http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif
A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum

Po co mężczyźnie dziecko? Rozmowa z Jarosławem Mikołajewskim i Wojciechem Orlińskim

Rozmawiała: Aneta Górnicka-Boratyńska
2005-04-16, ostatnia aktualizacja 2005-04-14 14:29

Dziecko to jest wyzwanie poetyckie. Przychodzi i zaraz cię zdradza, bo jest zupełnie kimś innym, niż myślałeś. To wielkie zaskoczenie


Fot. Michał Mutor / AG
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Jarku, Ty masz trzy córki (4, 12, 14 lat). Ty, Wojtku - trzech synów (5, 8 i 11 lat). Powiedzcie - co dają Wam dzieci?

J.M. Mnie dzieci skutecznie bronią przed autodestrukcją, przed anarchią, chęcią zakwestionowania absolutnie wszystkiego. Chronią przed samotnością. Pogłębiają związek z żoną, dostarczają skrajnie dobrych emocji, usensowniają własne działania.

Z moim przekonaniem, że przeznaczeniem świata jest przemijanie, łączy się uświadomione przywiązanie do kruchości. Czuję potrzebę solidarności ze wszystkim, co kruche. Niech to zabrzmi dziecinnie i głupio, ale jak widzę złamane drzewo, to mnie boli, bo widzę w nim człowieka, i odwrotnie - jak widzę faceta złamanego nieszczęściem, to przychodzą mi do głowy setki obrazów z natury. Dzieci, ale nie tylko dzieci, bo też starzy rodzice, to taki kawał kruchości do kochania. Dzieci spełniają potrzebę kochania czegoś, co jest godne, a najbardziej godny jest świat w swojej bezbronności, w ubóstwie.

W.O. Ja nie lubię pytań typu "jaki jest sens czegoś tam", bo uważam, że ludzka egzystencja jako taka a priori nie ma sensu żadnego. Święty Augustyn zauważył z niesmakiem, że przychodzimy na świat w moczu i kale ("inter faeces et urinam nascimur"), odchodzimy zaś przecież w podobnym stanie. Metafizycznie kondycja ludzka moim zdaniem przypomina sytuację barona Münchhausena, który wyciągnął sam siebie z bagna za włosy. Samo w sobie nasze życie nie ma sensu żadnego, ale możemy mu go nadać, poświęcając je czemuś czy komuś. Ja nie nadaję się do tego, by poświęcić życie dla jakiejś wielkiej sprawy, ale mogę to zrobić dla własnych dzieci.

Świat jest pełen cierpienia i rozpaczy, a Wy zdecydowaliście się na trójkę dzieci! Przecież ta rozpacz i cierpienie będą też ich udziałem.

W.O. Opowiem anegdotę z historii fotografii. Jest takie moje strasznie ukochane zdjęcie przedstawiające enerdowskiego żołnierza, który w sierpniu 1961 ucieka z Berlina. Widać, że pilnował robotników, którzy właśnie rozpoczęli budowę muru, dotarło do niego, że teraz albo nigdy - i biegnie przez zasieki. Pierwszy raz zobaczyłem to zdjęcie jako depresyjny nastolatek w latach 80. i przez lata było dla mnie symbolem smutku. Kiedy je widzę, przypomina mi się muzyka, której wtedy słuchałem: Joy Division, This Mortal Coil, Nick Cave, ogólny dół, melancholia, poczucie osaczenia.

Gdy ostatnio byłem w Berlinie, kupiłem sobie i najstarszemu synowi koszulki z tym właśnie zdjęciem. To w tej chwili jeden z jego ulubionych ciuchów, a najśmieszniejsze, że dla Maćka symbolika tego zdjęcia jest zupełnie odwrotna: dla niego opowiada historię młodego żołnierza, który zaczyna wspaniałą przygodę. Jest więc jakaś wielka nadzieja w rodzicielstwie, że odsunę od synów wszystkie te rzeczy, które mnie zadręczały, że oni będą inni, że będzie im lepiej, że nie odziedziczą po mnie czarnej wizji świata, że spojrzą dokładnie na te same rzeczy i zobaczą w nich co innego - nadzieję, radość, szczęście.

J.M. Nie chcę pokazywać dzieciom obrazu skrajnie pesymistycznego, dlatego staram się szukać dobrych stron i to mnie samego jakoś ratuje przed ciemnością.

Staracie się nie przekazać Waszej mrocznej wizji świata. To rodzaj maski dla dzieci.

J.M. Ze mną jest podobnie jak z Zagórskim, o którym pisano: "Jak to możliwe, że taki wesoły człowiek miał takie czarne myśli?". To samo kiedyś powiedzą o mnie moje dzieci. Ale to nie jest maska, one wzbudzają we mnie chęć, żeby szukać jasnych stron, nie w sobie, ale w świecie.

Czy mielibyście odwagę opowiedzieć dziecku o nicości?

W.O. Oczywiście, że nie. Kiedy umarła moja babcia, mój najstarszy syn przetrawiał to jakieś dwa tygodnie, a potem w nocy dobiegł nas z jego pokoju straszny płacz. Uświadomił sobie, że po pierwsze - my umrzemy, a po drugie - on umrze. Poszedłem do niego i opowiedziałem mu chrześcijańską bajkę o raju i zbawieniu. I on spokojnie zasnął. Gdybym mu powiedział, co naprawdę o tym myślę, pewnie płakałby jeszcze bardziej, ale chciałem go wtedy ukołysać do snu.

J.M. To nawet nie jest kwestia przekazywania przekonań, tylko języka: nie martw się, babcia patrzy na nas, jej jest dobrze, spotkamy się kiedyś. To raczej przekaz ciepła i harmonii.

W.O. Ja naprawdę nie mam zielonego pojęcia, jaki system wartości chciałbym przekazać moim dzieciom. Chciałbym, żeby żyły racjonalnie, żeby nie skakały na główkę, żeby dokonywały przemyślanych wyborów - ale nie wiem, czy mi się to uda, bo moje życie to akurat jeden wielki skok na główkę. U nas zasada "Bóg dał dziecko, Bóg da na dziecko" sprawdzała się w dość niezwykły sposób - z kolejnym dzieckiem zawsze pojawiała się jakaś nowa szansa zarobienia pieniędzy. Telefon z wiadomością, że dostałem pracę w "Gazecie", zadzwonił dokładnie w chwili porodu średniego syna Jacka - właśnie biegliśmy z żoną do samochodu. Dlatego zawsze potrafię dokładnie określić swój staż pracy w "Gazecie", bo to jest po prostu wiek Jacka.

Moja żona jest wierząca, więc wychowuje chłopaków na katolików - czasem pytają, dlaczego nie chodzę z nimi do kościoła, ale jakoś ten temat mało ich intryguje. Mam nadzieję, że rozbieżność światopoglądów w naszej rodzinie nie będzie dla naszych dzieci dramatem, tylko nauczy je pluralizmu, będą wiedziały, że jeśli jest jedno pytanie i wiele odpowiedzi, to wcale nie oznacza, że jedne są błędne, a inne nie.

Mnie dzieci dały zwykłą, ale ogromną, codzienną radość. Patrząc na Feliksa, widzę samą siebie 30 lat wcześniej, grzebiącą godzinami patykiem w kałużach, po których pływały okręty z liści. I jeszcze raz mogę przeczytać "Muminki" i "Kubusia Puchatka".

J.M. Nie ma nic piękniejszego, niż przeżyć to jeszcze raz.

W.O. Jestem wielkim miłośnikiem Stanisława Lema. Jako dziecko przeczytałem opowiadanie o Ijonie Tichym, który wpadł w pętlę czasu i rozmnożony na Tichych z różnych dni tygodnia użera się sam ze sobą na statku kosmicznym. To jest tak przekomiczna historia, że wtedy turlałem się ze śmiechu. Czytałem to opowiadanie potem jeszcze wiele razy, już nigdy jednak nie śmiejąc się tak jak za pierwszym razem - choć próbowałem po francusku, angielsku, niemiecku i czesku. Kiedy przeczytałem je na głos swoim dzieciom, przy kolejnych absurdalnych gagach zaczęli turlać się ze śmiechu jak ja kiedyś. I wtedy udzieliło mi się to piękne uczucie rodzicielskiej empatii - śmiałem się razem z nimi, ponownie przeżywając to tak jak dziecko. To jest dla mnie najprzyjemniejsze w rodzicielstwie, że można przeżyć coś z własnego dzieciństwa jeszcze raz, wrócić do czasów, w których człowiek potrafił się tak radośnie i beztrosko śmiać.

Ty masz z synami własny, męski świat. I znowu masz szansę być chłopcem.

W.O. Cieszę się, że mam samych chłopców. Przyjemność bawienia się lalką Barbie jest dla mnie tak samo niezrozumiała jak oglądanie serialu "Na dobre i na złe". A z synami czuję pełną wspólnotę. Kiedy byłem na ranczo Skywalker w posiadłości George'a Lucasa, nakupowałem sobie w sklepie z pamiątkami mnóstwo zabawek, że niby to wszystko dla synów, a potem sam się nimi bawiłem w hotelu. Ale jak pomyślę, że miałbym dziewczynkę i musiałbym z nią pójść na jakiś film o różowych kucykach, robi mi się słabo.

Źródło: Wysokie Obcasy

W numerze z 13 marca