki takim jak ja wracają one na Ukrainę.
- Moim zdaniem cała ta szopka z Wierką jest wyłącznie artystyczną kreacją i sposobem zarabiania pieniędzy - mówi Tatiana Artuszewska. - Andrij bawi się stworzoną przez siebie konwencją. Wciąż bada, jaką jeszcze głupotę może kupić publiczność.
Ale trudno to sprawdzić, bo Andrij unika poważnych wywiadów jak ognia. Jeśli wypowiada się dla mediów, to zawsze jako Wierka Serdiuczka. Czasem tylko można go spotkać 'w cywilu' na głównej ulicy Kijowa Chreszczatyku. Chodzi skromnie ubrany na czarno. Kilka lat temu pod własnym nazwiskiem nagrał płytę z kompozycjami jazzowymi. Krytycy twierdzą, że są całkiem udane.
Od dwóch lat Andrij znowu częściej występuje na Ukrainie. W telewizji Nowyj Kanał miał program, w którym w ludowym stroju Wierki, zmienianym czasem na niebiesko-
-żółty dres z napisem 'Ukraine' na plecach, jeździł po Europie i prowadził rozmowy z emerytowanymi gwiazdami znanymi niegdyś w ZSRR, jak Demis Roussos czy Adriano Celentano. Przebąkiwał też, że chciałby wystąpić w konkursie Eurowizji, ale nikt nie brał tego serio.
Tymczasem kilka miesięcy temu Danyłko zgłosił swoją dyskotekową kompozycję 'Dancing Lasha Tumbai' do ukraińskiego konkursu na piosenkę, która będzie reprezentowała kraj na tegorocznej Eurowizji. 9 marca telewidzowie zdecydowali, że jest najlepsza. Za kilka tygodni Wierka Serdiuczka pojedzie na finał Eurowizji do Helsinek. Jak każda piosenka Wierki 'Dancing Lasha Tumbai' ma półtora akordu. Ale tym razem tekst bije rekordy głupoty: Hallo Everybody!!!/ My name is Verka Serduchka./ Speak English?/ Nicht verstehen./ Let's speak dance./ Nu,/ sieben, sieben, ailulu./ Sieben, sieben, ein, zwei. I tak do końca. - Mój przebój jest trochę prowokatorski, ale czuję, że trzeba potrząsnąć tym konkursem - mówił niedawno Danyłko.
Szefowie ukraińskiej jedynki UT1 robią dobrą minę do złej gry: - Andrij doskonale czuje format Eurowizji - przekonuje dyrektor redakcji muzycznej UT1 Jelena Mozgowaja. - To głównie show, a dopiero na drugim miejscu konkurs piosenki.
Nie wiadomo, czy udział Wierki w Eurowizji jest kolejną prowokacją Andrija, czy chodzi o pieniądze. Przy wejściu na swoją stronę internetową www.serduchka.com artysta zawiesił napis: 'Teatr Andrija Danyłki'. Może Wierka to wielki teatr, a Andrij to artysta totalny, który nieustannie gra rolę. Jeśli widzowie Eurowizji potraktują go poważnie, to będzie niezła zabawa.