http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif
A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum

Jak mnie wychowywano: Carlos Marrodan Casas

Tekst: Paulina Reiter
2004-05-22, ostatnia aktualizacja 2004-05-21 15:08

w Hiszpanii polonistów nie było, bo nikt ich nie potrzebował. Za to okazało się, że warto, bym zajął się tłumaczeniem. Pod koniec studiów zacząłem tłumaczyć poezję. Z hiszpańskiego na polski - pierwszy był najmniej znany tomik wierszy Federica Garcii Lorki "Poeta w Nowym Jorku", który nigdy nie ukazał się drukiem


ZOBACZ TAKŻE
Gdy dogorywała Republika Hiszpańska, moi rodzice przedostali się do Francji, jak wówczas setki tysięcy Hiszpanów. Tam poznali się i pobrali, i w 1948 r. w Tuluzie przyszedłem na świat ja. Mieszkaliśmy w tej części starego miasta, gdzie było dużo emigracji hiszpańskiej, teoretycznie więc w naszym domu powinno się mówić głównie po hiszpańsku, ale chodziłem do francuskiego przedszkola i w domu też starano się do mnie mówić po francusku. Reżim generała Franco miał się lada chwila skończyć, zamierzaliśmy powrócić do Hiszpanii. Rodzice chcieli, bym wrócił ze znajomością francuskiego, i tak francuski stał się moim pierwszym językiem.

Podobnie jak wielu Hiszpanów, którym za komunistyczne sympatie groziło wysiedlenie z Francji, moi rodzice przyjęli azyl w Polsce.

Znalazłem się tu w październiku 1951 r., mając niespełna cztery lata. Mówiłem wtedy lepiej po francusku niż po hiszpańsku, ale ponieważ przyjechało z nami kilkadziesiąt hiszpańskich rodzin, tworzyliśmy swego rodzaju komunę, gdzie mówiono głównie po hiszpańsku. A potem po polsku.

Mieszkaliśmy na Pradze. Dla mnie to była rewolucja lingwistyczna, bo nagle rodzice zaczęli mówić tylko po hiszpańsku, z kolei w przedszkolu mówiło się tylko po polsku i mój pierwszy język - francuski - stał się bezużyteczny. Na początku mieszały mi się trochę języki, bo w uszach miałem wiele przestrzeni językowych. Była polska przestrzeń - szkoła, podwórko. I hiszpańska - w moim domu i domach innych Hiszpanów. Prowadziliśmy takie dziwne życie, trochę jak na wsi: wszyscy mieli drzwi otwarte, mieszkanie obok mieszkania, mówiło się po hiszpańsku i po katalońsku, bo byli też z nami Katalończycy.

Polski udało mi się opanować szybko, choć z pewnymi problemami w wymowie, które mam do tej pory - nie jestem w stanie wymówić słowa "trzcina", zawsze się zatnę.

Dobrą znajomość polskiego zawdzięczam przedszkolu i podwórku. A później szkole. Do dziś nie wiem, czy miałem jakiś szczególny talent, czy jako cudzoziemcowi poświęcano mi więcej uwagi, ale w drugiej klasie szkoły podstawowej wygrałem konkurs na czytanie. Byłem z tej nagrody bardzo dumny.

W szkole uczyłem się rosyjskiego. Żałuję, że się nie przykładałem. Ale coś mi z tego zostało - w każdej chwili mogę czytać po rosyjsku. Gorzej z mówieniem, aczkolwiek spędziłem kiedyś noc z pewnym Gruzinem i w którymś momencie nie mieliśmy najmniejszego problemu, żeby się dogadać - pogadać o muzyce, o gitarze, o Hiszpanii. Ale to nie było zupełnie na trzeźwo.

W liceum zdałem do klasy francuskiej. Znajomość francuskiego wyniesiona z dzieciństwa i z lektury książek, których w domu było mnóstwo - Flaubert, Dumas - i które czytałem pasjami jako nastolatek, wystarczyła, bym miał w szkole wygodne życie. Nawet maturę zdałem na piątkę z wyróżnieniem. Na studiach polonistycznych też studiowałem francuski, ale się nie przykładałem. I teraz mam sytuację paradoksalną - rozumiem go doskonale, ale czuję się jak niemowa. To całkowicie bierna znajomość języka, która pozwala mi czytać, rozumieć, gdy ktoś do mnie mówi, nie jestem jednak w stanie sklecić przyzwoitego zdania. Nawet akcentu nie mam poprawnego. Mówię po francusku jak hiszpańska krowa.

Gdy przyjechaliśmy do Polski, moi rodzice nie mieli żadnych zawodów - jedyne, co potrafił tata, to strzelać. Tata uciekł z domu jeszcze przed maturą i wstąpił do wojska. We Francji był związany z ruchem oporu. Gdy mama zaszła w ciążę, tata utrzymywał rodzinę, sprzedając owoce na targu. Żywiliśmy się głównie niesprzedanymi owocami ze straganu. Dopiero w Polsce rodzice przeszli przyspieszoną edukację. Hiszpanom dano tu wpierw wikt i opierunek, a później pracę. Dbano o to, by mieli dostęp do rodzimej literatury, zapewniano książki po hiszpańsku wydawane w Związku Radzieckim.

Ojciec przeszedł kurs tokarski i pracował w FSO na Żeraniu. Później okazało się, że ma radiowy głos, a ponieważ wówczas powstawały programy radiowe w wielu językach świata, został redaktorem.

Mama najpierw pracowała w monopolu na ulicy Ząbkowskiej - stemplowała etykietki od butelek, ale później, gdy powstało pismo "Polska", w którym była sekcja hiszpańska, zaproponowano jej, by nauczyła się pisać na maszynie, robiła korektę i redagowała teksty.

Od tego momentu mój dom zaczął przypominać redakcję. Ojciec z mamą przynosili szpalty do domu, przybywało słowników, bo już wszyscy zaczęli ich potrzebować. Tata tłumaczył z polskiego na hiszpański. Zawsze, gdy potrzebował pomocy, byłem pod ręką.

Literatura i język to były moje pasje. Od przedszkola ciągnęło mnie strasznie do książek. Biblioteka moich rodziców była dwujęzyczna - były tam książki hiszpańskie i francuskie. Moimi ulubionymi autorami byli: Dumas, Maupassant, Flaubert i Prosper Mérimée - cała klasyka francuska, której teraz nikt nie czyta. Ja książki pożerałem. Nie przeszedłem jedynie etapu książek dziewczęcych - nie byłem w stanie znieść "Ani z Zielonego Wzgórza".

Gdy byłem w czwartej klasie szkoły podstawowej, tata nabył pięknie ilustrowane wydanie "Pana Tadeusza". Kupiłem sobie zeszyt i wiecznym piórem zacząłem pisać rozprawę naukową o "Panu Tadeuszu". Tak mnie on urzekł, po prostu niebywale! A nieco wcześniej była Trylogia Sienkiewicza, która mnie tak powaliła, że przeczytałem ją trzy razy z rzędu.

Sam też pisałem powieści historyczne, ale nie wyszedłem nigdy poza pierwszy rozdział.

Potem rozkochałem się w realizmie, naturalizmie. Rozczytywałem się w Zoli, którego - tak jak i Sienkiewicza zresztą - dziś już nie pamiętam.

Pewnego dnia na długiej przerwie zakochałem się w dziewczynie, która trzymała w ręku tomik Różewicza. Aby wkraść się w jej łaski, przeczytałem całego Różewicza, przy okazji odkrywając masę poetów polskich. Krok po kroku, przerabiałem polską poezję.

Sam też przez całe liceum pisałem straszliwe ilości wierszy, na każdą okoliczność, każdy moment był dobry do uwiecznienia. Ale istotniejsze jest to, że czytałem wiele.

Nie pamiętam, kiedy pojawił się pomysł, bym poszedł na polonistykę. Chyba pomyślałem, że skoro mam wrócić do Hiszpanii, to najlepiej jako polonista, bo na pewno takowych w Hiszpanii nie ma.

Nie myliłem się - w Hiszpanii polonistów nie było, bo nikt ich nie potrzebował. Za to okazało się, że warto, bym zajął się tłumaczeniem. Pod koniec studiów zacząłem tłumaczyć poezję. Z hiszpańskiego na polski - pierwszy był najmniej znany tomik wierszy Federica Garcii Lorki "Poeta w Nowym Jorku", który nigdy nie ukazał się drukiem.

W 1971 r., po skończeniu studiów, pojechałem do Hiszpanii, gdzie akurat było apogeum boomu na literaturę latynoamerykańską. Wróciłem do Polski z kilogramami książek pisarzy jeszcze w Polsce tak dobrze nieznanych - zakochałem się w jednej z nich, maleńkiej książce Llosy. Tak się w niej rozkochałem, że ją przetłumaczyłem i nie bardzo wiedziałem, co z tym fantem zrobić dalej. Spotykałem się z przyjaciółmi i czytałem im na głos, dopóki któryś z nich nie powiedział: - No dobra, kochany, ale może by to wydać? I tak się zaczęła moja kariera.

Spośród książek, które przetłumaczyłem, moją ukochaną jest "Miłość w czasach zarazy". Gdy przeczytałem ją pierwszy raz, nie podobała mi się. Myślałem, że jest jakoś pęknięta. Dla mnie wtedy liczyły się moje pierwsze miłości, a ta książka odwracała tę sytuację i mówiła, że być może najistotniejsza jest ta ostatnia miłość. Jednak po paru latach dojrzałem do niej i zaczęło mi na niej zależeć. Zacząłem o nią walczyć i udało mi się. To chyba też mój największy sukces.

Dziś studiuję tylko jeden język - polski. Cały czas muszę się go uczyć. Przy każdej książce, którą tłumaczę, oblewam się zimnym potem, że znów się zdecydowałem. Z każdą książką pogłębiam znajomość polszczyzny literackiej. Dlatego do moich córek staram się mówić okrągłymi, pełnymi zdaniami, używać wołacza, słów już zanikających jak "aczkolwiek". Ja nie mogę powiedzieć, że smaki polszczyzny wyniosłem z domu, cały czas do nich dochodzę. Nie wyrastałem w duchu języka polskiego i czuję się w nim niepewny. Pamiętam, jak mój profesor i promotor na polonistyce Artur Sandauer łapał mnie i pytał: "Skąd u pana takie rusycyzmy? Jakim cudem?". Panie profesorze, ja się wychowałem na Pradze.

Źródło: Wysokie Obcasy

W numerze z 13 marca