http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Kobieta samotna

Agata Firlej
05.11.2011 , aktualizacja: 08.11.2011 14:00
A A A Drukuj
Szpital Fot. Tomasz Fritz / Agencja Gazeta Szpital
Ponad 700 prac! Historie kobiet, od których odszedł mężczyzna i tych samotnych w małżeństwie. Opowieści kobiet bezdomnych i chorych, których nikt nie odwiedza w szpitalu. Córek, którym umarły matki, i matek, których córki wyfrunęły z gniazda. Za wszystkie dziękujemy. Poniżej - zwycięska praca
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Pomiędzy

tekst Agata Firlej

- Kostnica piętro niżej - mówi Doktor Wesołek, łapiąc mnie za lodowatą stopę. Leżę i marznę, czekając na operację na jednym ze sfatygowanych szpitalnych łóżek, w które człowiek zapada się jak w bezdenną otchłań. Przypuszczam, że pacjentów, których uda się tutaj wyleczyć, przekazuje się ze zwyrodnieniami kręgosłupa na ortopedię, dbając w ten sposób o stały dochód szpitala. No, ale z onkologii, na której się znajdujemy, można równie dobrze przejść piętro niżej i wtedy zasila się, jednorazowo, kasę Zakładu Pogrzebowego 'Hades' czy innego 'Hefajstosa'.

Tymczasem Doktor Wesołek kończy powitanie ze stopą i przechodzi do kontemplacji mojej wizytówki zawieszonej na metalowym oparciu łóżka. - Wypróżnialiśmy się dzisiaj? - pyta tonem profesjonalnym, a jego ręka uzbrojona w długopis oczekująco zawisa nad kartką. - Nie wiem, jak pan, ale ja nie - odpowiadam zgodnie z prawdą i kątem oka rejestruję zbliżanie się Kasandry. Fakt, że do tej pory nikt nie ukręcił łba tej babie, należy tłumaczyć tym, że współpraca onkologii ze specjalistami od spraw ortopedycznych nie jest tak idealna, jak by się wydawało. Można też sobie tłumaczyć, że istnienie Kasandry jest zjawiskiem naturalnym, bo natura nie znosi próżni. Między Doktorem Wesołkiem a Księdzem Błazenkiem - pojawi się za chwilę - musiała zaistnieć próżnia, którą wypełniła Kasandra ze swoimi pokładami pesymizmu i złowróżbnych przewidywań. Zatem z głębi korytarza nadciąga blady wykwit uśmiechu na wargach Kasandry, a tymczasem Doktor Wesołek prowadzi swobodną konwersację: - Sikaliśmy dzisiaj ociupinkę?

- Ociupinkę sikaliśmy - zeznaję i przypomina mi się, jak Kasandra podeszła do mnie pierwszego dnia i dodała mi otuchy słowami: 'Ach, dziewczyno, nawet nie wiesz, ile cię tu czeka cierpień. Zawsze są jakieś komplikacje i powikłania '. No więc Kasandra nadciąga w swoim czarnym szlafroku i ciemnografitowej chuście z gabardyny owiniętej wokół łysej czaszki, a Doktorowi Wesołkowi zamiera na ustach kolejne pytanie o stan moich kiszek. - Ja właśnie do pani! - woła w jej kierunku. - Ja też! - Pani też do siebie? (chichot)

Ku mojej uldze wiesza z powrotem obwieszczenie o moich wypróżnieniach i szybkim truchtem pędzi do Kasandry. Przymykam na chwilę oczy i wsłuchuję się w człapanie zafoliowanych butów na korytarzu, szelest reklamówek z owocami i bombonierkami, klekot drewniaków pielęgniarki i pikanie maszyny, która kontroluje zawartość życia w mojej współlokatorce. Po chwili do tych wszystkich dźwięków dołącza dzwonienie dzwoneczka. - Na Świętego Mikołaja chyba jeszcze za wcześnie - mówię do lewostronnej Ewy i obiecuję sobie, że nie podniosę powiek tak długo, jak tylko będzie to możliwe. Nie jest to możliwe zbyt długo. Ksiądz Błazenek jest przecież uzbrojony w dzwonek i nie zawaha się go użyć, by wymusić cześć dla Boga, którego niesie na własnej klatce piersiowej. Słyszę, jak zbliża się do mojego łoża boleści i, wciąż podzwaniając, oferuje: - Może chciałabyś przyjąć Ciało Boże przed operacją?

Oho, myślę sobie, Ksiądz Błazenek jest dzisiaj w wersji dostojnej. Otwieram oczy i posłusznie przyjmuję Ciało Boże, zanim moje własne ciało zostanie rozkrojone, wypatroszone, zszyte i zdezynfekowane. Mimowolnie kojarzę całą procedurę z ostatnim namaszczeniem i czuję, jak wzbiera we mnie bunt na cały ten sprawnie działający mechanizm szpitalno-kościelno-pogrzebowy. Znów zaciskam powieki, aby usłyszeć, jak Ksiądz Błazenek zwraca się z tą samą metafizyczną propozycją do Joanny, nie omieszkając jej przypomnieć, że czeka ją trudna operacja. Innymi słowy: 'memento mori' - a jeśli ty sam nie memento, to przypomni ci Ksiądz Błazenek.

Ksiądz Błazenek w swojej wersji błazeńskiej był u nas dzień wcześniej. Widząc Ewę, której wycięto węzły chłonne pod pachą i która do końca życia (czyli jak długo?) będzie musiała co kwadrans podnosić rękę w górę, stwierdził: - Jak stąd wyjdziesz, powinnaś zatrudnić się na kolei. Mogłabyś puszczać pociągi. A teraz Ksiądz Błazenek krząta się po pokoju, dzwoniąc i oferując Boga, dźwięk dzwonka łączy się z pikaniem maszyny do pomiaru żywotności i jest to dziwna muzyka, muzyka szpitalna albo może szpitalno-agonalna. Z dala dochodzi klekot chodaków, a wraz z klekotem dochodzi też pielęgniarka, wymachując w moją stronę jakimś papierem.

- Pani Agnieszko, tutaj musi pani wpisać nazwisko osoby, która odbierze pani dokumentację w razie śmierci. - Czyjej śmierci? - Oj, to tylko taka rutyna, nie przejmujemy się. - Nie wiem, jak pani, ale ja się trochę przejmuję - mówię i zastanawiam się, co też jeszcze ma na dzisiaj przygotowane szpital w swoim wesołym repertuarze. - Nie bardzo mam kogo wpisać. Najwyżej szefa. Przynajmniej będzie wiedział, że już nie musi odprowadzać składki emerytalnej.

Silę się na czarny humor - ta moja spécialité de la maison - czując, jak strach zaciska klamerkę na moim żołądku. Samotna córka nieżyjących jedynaków. Tak, bo kobieta, która nie ma własnej rodziny, choćby sobie liczyła jak ja 42 lata, wciąż jeszcze funkcjonuje jako czyjaś 'córka'. Do jakiegoś stada w tym plemiennym społeczeństwie trzeba ją przyłączyć, prawda? Tyle że moje stado już nie istnieje.

Klekot oddala się, znów zaciskam powieki, żeby pobyć trochę we własnym środku, a tymczasem z prawej dochodzi klekot drugi i narasta, by się zatrzymać - gdzie? W drzwiach naszej sali. To się nazywa sukces towarzyski. Od roku nie przyjmowałam tylu odwiedzin. Opuszczam środek, otwieram oczy i obserwuję, jak na scenę wpływa otyła postać oddziałowej niosącej jakieś seledynowości. Wręczeniu seledynowości towarzyszy melorecytacja: - Zdejmie pierścionki i soczewki kontaktowe, majtki mają być bawełniane, pokaże, jakie ma, niech zdejmie te koronki, żadnych koronek; powariowała, cipkę goli, co to za moda dzisiaj, spodnie od pidżamy poluzować, koszulkę zdjąć i założyć szpitalną, na włosy czepek, tak żeby nie wystawał żaden włos, pachy wygolone - sprawdzimy, czy dokładnie - nie używać dezodorantu ani kremów, nie wstawać z łóżka, zmyć tusz do rzęs, zwariowała: rzęsy w szpitalu malować, nic nie jeść ani nie pić, jak napisze ostatnie esemesy, to wyłączyć telefon, żeby tu nikomu nie brzęczał, głupiego jasia dostanie za pół godziny.

Kwestia się urywa, oddziałowa zbiera fałdy obfitego ciała i odchodzi, klekocząc. Zapada cisza, ale mój środek gdzieś mi tymczasem umyka, nie udaje mi się do niego wrócić. Czuję się w obowiązku zadzwonić albo napisać do kogoś, choć dobrze wiem, że nie ma nikogo, kto oczekiwałby wiadomości ode mnie. Piszę esemesa do dawnego znajomego: 'Pozdrowienia z onkologii', tak jakbym rzucała do morza butelkę z wiadomością. Po chwili fala wyrzuca na mój brzeg odpowiedź godną superchrześcijanina: 'Nie rób jaj. Ale jeśli faktycznie coś tam leczysz, to trzymaj się, wszystko będzie dobrze'. Troskliwy, nie na tyle jednak, żeby potem pytać, jak się czuję albo żeby mnie tu odwiedzić, myślę.

Życie tylno-prawostronnej Agnieszki Drugiej trzepocze i zawisa, sygnał w monitorze gaśnie. Przez chwilę ze zdziwieniem wsłuchuję się w tę nagłą ciszę: 'I tylko tyle?'. Dlaczego tak rozpaczliwie potrzebuję, żeby ktoś obserwował mój koniec? Czy tylko czyjaś obecność nadaje temu końcowi - i temu, co było wcześniej - jakiś sens? Dlaczego mój środek, moje wierne ja, umyka mi właśnie teraz?

Samotność. Kobieca samotność. Kobieca samotność to po prostu ludzka samotność. Zwykła, ordynarna, bolesna jak diabli i nieunikniona ludzka samotność wśród tzw. personelu. Życie Agnieszki jednak tylko się zająknęło, wpadło do dziury i znów z niej wyskakuje; sygnał wraca, jednostajny i miarowy, tak jak przedtem. Nie, jednak jest to piękna muzyka. Kto wie, czy nie najpiękniejsza.

Ale oto scena się obraca i znów widzimy dwie postaci ze szpitalnej komedii dell'arte: Doktor Wesołek w bieli i czarnoszlafroczna Kasandra o głowie łysej jako kolano. - Mamy tu trochę sztywną atmosferę - mówi Doktor Wesołek, pukając w gorset Joanny i pocierając siniaki na jej biodrze. Oczy Kasandry rozbłyskują jak bladoniebieskie szkiełka.

- Podobno te sińce już nie zejdą, najwyżej będą wędrować po całym ciele - wieszczy, wychylając się zza ramienia swojego przeciwieństwa. - Co też pani tutaj opowiada! - obrusza się Przeciwieństwo. - Siniaki zejdą, włosy odrosną. Jedynie pierś nie odrośnie, bo kobita to nie dżdżownica. No, pani Joasiu, furory na plaży nudystów to pani już raczej nie zrobi, ale najważniejsze, że się żyje, prawda?

Doktor Wesołek nie czeka na potwierdzenie, odwraca się w moją stronę i - cóż to? Nieoczekiwana zamiana ról? Nabiera powietrza i zaczyna recytować tak, jakby był Kasandrą: - Musi pani być przygotowana na to, że operacja, której zostanie pani poddana, wiąże się z ryzykiem krwotoku wewnętrznego, niedowładu kończyn górnych, zawału serca, paraliżu, niedotlenienia mózgu wywołanego omdleniem i nieodwracalnych zmian w układzie nerwowym, porażenia nerwu twarzowego, czasowej afazji, zapaści, udaru mózgu, wysypki. Wraz z chorobowo zmienioną tkanką musimy usunąć margines tkanki zdrowej, co jednak nie gwarantuje całkowitego powrotu do zdrowia; nie możemy też zapewnić, że choroba nie będzie się posuwała. Jeśli zgadza się pani na podjęcie tego ryzyka, proszę podpisać tutaj.

Rutynowo podpisuję rutynową zgodę na rutynowy krwotok wewnętrzny połączony z rutynową wysypką i widzę, jak promień słońca, który wpadł przez okno, ześlizguje się po policzku Kasandry i trzepocze w jej prawym oku, przejrzystym jak bladoniebieskie szkiełko. - Rzęsy ma pani krótsze, jak się tusz zmyło - mówi Kasandra, która uwiesiła swój wzrok na moich powiekach. - Ale jak dadzą chemię, to i rzęsy powypadają.

Nagle zdaję sobie sprawę, że Kasandra nie gra w tym przedstawieniu. Jest widzem, który wdarł się na scenę i wprawdzie myli kwestie, ale robi to tylko dlatego, że bierze poważnie wszystko, co dzieje się na scenie. Uśmiecham się do niej i biorę ją za rękę. - Jaka zimna dłoń! - słyszę. - Z takim fatalnym krążeniem zawał na stole murowany. Uśmiecham się do niej z wdzięcznością i ściskam jej dłoń trochę mocniej. - Pani za to ma rozpaloną. To pewnie z powodu tego krwotoku wewnętrznego.

Kolejny gość, który staje przy moim łóżku, ma długie blond włosy i cerę koloru solariowego. - Mam na imię Andżelika, jestem studentką psychologii. Mam tutaj praktykę. Czy chciałaby pani porozmawiać ze mną o swoich problemach? - A o jakich na przykład? - pytam. - Jest pani w takiej sytuacji, w której łatwo można popaść w stan depresyjny, obwiniać siebie albo innych, mieć myśli samobójcze, obawiać się o los dziecka, wyobrażać sobie, że leczenie zakończy się porażką

- Skreśliłabym to drugie, trzecie - i czwarte, bo nie mam dzieci, a co pani proponuje na resztę? Andżelika na chwilę zastyga i marszczy brwi, próbując przeliczyć w pamięci poszczególne punkty. - To ja będę w dyżurce pielęgniarek, jeśli zechce pani porozmawiać, wystarczy zadzwonić - szemrze głosem łagodnie uśmiechniętym i zanim zniknie za drzwiami, zderza się ramieniem z Kobietą w Kapeluszu. Kobieta w Kapeluszu wykazuje sporo animuszu. Jej energicznym krokom towarzyszy tętent rumaków, a policzki ma w kolorze buraków. Oczy jej ciskają błyskawice, na ręce przywdziała grube rękawice. - Jestem Leokadia z Klubu Amazonek. Czy któraś z pań potrzebuje wsparcia? - grzmi w białą przestrzeń pokoju. Maszyna Życia podłączona do Agnieszki Drugiej waha się przez chwilę.

- Ja jestem jeszcze w komplecie - tłumaczę się zobowiązana pytającym wzrokiem Leokadii z Klubu Amazonek. - A jakie rokowania? - Na razie będą mnie patroszyć tylko troszeczkę - kwilę. Leokadia z Klubu Amazonek macha ręką lekceważąco i wychodzi bez pożegnania, jakby rozmowę z osobniczką symetryczną uważała jedynie za stratę czasu. Tymczasem nastrój potęgi i podniosłości nie ustaje, fanfary trwają w pełnym oczekiwania drżeniu. Do naszej sali zbliża się Obchód poprzedzany przez nerwowo mrugającą pielęgniarkę.

- Kocyk złożymy w kosteczkę, będzie lepiej wyglądał. Ten plecaczek nie powinien leżeć pod łóżeczkiem, pani Agnieszko!

Pielęgniarka miota się po sali, wygładzając kołderki, chowając buteleczki z soczkiem i jabłuszka i usuwając z horyzontu wzroku wszystko, co należy do Świata na Zewnątrz. Zanim nadciągnie Obchodzik, zdąży jeszcze wyprostować zagniecenia na moim czepeczku i schować pod poduszeczkę książeczkę, którą wczoraj usiłowałam czytać. Kiedy do sali wkracza Król Ordynator ze świtą służalczych doktorów i szemrzących niczym strumyki górskie praktykantów, sala jest znów statyczna, sterylna i martwa.

Doktor Wesołek wręcza Królowi Ordynatorowi moją wizytówkę i sączy mu wprost do ucha tajemnice moich wypróżnień, gorączek i tętna. Potem demonstruje Władcy moje piersi jak gospodarz, który oprowadza gościa po folwarku; roztacza przed nim wizję mistrzowskiego cięcia, jakiego zamierza dokonać w najbliższym czasie, parę razy wciska palec w mój żołądek, badając reakcję, każe mi otworzyć usta i powiedzieć 'aaa', kładzie rękę na czole, naciąga dolną powiekę. Wreszcie klepie mnie po policzku. Ordynator kiwa głową, przemawia do mnie jak do niemowlęcia, po czym cała świta przemieszcza się kilka kroków do przodu, by skupić się wokół tylno-prawostronnej Agnieszki Drugiej.

Cień Kasandry przemyka na tle oświetlonego korytarza, a ja uśmiecham się do tego cienia. Później dostaję tabletkę i uśmiecham się do wszystkich cieni, do wszystkich motyli w jasnych kitlach, do błazenka z dzwoneczkami, do cieni klekoczących i pikających, do oczu jak niebieskie szkiełka i do złotych włosów, które chciałyby odwieść mnie od depresji i samobójstwa. Uśmiecham się do Boga w saszetce zwisającego z szyi Świętego Mikołaja i, wywożona z sali na moim łożu boleści, kiwam ręką do Ewy, która do końca życia (czyli jak długo?) będzie musiała co kwadrans machać ręką komuś, kogo nie widać.

Uśmiecham się do skórzanego pasa, którym krępują mi nogi i z uśmiechem rozkładam ręce, słysząc polecenie jednego z białych cieni: - A teraz rączki prostopadle na boczki. Na Jezuska.

Przeczytaj: Mia Wasikowska. Za młoda na sztywne ramy">>
Kliknij, by przeczytać

Podziel się

Skomentuj:

Musisz się zalogować, by dodać komentarz. Jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.

Komentarze (18)

  • miss.swiss

    Oceniono 1 raz 1

    Bardzo mi się podobało. Gratulacje!

  • sercemwtatrach

    Oceniono 1 raz 1

    Świetne. Gratulacje.

  • malami103

    Oceniono 1 raz 1

    Nie wiem skąd takie niemiłe komentarze. Życie różnie się układa, jak łatwo ocenić kogoś ze swojej perspektywy. A może tak trochę empatii? (Co to niby jest, prawda? Trzeba poszukać w słowniku). Każdy przeżywa na swój sposób i każdy ma do tego prawo i nie musi się to wszystkim podobać. Ale czasem można się powstrzymać od nieprzyjemnego komentarza, bo takowy sprawia komuś ból. Ale widać łatwiej osądzać kogoś i sobie ulżyć, a najlepiej chorego i samotnego i jeszcze powiedzieć chciałaś to masz, wcale mi Cię nie żal... A życie bywa bardzo przewrotne i nieprzewidywalne... Nigdy nie wiadomo kiedy przyjdzie nam się zmierzyć z chorobą i samotnością a ile otuchy dodały by pozytywne komentarza? może warto by sprawić by ktoś poczuł się choć na chwilę mniej samotny? Czasem wystarczy jedno ciepłe słowo...
    Życzę autorce zdrowia i wytrwałości :)

  • dziewczyna_toreadora

    0

    A ja mam takie pytanie: czy jeśli ktoś wysłał opowiadanie i nie wygrał, ani nie został wyróżniony, to tego opowiadania nie może już nigdzie indziej wysłać/opublikować (przekazane, w momencie wysłania na konkurs, prawa autorskie)?

  • mama_myszkina

    Oceniono 1 raz -1

    Te wszystkie prace sa na jedno kopyto, mocno stereotypowe. Źle się to czyta zwłaszcza, że są w Polsce matki, które pochowały córki, nie tylko córki, które pochowały matki. Jednym słowem, sztampa.

  • spiacy_kot

    0

    Stanisław Lem był w kosmosie. I ja jestem w kosmosie. Nawet autorka opowiadania " Z życia szpitala wzięte" jest w kosmosie. :)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX