Umieranie rodziców. Fragment książki "Miłość i reaktywacja" Hanny Samson
Tekst: Hanna Samson
2004-12-11, ostatnia aktualizacja 2004-12-08 17:29
Do księgarń trafiła książka Hanny Samson "Miłość. Reaktywacja" - opowieść o tym, jak odchodzi matka
ZOBACZ TAKŻE
- Rozmowa z Hanną Samson (11-12-04, 01:00)
Mama. Ta sama mama, która jeszcze niedawno jednym spojrzeniem sprawiała, że zimny dreszcz przebiegał mi po plecach, niepostrzeżenie zmieniła się w osobę wymagającą opieki. Moja potężna matka stała się nagle, choć nawet nie tak nagle, ten proces trwał już od jakichś dwóch, trzech lat, nim doprowadził ją do tego momentu, w którym bezsprzecznie wymagała opieki, a więc nie tak nagle, ale jednak ku jej i mojemu zaskoczeniu moja mama stała się niesamodzielna. Ona w innym mieście, ja w innym, od dawna chciała, żebym przeprowadziła się do niej, ale na to się zgodzić nie mogłam. Już nawet nie o to chodzi, że w jej domu byłabym nikim innym jak tylko jej córką, a wiele lat zajęło mi to, żeby się od tej roli uwolnić, żeby stać się kimś innym, aniżeli tylko jej niezbyt udaną córką, ale pal licho, w tej sytuacji, pewnie zdobyłabym się na powrót do nigdy nie dość dobrze opanowanej roli córki i zamieszkała u niej, ale nie mogłam, bo musiałam pracować. Ta prosta konieczność zdejmowała ze mnie obowiązek mierzenia się z powinnością powrotu do starej roli, bo przecież nawet to, że byłabym opiekunką mamy, nie zmieniałoby faktu, że przede wszystkim byłabym jej dzieckiem, które mieszka w jej domu. Los sprawił jednak, że miałam pracę, o jakiej w P., gdzie ona mieszkała, nie mogło być mowy.
- Mamo, przecież nie chcesz chyba, żebym była na twoim utrzymaniu? Wyobrażasz sobie, jak byśmy razem z Julką żyły z twojej emerytury? Ten argument ją przekonywał, co nie znaczy, że zamykał jej usta. Ilekroć byłam u niej, a zdarzało się to coraz częściej, bo mama coraz bardziej potrzebowała opieki, nim w końcu stało się jasne dla nas obu, a przynajmniej dla mnie, bo ona jeszcze długo nie przyznawała się do tego, że sama już sobie nie radzi, więc ilekroć byłam u niej, tylekroć mówiła, jak to byłoby dobrze, gdybym tu została, wzbudzając tym we mnie poczucie winy i złość, że nie chce zrozumieć tego, co oczywiste. Przecież wiesz, mamo, że to niemożliwe, krzyczałam w końcu, przecież chciałam z nią być, wiedziałam, że jestem jej potrzebna, ale nie mogłam zrezygnować ze swojego życia, nawet nie to, gotowa byłam zrezygnować ze swojego życia, jasne, że należy zająć się własną matką, kiedy ta potrzebuje opieki, ale bez pracy tej opieki i tak bym jej nie zapewniła. To ty zamieszkaj z nami, mamo, mówiłam, ale ona broniła się teorią o nieprzesadzaniu starych drzew, na której potwierdzenie zbierała coraz to nowe dowody, że ta czy owa pojechała do córki i z tęsknoty za domem po kilku latach umarła. A ile lat miała, mamo? - pytałam, a ona odpowiadała, że 83, 87 albo 90, mamo, przecież w tym wieku ludzie umierają, gdyby została u siebie w domu, też by musiała umrzeć. A skąd wiesz, czy nie żyłaby jeszcze pięć albo dziesięć lat? Tobie wydaje się, że to bez znaczenia, a dla mnie każdy rok się liczy, mówiła mama i wyrażała wiarę, że kiedyś uda mi się znaleźć rozwiązanie niewymagające jej wyjazdu z P. Ale ja nie umiałam go znaleźć. Miałam różne pomysły, jak choćby ten, żeby z mamą zamieszkała opiekunka albo jakaś znajoma, ale o tym, by zamieszkał z nią ktoś obcy, mama nie chciała słyszeć. W końcu przygnieciona swoją coraz to większą niemocą i gorączką, cholerną gorączką, która nachodziła ją w dowolnym momencie i nie ustępowała pod wpływem żadnych leków, mama skapitulowała i zdecydowała się na jakiś czas do mnie przyjechać. Żeby odpocząć, obkupić się i zrobić badania.
To będzie twój pokój - wprowadziłam ją do mojego pokoju, który na czas pobytu oddawałam do jej dyspozycji. Patrzyłam na łóżko z barwną pościelą, na tulipany na nocnym stoliku, na lampkę rozjaśniającą przestrzeń ciepłym światłem, dumna z siebie, że umiałam zadbać o wszystko, że w końcu stanęłam na wysokości zadania, jakie życie stawia przed córką. Tu masz szafkę, tu fotel, tu szuflady. Ta półka w szafie jest twoja, a tu powiesimy twoje rzeczy. Mama wyglądała na zadowoloną. Ze wzruszeniem patrzyłam, jaka jest maleńka, starzy ludzie kurczą się w sobie i jej to nie ominęło. Opierając się na kuli, przechylona na jedną stronę przechadzała się po domu, a ja patrzyłam rozczulona, jak drepcze z kąta w kąt, taka drobna w moim za wysokim dla niej mieszkaniu. Wszystko było tu dla niej trochę za duże, drzwi za wysokie, lustro za wielkie, na tle okien wydawała się małą dziewczynką. Ale ona przechadzała się po domu wyraźnie zadowolona. Patrzyła na ściany, na sufit, na lampy, siadała na kanapie i w fotelu i znów przechadzała się, wyraźnie zadowolona z tego, że mieszkam tak, jak mieszkam.
- To porządne mieszkanie - powiedziała w końcu. - Takie jak przed wojną. Cegła, grube mury, wysokie. I dobrze urządzone. Oryginalnie, bez tych meblościanek, które mają wszyscy.
A ja słuchałam dumna i z siebie, że dorobiłam się takiego mieszkania, i z niej, że potrafi to docenić. Objęłam ją ramieniem i powiedziałam: - Czuj się tu jak u siebie, mamo. To teraz też twój dom.
Mama miała łatwość przystosowywania się do każdych warunków. Aby oswoić przestrzeń, musiała jednak dokonać pewnych drobnych korekt.
- Ten fotel przestaw tutaj - powiedziała, wskazując fotel stojący przy biurku i służący mi do pracy. - Będę na nim siedziała, oglądając telewizję, bo na tej kanapie strasznie wieje.
- Co wieje, mamo? - zdziwiłam się. - To są szczelne nowe okna.
- Ale wieje - mama krótko ucięła moją próbę podjęcia dyskusji. - A stół przestaw tu, żebym mogła oglądać telewizję przy jedzeniu. Tutaj musisz postawić jakąś lampkę, o, może tę, powiedziała, wskazując moją lampę na biurku. Zanurkowałam pod biurko, żeby wyłączyć ją z kontaktu, i przestawiłam na mamy stolik stojący obok mojego fotela do pracy, w którym odtąd mama miała oglądać telewizję. Trochę martwiło mnie, że moje miejsce pracy zostało zdekompletowane, ale co tam, zależało mi przede wszystkim na tym, żeby moja biedna mama na starość dobrze się czuła u córki. Zresztą po co mi miejsce do pracy, skoro odkąd pojawiła się mama, na pracę w domu nie miałam żadnych szans. Po pierwsze, telewizor grał bez przerwy, a jako że mama od dawna miała kłopoty ze słuchem, od których nawet najnowocześniejsze aparaty słuchowe nie mogły jej w pełni uwolnić, telewizor grał głośno, maksymalnie głośno, gdy wracałam po pracy do domu, jego ciche dotąd wnętrze wypełniały rozmowy telewizyjnych bohaterów. A po drugie, cały czas miałam co robić.
- Mamo, chcesz herbaty? - krzyczałam, gdy mama kończyła kolację i wypiła swoje ziółka, ale mama nie reagowała wpatrzona w ekran.
- Mamo - podchodziłam bliżej i pytałam głośno: - Chcesz herbaty? W końcu mama odrywała oczy od telewizora.
- Proszę? - pytała, jak ptak przekrzywiając głowę, by lepiej zrozumieć znaczenie niewyraźnych dźwięków.
- Pytam, czy chcesz herbaty.
- Nie, dziękuję - odpowiadała zwykle mama, więc robiłam herbatę tylko sobie, siadałam, by ją wypić i przejrzeć gazetę, ale gdy zaczynałam czytać pierwszy artykuł, mama odwracała się od telewizora i mówiła:
- A wiesz, jednak bym się napiła. Ale niedużo, zrób mi najwyżej pół szklanki.
Gdy stawiałam herbatę przed mamą, okazywało się zwykle, że chciała mniej. - Mówiłam, że pół szklanki, o, tyle - zaznaczała palcem prawidłową wysokość słupa cieczy. - Odlej resztę.
Brałam szklankę i szłam wylać nadmiar herbaty do zlewu. Gdy siadałam, by wypić herbatę i przejrzeć gazetę, mama zwracała się do mnie:
- A wiesz, coś bym zjadła. Coś niedużego. - A co, mamo? - pytałam, próbując doczytać jeszcze kilka zdań. - No nie wiem, chodzi za mną węgorz, kaszanka, salceson, salami, tu padała nazwa dowolnego produktu, a ich wspólnym mianownikiem było to, że nie było ich w domu.
- Ha, ale tego nie ma - odpowiadałam trochę zła, bo przecież mama wiedziała, co jest w lodówce, a trochę zawstydzona, że nie umiem sprostać jej oczekiwaniom. Nie umiałam. Wydawało mi się, że wiem wszystko o jej upodobaniach. Że chleb musi być tak cienki jak podpaska Always, że herbaty nie może być więcej niż pół szklanki i musi być jasna jak słomka, że jak salceson, to z drobnych kawałków, a jak kawa, to tylko Krönung, ale i tak mama zawsze potrafiła mnie zaskoczyć. Późny wieczór, lodówka pełna mięs, wędlin i ryb, na które mama wczoraj lub przedwczoraj wyraziła ochotę, a których ja ani Julka, zatwardziałe wegetarianki czułe na los zwierząt, od lat nie tykamy, ale znosiłam je teraz do domu całymi torbami, tylko pech chciał, że akurat tego, co dzisiaj za mamą chodzi, nigdy nie było w lodówce.
- Jutro kupię, mamo, ale dziś może zjesz coś innego?
- Mamo, przecież nie chcesz chyba, żebym była na twoim utrzymaniu? Wyobrażasz sobie, jak byśmy razem z Julką żyły z twojej emerytury? Ten argument ją przekonywał, co nie znaczy, że zamykał jej usta. Ilekroć byłam u niej, a zdarzało się to coraz częściej, bo mama coraz bardziej potrzebowała opieki, nim w końcu stało się jasne dla nas obu, a przynajmniej dla mnie, bo ona jeszcze długo nie przyznawała się do tego, że sama już sobie nie radzi, więc ilekroć byłam u niej, tylekroć mówiła, jak to byłoby dobrze, gdybym tu została, wzbudzając tym we mnie poczucie winy i złość, że nie chce zrozumieć tego, co oczywiste. Przecież wiesz, mamo, że to niemożliwe, krzyczałam w końcu, przecież chciałam z nią być, wiedziałam, że jestem jej potrzebna, ale nie mogłam zrezygnować ze swojego życia, nawet nie to, gotowa byłam zrezygnować ze swojego życia, jasne, że należy zająć się własną matką, kiedy ta potrzebuje opieki, ale bez pracy tej opieki i tak bym jej nie zapewniła. To ty zamieszkaj z nami, mamo, mówiłam, ale ona broniła się teorią o nieprzesadzaniu starych drzew, na której potwierdzenie zbierała coraz to nowe dowody, że ta czy owa pojechała do córki i z tęsknoty za domem po kilku latach umarła. A ile lat miała, mamo? - pytałam, a ona odpowiadała, że 83, 87 albo 90, mamo, przecież w tym wieku ludzie umierają, gdyby została u siebie w domu, też by musiała umrzeć. A skąd wiesz, czy nie żyłaby jeszcze pięć albo dziesięć lat? Tobie wydaje się, że to bez znaczenia, a dla mnie każdy rok się liczy, mówiła mama i wyrażała wiarę, że kiedyś uda mi się znaleźć rozwiązanie niewymagające jej wyjazdu z P. Ale ja nie umiałam go znaleźć. Miałam różne pomysły, jak choćby ten, żeby z mamą zamieszkała opiekunka albo jakaś znajoma, ale o tym, by zamieszkał z nią ktoś obcy, mama nie chciała słyszeć. W końcu przygnieciona swoją coraz to większą niemocą i gorączką, cholerną gorączką, która nachodziła ją w dowolnym momencie i nie ustępowała pod wpływem żadnych leków, mama skapitulowała i zdecydowała się na jakiś czas do mnie przyjechać. Żeby odpocząć, obkupić się i zrobić badania.
To będzie twój pokój - wprowadziłam ją do mojego pokoju, który na czas pobytu oddawałam do jej dyspozycji. Patrzyłam na łóżko z barwną pościelą, na tulipany na nocnym stoliku, na lampkę rozjaśniającą przestrzeń ciepłym światłem, dumna z siebie, że umiałam zadbać o wszystko, że w końcu stanęłam na wysokości zadania, jakie życie stawia przed córką. Tu masz szafkę, tu fotel, tu szuflady. Ta półka w szafie jest twoja, a tu powiesimy twoje rzeczy. Mama wyglądała na zadowoloną. Ze wzruszeniem patrzyłam, jaka jest maleńka, starzy ludzie kurczą się w sobie i jej to nie ominęło. Opierając się na kuli, przechylona na jedną stronę przechadzała się po domu, a ja patrzyłam rozczulona, jak drepcze z kąta w kąt, taka drobna w moim za wysokim dla niej mieszkaniu. Wszystko było tu dla niej trochę za duże, drzwi za wysokie, lustro za wielkie, na tle okien wydawała się małą dziewczynką. Ale ona przechadzała się po domu wyraźnie zadowolona. Patrzyła na ściany, na sufit, na lampy, siadała na kanapie i w fotelu i znów przechadzała się, wyraźnie zadowolona z tego, że mieszkam tak, jak mieszkam.
- To porządne mieszkanie - powiedziała w końcu. - Takie jak przed wojną. Cegła, grube mury, wysokie. I dobrze urządzone. Oryginalnie, bez tych meblościanek, które mają wszyscy.
A ja słuchałam dumna i z siebie, że dorobiłam się takiego mieszkania, i z niej, że potrafi to docenić. Objęłam ją ramieniem i powiedziałam: - Czuj się tu jak u siebie, mamo. To teraz też twój dom.
Mama miała łatwość przystosowywania się do każdych warunków. Aby oswoić przestrzeń, musiała jednak dokonać pewnych drobnych korekt.
- Ten fotel przestaw tutaj - powiedziała, wskazując fotel stojący przy biurku i służący mi do pracy. - Będę na nim siedziała, oglądając telewizję, bo na tej kanapie strasznie wieje.
- Co wieje, mamo? - zdziwiłam się. - To są szczelne nowe okna.
- Ale wieje - mama krótko ucięła moją próbę podjęcia dyskusji. - A stół przestaw tu, żebym mogła oglądać telewizję przy jedzeniu. Tutaj musisz postawić jakąś lampkę, o, może tę, powiedziała, wskazując moją lampę na biurku. Zanurkowałam pod biurko, żeby wyłączyć ją z kontaktu, i przestawiłam na mamy stolik stojący obok mojego fotela do pracy, w którym odtąd mama miała oglądać telewizję. Trochę martwiło mnie, że moje miejsce pracy zostało zdekompletowane, ale co tam, zależało mi przede wszystkim na tym, żeby moja biedna mama na starość dobrze się czuła u córki. Zresztą po co mi miejsce do pracy, skoro odkąd pojawiła się mama, na pracę w domu nie miałam żadnych szans. Po pierwsze, telewizor grał bez przerwy, a jako że mama od dawna miała kłopoty ze słuchem, od których nawet najnowocześniejsze aparaty słuchowe nie mogły jej w pełni uwolnić, telewizor grał głośno, maksymalnie głośno, gdy wracałam po pracy do domu, jego ciche dotąd wnętrze wypełniały rozmowy telewizyjnych bohaterów. A po drugie, cały czas miałam co robić.
- Mamo, chcesz herbaty? - krzyczałam, gdy mama kończyła kolację i wypiła swoje ziółka, ale mama nie reagowała wpatrzona w ekran.
- Mamo - podchodziłam bliżej i pytałam głośno: - Chcesz herbaty? W końcu mama odrywała oczy od telewizora.
- Proszę? - pytała, jak ptak przekrzywiając głowę, by lepiej zrozumieć znaczenie niewyraźnych dźwięków.
- Pytam, czy chcesz herbaty.
- Nie, dziękuję - odpowiadała zwykle mama, więc robiłam herbatę tylko sobie, siadałam, by ją wypić i przejrzeć gazetę, ale gdy zaczynałam czytać pierwszy artykuł, mama odwracała się od telewizora i mówiła:
- A wiesz, jednak bym się napiła. Ale niedużo, zrób mi najwyżej pół szklanki.
Gdy stawiałam herbatę przed mamą, okazywało się zwykle, że chciała mniej. - Mówiłam, że pół szklanki, o, tyle - zaznaczała palcem prawidłową wysokość słupa cieczy. - Odlej resztę.
Brałam szklankę i szłam wylać nadmiar herbaty do zlewu. Gdy siadałam, by wypić herbatę i przejrzeć gazetę, mama zwracała się do mnie:
- A wiesz, coś bym zjadła. Coś niedużego. - A co, mamo? - pytałam, próbując doczytać jeszcze kilka zdań. - No nie wiem, chodzi za mną węgorz, kaszanka, salceson, salami, tu padała nazwa dowolnego produktu, a ich wspólnym mianownikiem było to, że nie było ich w domu.
- Ha, ale tego nie ma - odpowiadałam trochę zła, bo przecież mama wiedziała, co jest w lodówce, a trochę zawstydzona, że nie umiem sprostać jej oczekiwaniom. Nie umiałam. Wydawało mi się, że wiem wszystko o jej upodobaniach. Że chleb musi być tak cienki jak podpaska Always, że herbaty nie może być więcej niż pół szklanki i musi być jasna jak słomka, że jak salceson, to z drobnych kawałków, a jak kawa, to tylko Krönung, ale i tak mama zawsze potrafiła mnie zaskoczyć. Późny wieczór, lodówka pełna mięs, wędlin i ryb, na które mama wczoraj lub przedwczoraj wyraziła ochotę, a których ja ani Julka, zatwardziałe wegetarianki czułe na los zwierząt, od lat nie tykamy, ale znosiłam je teraz do domu całymi torbami, tylko pech chciał, że akurat tego, co dzisiaj za mamą chodzi, nigdy nie było w lodówce.
- Jutro kupię, mamo, ale dziś może zjesz coś innego?
- A co jest? - pytała mama. - Chciałabym zjeść chociaż jakąś małą kanapeczkę, przecież nie mogę brać leków na pusty żołądek.
Wstawałam i otwierałam lodówkę:
- Jest boczek, smalec, grzybki, szynka, łosoś, sałatka, salceson, taki jak chciałaś, z drobnych kawałków, są kabanosy, sery żółte, białe i pleśniowe...
Mogłabym wyliczać tak jeszcze długo, ale mama przerywała zniecierpliwiona:
- Och, na nic z tego nie mam ochoty, ale przecież muszę coś jeść. Może usmaż mi choć kilka naleśników.
Przesadzam? Oczywiście. Mam skłonność do przesady. Nie zawsze był salceson z drobnych kawałków. Ale to, że mamie nie sposób dogodzić, jest faktem.
Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Jacek Santorski & Co
Wstawałam i otwierałam lodówkę:
- Jest boczek, smalec, grzybki, szynka, łosoś, sałatka, salceson, taki jak chciałaś, z drobnych kawałków, są kabanosy, sery żółte, białe i pleśniowe...
Mogłabym wyliczać tak jeszcze długo, ale mama przerywała zniecierpliwiona:
- Och, na nic z tego nie mam ochoty, ale przecież muszę coś jeść. Może usmaż mi choć kilka naleśników.
Przesadzam? Oczywiście. Mam skłonność do przesady. Nie zawsze był salceson z drobnych kawałków. Ale to, że mamie nie sposób dogodzić, jest faktem.
Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Jacek Santorski & Co
Źródło: Wysokie Obcasy
W numerze z 13 marca
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień˝









