Spotkałam ostatnio znajomą. Na pytanie, co słychać, odpowiedziała, że płonie żywym ogniem namiętności. Zainteresowało mnie, co przez to rozumie, ale była w stanie rozmawiać jedynie o tym, jaki obiekt jej namiętności jest wspaniały. Dlatego postanowiłam zwrócić się z tym pytaniem do pana.

W potocznym rozumieniu często namiętność utożsamia się z seksualnością. Z pożądaniem. A to nie to samo.

Jaka jest różnica?

Pożądanie jest formą specyficznych napięć w organizmie, wynikających ze zjawisk zachodzących w układzie nerwowym i hormonalnym, które mogą zostać rozładowane tylko w formie aktywności seksualnej. Ze stałym partnerem albo, jeśli jest się singlem czy singielką, z kimś, kto spełnia pewne "kryteria brzegowe", czyli jest dla nas atrakcyjny seksualnie. Potencjalnie takich osób może być więcej niż jedna. Natomiast namiętność jest czymś innym. Po pierwsze, to są emocje, często silne, gwałtowne, które wcale nie muszą być pozytywne, bo można namiętnie i zazdrościć, i nienawidzić. Po drugie, namiętność nakierowana jest na jeden konkretny obiekt. Jest w nią wpisana wyłączność.

Jak powiedział kiedyś profesor Wojciszke, odrzucona namiętność może prowadzić nawet do samobójstwa, a jeśli ktoś odmawia nam seksu, raczej to się nie zdarzy.

Właśnie.

Ten obiekt musi być realny?

Nie może być postacią fikcyjną. Ale już aktor, o którym wiemy np., że kocha psy, uprawia ten sam sport co my i wygląda tak, że nam się w środku wszystko roztapia - ujdzie.

Ale czy w namiętności nie chodzi ostatecznie o to, żeby ją skonsumować?

Generalnie dąży się do tego, by być blisko z obiektem namiętności, dotykać go, patrzeć mu w oczy, pieścić itd. Ale to dążenie może rozgrywać się też w naszej głowie. Są osoby, które "płoną" wyłącznie dzięki temu, że wyobrażają sobie, jak by to było cudnie, gdyby mnie całował, siedzielibyśmy nad jeziorem, trzymając się za ręce, i patrzyli na wieczorną mgłę unoszącą się nad wodą. To im wystarcza, żeby się czuły na haju. Bo najistotniejszą cechą namiętności jest odrealnienie drugiej osoby.

Czyli?

Gdyby teraz, tak jak tu siedzimy, trafił w nas nagle "piorun sycylijski", to nie widziałbym pani takiej, jaka jest - z pani zaletami, ale również wadami - tylko swoją projekcję: tę najpiękniejszą, najmądrzejszą, najseksowniejszą istotę stąpającą po ziemi.

Czyli ten "piorun sycylijski" nie trafia w nas nie wiadomo skąd, tylko raczej idzie ze środka?

Można tak powiedzieć. Choć precyzyjnie byłoby powiedzieć tak: dociera do nas wiele bodźców, mózg je analizuje i albo zostaje wywołany poziom fascynacji, wtedy wali w nas grom, albo nie.

Co więcej, zdarza się, że my nawet nie musimy wiedzieć, jak ten nasz obiekt fascynacji wygląda. Ona się może zrodzić na przykład z korespondencji w internecie, co pokazuje, jak plastyczny jest nasz mózg. Powiedzmy, że spotykamy się na czacie i zaczynamy wymieniać poglądy. Nagle okazuje się, że myślimy podobnie! Pada jedno słowo klucz, drugie słowo klucz - jakieś zdanie, myśl, która ma dla pani specjalne znaczenie - i nagle rodzi się ekscytacja: "On czuje, patrzy na świat tak jak ja!". Powtarza się to raz, drugi i już zaczyna pani budować mój wizerunek, który może się nijak mieć do rzeczywistości, a namiętność zaczyna kiełkować. Bo widzi pani to, co chce widzieć.

I długo się potem chodzi z taką tykającą bombą w środku?

Wszystko zależy od indywidualnych predyspozycji. Od tego, jak ten scenariusz się dalej rozwinie. Czy namiętność zostanie zrealizowana? Czy się przerodzi w związek? Jedni są w szponach namiętności przez miesiąc, inni pół roku, jeszcze inni dwa lata.

Ale natura namiętności jest taka, że ona prędzej czy później wygasa.

Nie ma wyjątków?

Nie ma. Taka jest w ogóle natura emocji. Zawsze się kończą. W stałych związkach namiętność przeradza się w intymność, w zaangażowanie. I to one stają się fundamentem relacji. Przy tym można mieć superseks, pożądać się, ale już bez namiętności. Natomiast są ludzie, którym się ciągle miesza namiętność z miłością, i kiedy ta pierwsza się kończy, a nic innego nie zostało zbudowane, to kończy się i ta druga.

Profesor Wojciszke porównał kiedyś namiętność do lawiny. Ja bym powiedział, że ona przypomina zdobywanie Everestu. Najpierw jest ostre podejście na szczyt, czyli silne, gwałtowne emocje. Zakładamy pierwszą bazę, potem drugą, czwartą, stawiamy chorągiewkę na szczycie, a potem jest gwałtowny zjazd w dół, powiedzmy, na poziom bazy drugiej. Trochę się w tej bazie posiedzi, ale później przychodzi kolejny zjazd. Tyle że tym razem zjeżdżamy poniżej poziomu pierwszej, wyjściowej bazy, do samego podnóża góry. Wtedy pojawia się coś na kształt depresji, poczucie braku, deficytu. Na szczęście to jest przejściowe, na końcu organizm wraca do stabilizacji.

Ta depresja z czego wynika? Z urealnienia?

Tak. Ale to urealnienie nie tyle jest związane z tym, że obiekt namiętności okazał się jednak człowiekiem, a nie postacią z marzeń, lecz raczej z wysiłku, który poczynił nasz organizm. Cechą organizmów żywych jest to, że zawsze dążą do równowagi, więc jeśli kogoś trafia piorun i zaczyna iść ostrą święcą w górę, spalając się w tym ogniu miłości, to w pewnym momencie organizm wymusi na nim powrót na ziemię, żeby wyrównać ten ogromny wydatek energetyczny.

Co się dzieje w mózgu człowieka, który "płonie"? Wielu mówi w takiej sytuacji, że kompletnie stracili głowę. Jak się ich obserwuje, to rzeczywiście tak to wygląda.

W układzie nerwowym mamy taką strukturę, która się nazywa układem nagrody. To układ związany m.in. z kontrolowaniem emocji. W układzie nagrody dominującym neuroprzekaźnikiem (czyli substancją, która odpowiada za prędkość przewodzenia bodźców w mózgu) jest dopamina, molekuła szczęścia, która daje nam motor do działania, doładowuje nas. Jej chemiczna natura jest taka, że aktywizuje też inne układy, np. nadnercza, stąd przyspieszone bicie serca, przyspieszony oddech towarzyszący różnym namiętnym porywom. Kiedy wchodzimy w ten stan, dopamina się uaktywnia i dosłownie zalewa nasz mózg. Nasz układ nagrody się w niej kąpie.

Brzmi pięknie. Tylko zdaje się, iż ta kąpiel sprawia, że przestaje się widzieć wszystko poza tą jedną osobą.

Tak, ma się zawężone pole świadomości, ale ma się też pasję, motywację do działania taką, że można góry przenosić. Spada zapotrzebowanie na sen, jeść też w sumie nie trzeba, cały organizm jest doenergetyzowany. Odczuwa się szczęście, kiedy się jest obok tej osoby, ale i cierpienie, kiedy się jest daleko.

Trochę jak w uzależnieniu.

Nie trochę, tylko tak samo, bo układ nagrody jest tym samym układem, który odpowiada za uzależnienia. Jeżeli jesteśmy w fazie namiętności, w której dosłownie żyć bez siebie nie możemy, to np. tygodniowy wyjazd w delegację naszego ukochanego powoduje, że czujemy się jak alkoholik, którego pozbawiono alkoholu. Cierpimy na dolegliwości związane z odstawieniem. U większości to się w końcu wycisza, ale są osoby, właśnie te ze skłonnością do uzależnień, które się również uzależniają od namiętności. Cały czas potrzebują tego dopalacza.

I skąd go biorą?

Jak kończy się jedna namiętność, szukają następnej. Albo mają partnerkę, która zaspokaja ich wszelkie wyobrażenia tego, jak powinien wyglądać dom, ale wdają się w kolejne romanse na boku. To są osoby, które cały czas potrzebują dodatkowej stymulacji. Bo stała dobra relacja daje im poczucie przywiązania, spokoju i tu się wydzielają inne neuroprzekaźniki, jak oksytocyna i trochę endorfin, ale za szaleństwo odpowiada dopamina, a tacy ludzie nie mogą bez niej żyć.

Nie mogliby sobie w jakiś inny sposób tej dopaminy dostarczać?

Niektórzy to robią. Skaczą na bungee, latają na paralotniach, jeżdżą na ścigaczach, biegają ultramaratony. Uzależnienia behawioralne też stymulują układ nagrody.

Romans i skok na bungee to naprawdę to samo?

Oczywiście mózg czuje różnicę, bo kora mózgowa ma zdolność do analizowania, ale jeśli chodzi o to, jak to działa na organizm człowieka, różnicy w sumie nie ma.

Proszę pamiętać, że mamy jeszcze jedną bardzo ważną strukturę w mózgu - kontrolę rozumową tego, co robimy. I są osoby, które z niej korzystają.

Zamiast wdawać się w romans, mówią: "Lepiej polatam na paralotni, po co mam sobie rozwalać fajny związek? Może i on jest letni, ale w wielu innych obszarach daje mi bardzo wiele, a kopa dam sobie w inny sposób". Jednak są też tacy, którym żadna paralotnia tego strzału dopaminowego nie da, bo romans załatwia im coś jeszcze - np. niską samoocenę.

Dzięki niemu się dowartościowują. Są także tacy, którzy w mózgu mają za mało innego neuroprzekaźnika - serotoniny, która w przeciwieństwie do dopaminy spowalnia reakcje. Tacy się urodzili. To są zwykle osoby, u których słabo działa układ hamowania i które mają predyspozycje do działań impulsywnych, nierozważnych. Rzadko przewidują konsekwencje swoich działań. A jak jeszcze do tego mają skłonność do uzależnień, to już w ogóle o żadnym hamowaniu nie ma mowy.

Nie dałoby się jakoś farmakologicznie wspomóc kogoś, kto tak kompulsywnie przechodzi od jednej namiętności do drugiej?

Nie ma tabletek na wyleczenie z namiętności. Chociaż moglibyśmy w takich przypadkach podawać nalokson. To taki lek, który przerywa wydzielanie dopaminy. Ale w psychiatrii się go nie stosuje. Tylko m.in. w anestezjologii, podczas znieczulenia.

Czyli jedynym sposobem, by kogoś wyleczyć z chorobliwej namiętności, byłoby całkowite odcięcie go od czucia?

Teoretycznie tak. Pamiętam, że nawet kiedyś były prowadzone takie rozważania wśród lekarzy psychiatrów, czyby nie można naloksonem przerywać podobnych stanów, ale na rozważaniach się skończyło.

Zdarzają się też osoby z przeciwnego bieguna. Racjonalne, rozsądne. Dla nich samych namiętność jest zaskoczeniem. Przychodzi nagle, nie wiadomo skąd, np. po 20 latach stabilnego związku. One nie poznają wtedy samych siebie, tak szaleją z "miłości".

Zdarza się, że to trafia na moment kryzysu w ich życiu. Być może są to ludzie sfrustrowani aktualną relacją. Może dopadły ich jakieś lęki egzystencjalne, np. związane ze starzeniem się albo z tym, że "przecież ich życie miało być takie udane". Niektórzy cierpią na syndrom "zamykających się drzwi". Mają poczucie, że na pewne rzeczy już za późno. No i nagle pojawia się ktoś, kto przywraca takiemu człowiekowi wiarę, że on jeszcze coś może, że może się tak czuć. On nawet nie musi sam aktywnie tego szukać, ale jest w nim pewna gotowość, z której on sobie nawet nie zdaje sprawy.

I nagle jedzie na wyjazd integracyjny.

.albo na wakacje. Albo spotka kogoś w pracy. Albo usiądzie samotnie w kawiarni nad kubkiem kawy. I nagle naprzeciwko niego siada ktoś, kto mu zagląda głęboko w oczy - bo trzeba pamiętać, że patrzenie głęboko w oczy bardzo sprzyja rodzeniu się namiętności - zaczyna coś do niego mówić i on nagle zdaje sobie sprawę, że ma jakąś głęboką potrzebę. I znów, różne czynniki osobnicze zadecydują o tym, czy namiętność się urodzi i co on z nią zrobi.

U niektórych się ona uruchamia, ale nic z tym nie robią, wolą wzdychać. Obiekt może nawet o tym nie wiedzieć.

Zdarza się i tak, bo dołącza się wiele kalkulacji. Możliwość pierwsza: jeśli pokażę mu swoją namiętność, a on nie będzie zainteresowany i mnie odrzuci, to będę cierpieć. Druga możliwość: pokażę mu swoją namiętność, on ją odwzajemni, popłyniemy, rozwalę swój związek, ale być może on swojego nie rozwali? Trzecia: popłyniemy, ja rozwalę swój związek, on rozwali swój, ale potem okaże się, że nam się nie układa, bo mieliśmy różne oczekiwania. W związku z tym są osoby, które czują namiętność, ale kontrola rozumowa jest na tyle silna, że rozsądek bierze górę nad emocjami.

I co się z tego ma?

Też dopaminowy haj. Swoją namiętność karmi się w wyobraźni. Z jednej strony jest się niezmiernie szczęśliwym. Z drugiej - niezmiernie nieszczęśliwym, bo odciętym od obiektu. Nie można go przytulić, powąchać.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Seks i jego "filie"



I później, jak ta namiętność umrze, a jak wiadomo, jest to nieuchronne, to co się czuje do tej osoby?

Jeśli się jej nie zrealizowało - obojętność. Ewentualnie - nutkę sympatii. Jeśli zostaliśmy odrzuceni, namiętność może się przerodzić w nienawiść.

Jest jakaś różnica w tym, jak przeżywają namiętność kobiety, a jak mężczyźni?

Oczywiście, bo nasze mózgi są różnie zbudowane. W życiu płodowym na męski mózg działa znacznie więcej testosteronu niż na kobiecy, w związku z czym wykształcają się różne predyspozycje. Na przykład wy macie lepszą komunikację między półkulami i zakres emocji u was jest bardziej intensywny. Ale kontrola rozumowa zachodzi u was wolniej.

Nie jestem pewna, czy mnie pan teraz nie obraża.

To znaczy, że jak na przykład będziemy razem płynąć pontonem rwącą rzeką i nagle wlecimy do wody, to pani ma większą szansę wpaść w panikę, a ja mam większą szansę powiedzieć: "Uspokój się. Zaraz sobie poradzimy". Mężczyźni mają większą tendencję do dystansowania się, rozumowego analizowania oraz kontroli emocji.

Czyli np. stwierdzenie: nie opłaca mi się ta namiętność, za dużo zachodu - to bardziej męskie podejście? A kobieta prędzej skoczy na główkę do pustego basenu?

Mężczyzna prędzej najpierw przeanalizuje, czy mu się to opłaca. Kobieta prędzej najpierw zadziała.

Czy to znaczy, że jak mężczyzna nie będzie mógł zrealizować namiętności, to ona szybciej u niego wygaśnie? Czy podobnie jak kobieta będzie w stanie przerabiać ją tylko we własnej głowie, powiedzmy, przez pół roku, mimo wszystko?

U mężczyzny ta niemożność będzie raczej wywoływała frustrację, która będzie się przejawiać w dziwnych zachowaniach, np. w tym, że będzie się wyżywał na swoich pracownikach albo będzie opryskliwy dla bliskich. Kobieta może się zachowywać podobnie, ale równie dobrze może nic nie dać po sobie poznać. Albo wręcz stać się wyjątkowo miła i ugodowa wobec najbliższych.

Przede wszystkim jest to jednak związane z typem osobowości, a nie płcią. Jak dana osoba w ogóle radzi sobie z sytuacjami trudnymi? Czy one ją napędzają, motywują, czy powodują, że ona się w sobie zapada?

Jest też typ osób, które kompletnie sobie nie radzą z odrzuconą namiętnością, mają słabe mechanizmy hamujące, czyli szlak serotoninergiczny jest u nich słabszy - to tzw. stalkerzy.

Jak to się dzieje, że jedne osoby aktywizują w nas namiętność, a inne nie? Wróćmy do tego mężczyzny, który siedzi sam nad kubkiem kawy w kawiarni. Ma w sobie gotowość do namiętności, z której nie zdaje sobie sprawy. Pojawia się dziewczyna, która zagląda mu w oczy i nagle trafia go piorun. Dlaczego akurat ona? Chyba nie dlatego, że jest podobna do jego matki?

Może tak być, dlaczego nie? A może przypomina mu kogoś z przeszłości, kto takie uczucia w nim kiedyś wzbudził? Może jest w jego typie, jak to się mówi, bo ma taki biust, taką budowę ciała, która go kręci? Albo przypomina mu dziewczynę z internetu, przy której wielokrotnie się masturbował? Albo wydziela feromony, których tak naprawdę nie czuć, ale które na niego podświadomie działają. Czasami spotykamy kogoś, jeszcze słowa z nim nie zamienimy, a już czujemy do niego nieuzasadnioną sympatię. U jednych fascynację wywoła mailowanie, u innych rozmowa w kawiarni, u jeszcze innych wymiana spojrzeń albo wspólna pasja.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Nierozważni i romantyczni. Kontrowersyjne związki partnerów z dużą różnicą wieku





Z tą wspólną pasją to chyba czasem jest kłopot, bo może dojść do tzw. przeniesienia silnych emocji. Na przykład wspinam się z kolegą po górach, doznaję przy tym silnego pobudzenia i nagle się okazuje, że pałam do niego wielką namiętnością. Ale nie dlatego, że "dwie połówki idealnie do siebie pasują", tylko dlatego, że mój mózg mnie oszukał i wydaje mi się, że to mój kolega jest źródłem mojego pobudzenia, a nie wspinaczka. Eksperymentów, które by tego dowodziły, jest mnóstwo.

Zgadza się. Znane jest to, że wspólnie przeżyte negatywne doświadczenia, np. porwanie samolotu, napad na bank, czy budzące dużo emocji, jak wspólne uprawianie sportów ekstremalnych - sprawiają, że ludzie się do siebie zbliżają. Ale to jest działanie krótkotrwałe, bo oparte na dużych emocjach. Wie pani, ja za każdym razem, kiedy mijam wiadukt w Stańczykach, lubię sobie popatrzeć na pary, które przychodzą tam skakać na bungee. I ilekroć tamtędy jadę, kusi mnie, żeby tam jakieś badania seksuologiczno-psychologiczne przeprowadzić.

A co się tam takiego dzieje?

Przychodzi para. Obsługa wpina ją we wspólną uprząż, a potem skaczą w dół. Na początku jest okrzyk przerażenia, poziom negatywnych emocji sięga zenitu. Ale potem, kiedy wyhamowują, to najpierw krzyczą z radości, a potem zaczynają się namiętnie całować. I nie mogą przestać. Nawet jak już leżą na ziemi, jak przychodzi ekipa, żeby ich odpiąć, dalej się całują. To niesamowity widok. Świata poza sobą nie widzą.

I jakie by pan tam badania z chęcią przeprowadził?

Po pierwsze, jestem ciekawy, na jakim etapie związku przychodzą i skąd ta potrzeba. Po drugie, na ile im kortyzol skacze, czyli hormon odpowiedzialny za stres. Co każde czuje, kiedy spadają z tego wiaduktu, a co kiedy już leżą na ziemi? Czy w ogóle zdają sobie sprawę, że to się już skończyło?

A ja się teraz zastanawiam, czy taki skok nie mógłby być alternatywą dla terapii par w kryzysie. Żartuję, oczywiście.

Zależy, z czym ta para ma problem, bo jeżeli są na etapie wzajemnego ranienia się, jeśli każda interakcja jest rozczarowująca i nie można dojść do jakiegoś konsensusu, to może takie jednorazowe silne przeżycie spowodowałoby jakąś pozytywną zmianę w ich relacji, ale na krótko. Za chwilę wahadło by się wychyliło w drugą stronę, a te wszystkie problemy, które pozostały nierozwiązane, wróciły.

Raczej myślałam o tym, że to mogłoby pomóc w sytuacji, kiedy odsunęliśmy się od siebie fizycznie, bo np. zrobiło się trochę monotonnie, już nas ten seks tak nie kręci...

Pytanie, dlaczego się odsunęliśmy fizycznie. Czy dlatego, że w ogóle się od siebie odsunęliśmy? Nie ma między nami bliskości? Czy może dlatego, że np. mój partner, który wychodzi z założenia, że jest, jaki jest, ze szczupłego, energicznego faceta zamienił się w spasionego amatora piwka i golonki i nie myśli o tym, że jego partnerce wciąż podobają się szczupli faceci?

Są też osoby, które mają bardzo udany seks w związku. Tyle że brakuje im odrobiny tego szaleństwa, co na początku. Właśnie tego, które było napędzane dopaminą.

Bo dopamina karmi wyobraźnię. Dlatego zakochani potrafią się na początku związku kochać "na drągu, w przeciągu, w pociągu". Ale kiedy namiętność się kończy, to i szaleństwo często się kończy. I dla niektórych to jest realny kłopot. Bo np. partnerka kiedyś się chętnie kochała w lesie, w przebieralni w domu handlowym albo w samochodzie, a teraz przeszła na budowanie intymności i, owszem, chętnie współżyje, ma superorgazmy, ale w domu. Do lasu już nie chce.

I co z tym fantem zrobić?

Tu wchodzi kolejny wątek - umiejętność porozumiewania się. Czy umiemy powiedzieć, co jest dla nas ważne, na czym nam zależy. Niektórzy nie mówią nic, bo "z góry wiem, jaka będzie twoja reakcja" i sobie kombinują coś na boku. Inni mówią, ale słyszą np.: "Nie mogę ci tego dać", i w zależności od swoich predyspozycji żyją z tym bez większego żalu, w imię tego, że: "Fajnie by było to robić z tobą, ale jak nie chcesz, to rozumiem, szanuję to", albo z większym żalem: "Ty tak? Aha, to ja tak". I chodzą z taką ukrytą pretensją.

Powiedział pan, że namiętność zawsze umiera. Ale czy nie może się zdarzyć, za przeproszeniem, "reaktywacja" trupa? Podam przykład. Dziewczyna w wielu lat 18 przeżywa wielką miłość, rozstają się, bo ich związek nie ma przyszłości (mieszkają na różnych kontynentach). Spotykają się przypadkiem po 25 latach i nagle czują się tak, jakby ten sam piorun strzelił w nich po raz drugi. To możliwe?

Jak najbardziej. W naszym układzie nagrody istnieje coś takiego jak ślady pamięciowe. Kiedy dojrzewamy, różnym naszym stanom emocjonalnym towarzyszy bardzo duży ładunek emocji, które trwale wypalają się na, nazwijmy to, naszym twardym dysku, w mózgu. Wzajemna silna fascynacja w wieku lat nastu może zostawić taki ślad. On może być uśpiony i gdybyśmy się nigdy więcej nie spotkali, dalej by sobie tam spał. No, chyba że spotkalibyśmy kogoś, kto pod względem jakichś cech przypominałby tamtą osobę. To mogłoby wyzwolić podobne emocje, chociaż na pewno słabsze. Natomiast jeśli spotkamy tę wielką namiętność po latach, to gwałtowne emocje mogą odżyć z taką samą intensywnością.

Wszystko też zależy od tego, w jakim stanie emocjonalnym jesteśmy. Bo jeśli właśnie weszliśmy w nowy związek, to nasza namiętność jest już zagospodarowana. Możemy odczuć przyjemność ze spotkania ze starą miłością, ale nic więcej się nie wydarzy. Natomiast jeśli jestem w miłym, stabilnym, ale letnim związku i zetknę się z taką intensywnością, to ona, niestety, może przebić tę moją stabilność i mogę popłynąć.

To wyobraźmy sobie, że ktoś płynie na tej fali, ale po zaspokojeniu namiętności okazuje się, że to jedna wielka pomyłka.

Wtedy ona raptownie się kończy, bo następuje gwałtowne rozczarowanie. Czasem uruchamiają się jeszcze takie mechanizmy: "No, raz nie wyszło, to może spróbuję jeszcze raz". Ale jeśli za kolejnym razem też nie wyjdzie, to dopamina natychmiast przestaje się wydzielać. Następuje ostre cięcie. I przez jakiś czas zbieramy się po nim jak po wypadku na rowerze w trakcie szybkiej jazdy. Człowiek wtedy naprawdę cierpi.

Andrzej Depko - lekarz specjalista seksuolog, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Seksualnej. Jest certyfikowanym seksuologiem sądowym oraz superwizorem psychoterapii zaburzeń seksualnych Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego.

***

Książka Agnieszki Jucewicz "Czując. Rozmowy o emocjach" ukaże się 13 marca 2019 r. Do kupienia na kulturalnysklep.pl