http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Magdalena Piekorz, reżyserka filmu "Pręgi"

Rozmawiał: Paweł T. Felis
2004-10-02, ostatnia aktualizacja 2004-09-30 14:09

Błagałam: tylko nie takie tragiczne zakończenie! Nie chcę, aby film kończył się śmiercią. Wojtek Kuczok zgodził się, żeby była to opowieść o miłości, która ocala, na czym mi bardzo zależało

Magdalena Piekorz, reżyserka filmu 'Pręgi'
fot. Maciej Zienkiewicz
Magdalena Piekorz, reżyserka filmu 'Pręgi'
ZOBACZ TAKŻE
Filmy
Gdy dwa tygodnie temu w Gdyni odbierałaś Złote Lwy za film "Pręgi", wspomniałaś, że produkcja zawisła na włosku. Dlaczego?

Chodziło o najtrudniejszą scenę, gdy ojciec bije Wojtusia pejczem. Nakręcony materiał był świetny, tylko przez środek ekranu biegła wielka pręga, z którą nic nie dało się zrobić. Patrzyłam na nią i łzy płynęły mi jak grochy. Sześć rolek taśmy do kosza, mnóstwo zmarnowanej pracy i jeszcze Wacek Adamczyk, który grał Wojtusia. Obiecałam mu, że będziemy tę scenę kręcić tylko raz. Pomyślałam: to koniec. Zamknęłam się w wozie charakteryzatorskim i płakałam.

Udało się uratować taśmę?

Musieliśmy wszystko kręcić jeszcze raz. Ale przeżyłam mały cud. Ekipa zachowała się fantastycznie: wszyscy - Wacek też - zgodzili się zdjęcia powtórzyć. I zadbali, żebym doszła do siebie. Zaczęłam wierzyć w istnienie rycerzy. Wojtek Kuczok, Janek Frycz, Michał Żebrowski, Marcin Koszałka, Wojtek Mrówczyński we wszystkich trudnych sytuacjach stali za mną murem. Wiele razy uratowali ten film.

Potrzebujesz na planie męskiego wsparcia?

Pracuję z mężczyznami, bo lubię, zresztą kobiet w tej branży jest mało. Przy serialu dokumentalnym "Chicago" o Polakach ze Stanów przez kilka miesięcy mieszkałam w jednym domu z sześcioma kolegami. Nie jestem tak krucha, jak się wydaje. Michał Żebrowski mówi o mnie: "zamordystka". Zmieniam się na planie. Ale przy "Pręgach" ci mężczyźni stali się po prostu przyjaciółmi. Przed pierwszym pokazem dla prasy dostałam od Marcina i Michała wiadomość: "Ekipa salutuje". Czułam, jakby wyrosły mi skrzydła.

Razem założyliśmy nawet firmę producencką. Powstał już u nas dokument Marcina Koszałki, druga część jego głośnego filmu "Takiego pięknego syna urodziłam". Pierwszy był o jego rodzicach, nowy - o żonie i dziecku. Teraz w warszawskim Teatrze Studio przygotowujemy "Doktora Hausta" według opowiadania Kuczoka, z Żebrowskim w roli głównej. To sztuka o psychiatrze alkoholiku, który leczy mężczyzn z niepowodzeń miłosnych. Premiera w styczniu.

Masz na koncie osiem filmów dokumentalnych i fabułę, która zwyciężyła w Gdyni. A porażki?

Mnóstwo. Po pierwszych dwóch filmach złożyłam 11 projektów niemal do wszystkich stacji - od Canal+ do "Dwójki" - i wszystkie zostały odrzucone. Po "Dziewczynach z Szymanowa" miałam robić godzinną fabułę, ale zabrakło pieniędzy. Złożyłam projekt w ramach cyklu "Pokolenie 2000", ale go pominięto.

O "Pręgi" też musiałaś walczyć?

Tak. Opowiedziałam Krzysztofowi Zanussiemu, szefowi zespołu TOR, o swoim nowym pomyśle. To miała być historia dziewczynki, którą po śmierci matki opiekuje się ojciec. Usłyszałam, że jest już coś podobnego, tylko lepsze - chodziło o opowiadanie "Dioboł" Wojtka Kuczoka. Pan Krzysztof doradził mi, żebym się z nim skontaktowała. Zadzwoniłam i słyszę: "Magda, ale my się znamy!". Poznawaliśmy się wcześniej kilka razy. W pociągu, kiedy jechaliśmy na egzaminy do szkoły aktorskiej, w studium aktorskim Doroty Pomykały, wreszcie na zajęciach z dramatopisarstwa. No i przez kilka lat czytałam filmowe recenzje Wojtka w "Tygodniku Powszechnym", ale nie kojarzyłam nazwiska z osobą.

Kuczok zaczął pisać scenariusz w tym samym czasie co powieść "Gnój". "Pręgi" nie są jednak adaptacją tej książki, ale historią luźno do niej nawiązującą. Miałaś wpływ na scenariusz?

Scenariusz - świetny - napisał Wojtek, ale czuję, że ta opowieść wypływa też ze mnie. Punktem wyjścia był "Dioboł", ale błagałam: tylko nie takie tragiczne zakończenie! Nie chcę, aby film kończył się śmiercią. Wojtek zgodził się, żeby była to opowieść o miłości, która ocala, na czym bardzo mi zależało. To moja pierwsza fabuła. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam miejsca i usłyszałam głosy aktorów, miałam wrażenie, jakbyśmy tchnęli nowe życie. Dla mnie to był moment mistyczny.

Nie jest tajemnicą, że producent Krzysztof Zanussi chciał mocno wpływać na kształt filmu.

Raczej obserwował i sugerował. Wiedziałam, że jeśli zrobię kardynalny błąd, to on nie pozwoli mi w to brnąć. Ale zdarzały się oczywiście sytuacje trudne. Na przykład gdy przyszedł w trakcie kręcenia jednej ze scen i uznał, że powinnam z niej zrezygnować.

I zrezygnowałaś?

Nie ustępowałam wbrew sobie. Reżyser to zawód, który nie lubi kompromisów, a jednocześnie musi być otwarty na sugestie. Pytałam siebie czasem: dlaczego moje zdanie ma być bardziej słuszne od innych? Jest tylko jedna odpowiedź: to mój film. Jeśli zrobię coś źle, biorę za to odpowiedzialność.

Na zmianę muzyki się nie zgodziłaś.

Z Adrianem Konarskim, młodym kompozytorem związanym z Piwnicą pod Baranami, pracowaliśmy prawie pół roku, a ja nie zmieniam współpracowników. Zależało nam, żeby muzyka była klasyczna, oparta głównie na fortepianie i nawiązująca do znienawidzonych przez Wojtusia kompozytorów, którymi torturował go ojciec.

Źródło: Wysokie Obcasy
  • Re: Magdalena Piekorz, reżyserka filmu "Pręgi" zermatt 02.10.04, 20:58

    Fajna Dziewczyna jestes! Madra, wrazliwa, ciepla, zdecydowana, wiedzaca czego chce, a jednoczesnie marzaca o... Pozdrawiam cieplo. Jestem w Holandii, jak wroce za niedlugo do kraju, mam »

  • Re: Magdalena Piekorz, reżyserka filmu "Pręgi" brateczka 03.10.04, 19:23

    Widzialam wczoraj "Pręgi" ...jak wiele w nim nas- 30-latków. Nasze dziecinstwo, lata szkolne, wspomnienia wracają. Na szczęście nie tak tragiczne jak Wojtusia. Wreszcie polski film, w którym»

W numerze z 28 sierpnia