Tekst pochodzi z "Wysokich Obcasów Ekstra" z maja 2014 roku Przedwojenna kamienica przy al. Szucha w centrum Warszawy. Dobry adres. Obok kancelaria premiera, MSZ i jeszcze dwa ministerstwa, Trybunał Konstytucyjny, Łazienki. To sąsiedztwo Moniki Jaruzelskiej, córki generała Wojciecha Jaruzelskiego, niekochanego przynajmniej przez pół narodu - jeśli nie cały - za wprowadzenie stanu wojennego w 1981 r. Idę na spotkanie z nią.

Jaruzelska właśnie wydała drugą książkę - "Rodzina" (pierwsza "Towarzyszka panienka" była bestsellerem). Premierze towarzyszył rodzinny skandal - pierwsze strony tabloidów donosiły, że schorowanemu generałowi odbiło na stare lata, bo chce wziąć rozwód. Wszystko przez 50-letnią gosposię, z którą podobno romansuje. I teraz jeszcze córka wydaje książkę odsłaniającą kulisy prywatnego życia najważniejszej pary w PRL-u lat 80. Myślę: "Po co?".

Z pierwszej książki wiadomo już, że generał nie miał czasu dla córki jedynaczki, ale prawie każdy ze znanych mi dorosłych miał pokręcone dzieciństwo. Ojciec generał - jakkolwiek by go oceniać - miał jeszcze na głowie cały kraj. Poza tym kto w PRL-u miał głowę do czułości, takiego zajmowania się dziećmi jak teraz? Wiele rodzin nie wiedziało, jak przeżyć do pierwszego, a małej Jaruzelskiej niczego nie brakowało. Czemu pierze rodzinne brudy i narzeka teraz po latach?

Drzwi mieszkania otwiera już po pierwszym dzwonku. Jest trochę niższa, niż myślałem. Z uśmiechem zaprasza do mieszkania. Typowo inteligenckiego - z porządną biblioteką, parkietem na podłodze, czekającym na drapanie za uchem kotem. Za oknem widok na ogród kancelarii premiera. Jaruzelska nie sprawia wrażenia osoby niedostępnej, szybko pozwala skrócić dystans. Wypala papierosa za papierosem. Opowiada o tym, jak jej życie jakby zatoczyło koło - wychowała się kilkadziesiąt metrów dalej, w bloku przy fontannie na pl. Na Rozdrożu. Im dłużej z nią rozmawiałem, tym bardziej ją lubiłem. Szczera, bez pretensji, prawdziwa.

***

Mariusz Jałoszewski:"Czuję ulgę. Udało się. Umarłam. Nareszcie". "Rodzina" zaczyna się od nieudanej próby samobójczej w 1983 r., po maturze. Zostawiła pani rodzicom list: "Bądźcie dobrzy dla Lorki", ukochanego psa. Taki mocny akord na początek książki ma wzbudzić sensację?

Monika Jaruzelska: To była bardzo "udana próba samobójcza". Zrozumiałam po niej, że tylko sama mogę sobie pomóc, uciekając ze swojego dotychczasowego życia. Było mi źle. Nie poszłam na studia, bo maturę ledwo zdałam. Miałam poczucie odpowiedzialności mojej rodziny za stan wojenny, rodzice się mną nie zajmowali, czułam się samotna. Pisząc o tym na początku książki, zastosowałam świadomy zabieg narracyjny, chciałam zacząć od mocnego akordu, zmniejszyć dystans z czytelnikiem, żeby stworzyć atmosferę intymnej rozmowy. "Rodzina" to bardzo szczera i osobista książka.

Napisanie pierwszej książki "Towarzyszka panienka" o dzieciństwie i rodzicach nazwała pani wyjściem z szafy. Minął rok i wydała pani "Rodzinę". Większość osób z trudnym dzieciństwem albo z przyjemnością o nim zapomina, albo idzie do psychologa, a pani rozlicza się z dzieciństwem publicznie. Taka forma terapii?

- Nie, i jeszcze raz nie! To nie jest forma autoterapii, tylko analiza rodzinnych relacji i emocji widziana z dystansu dojrzałej kobiety, która sama jest matką. Chciałam pisać, a rodzina to świetny punkt obserwacyjny i materiał na książkę. Pierwsza książka nie była o rodzinie, bardziej o mnie, środowisku generalskim i podróżach. Dostałam po niej dużo listów, pytań na spotkaniach autorskich o to, czy będzie kontynuacja.
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej