Z Barbarą Krafftówną rozmawia Dariusz Zaborek

Pan palący?

Nie, zaczynałem w podstawówce, a po maturze rzuciłem.

To rzadki przypadek, bo jak wcześnie się zaczyna, to na ogół człowiek się wciąga. Przed wojną były tak cudownie pachnące tytonie, że moim marzeniem było zacząć palić. Ale dzisiaj już nie mogę.

Ile miała Pani lat, gdy marzenie się spełniło?

18, w Gdyni, ale ukradkiem. Były to opiumowane pall malle. 1946 rok, okres euforii, wyzwolenie Polski, noce już spokojne. Nędza, prawie głód, ale to nieważne. Po wojnie Wybrzeże było oknem na świat, rano prom ze Szwecji przypływał, wieczorem odpływał. Przypływały wszystkie dobra i papierosy, bo u nas prawie produkcje nie ruszyły - były zwijane w papierki i jakieś ohydne liście.

Ale ja i tak byłam ladacznicą z zasadami. Nie paliłam na czczo, za to paliłam do zamknięcia powiek. Opanowałam specjalną technikę trzymania papierosa w łóżku, żeby nie zasnąć i się nie spalić. Normalnie trzyma się go między palcami wskazującym i środkowym, a ja wkładałam między środkowy a serdeczny. Wtedy nigdy nie wypadnie. Sparzy, bo się tli, i obudzi. Na ogół nie zasypiałam, a do końca wypalałam, prawie pety jadłam.
Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej