Najlepszym opisem głodu jest kromka chleba, suto posmarowana prawdziwym masłem i posypana solą. A jeśli chodzi o starość? Najlepszym opisem starości są jędrne piersi, gęste włosy, błyszczące, żywe oczy, wsadzone w czaszkę jak drogocenne kamienie. Skóra policzków zaróżowiona a ciało gibkie i gładkie. Dobrze nawilżone chrząstki stawów, które są dyskretne i taktowne podczas zginania łokcia. Gracja, która kpi z prawa grawitacji. Małe uszy i mały nos, bo te rosną przez całe życie. I pomyśleć, że żadna z tych rzeczy nie dotyczyła już Marii.
O nie, Maria, miała grube, spękane, białe pięty, twarde od chodzenia i paznokcie pożółkłe, twarde, prążkowane, nagie, bez lakieru. Płatki jej uszu były grube i wyciągnięte, chłodne, z powodu słabego krążenia, przypominały
ciasto na
pierogi, które lepiła jej babcia, kiedy Maria była dziewczynką. Myślała sobie teraz o tym, wybierając pęczek pietruszki.
Pietruszka jak na złość też była oklapnięta i ewidentnie stara, chociaż sprzedawczyni na targu zachwalała - świeża, pyszna, pani bierze! Maria jednak, widziała kiedyś, jak sprzedawczyni ta, odkrawała od zepsutego sera pleśń, eksponując go na powrót na ladzie i zachwalając przed klientkami (znów jak echo, te same słowa - świeży, pyszny, pani bierze!). Maria pomyślała, że jest jak ten ser, ale z niej już nie da się nic odkroić, żeby dało się udawać, że jest świeża, i że to wielka szkoda. Skóra jej twarzy była biaława, spływała z czaszki w stronę ziemi, brwi rysowały się niewyraźnie nad wypłowiałymi tęczówkami a dół twarzy zwieńczały wąskie, krótkie wargi.
Nie rozumiem - mówiła do siebie - jaki jest w tym wszystkim sens? Kiedyś kobiety miały naprawdę źle, ale wszystko było takie klarowne. Mąż pił, to pił! Trzeba było uważać żeby nie bił. Żeby wypłatę oddał. A jak pysk miał za bardzo nachlany to i wyzywać i postraszyć. Ziemniaków nagotować. Dzieciom dać na wykształcenie. Do pracy iść. Względnie ubraną, włosy na wałki lub trwała. Kobieta ma wyglądać jak kobieta, ale nieważne czy jest gruba i czy usta ma jak żaba, czy wąskie jak szpara między deskami. Nieważne są piersi, choć lepiej jak duże. Cyce. I ramiona. Muszą być ramiona, żeby siaty dźwigać i żeby w ogóle dźwigać życie. A życie było ciężkie. Ale potem była kawa, papieros bez troski o zmarszczki, krzyżówka lub plotki. Był to świat, który trzeba było bronić i przed mężczyznami, i przed teściami, i rodzicami, i własnymi dziećmi. I choćby kuchnia i etat były jedynymi scenami kobiety, kobieta ta trzymała tam władzę. No, może i była szyją, co mądrze musi kierować pustym łbem, może tak było. Ale potem mąż się zachlał albo padł na serce i był spokój. Role były wyznaczone, podzielone. Nieważne czy sprawiedliwie, w każdym razie czytelnie. Teraz wszystko jest inaczej - myśli Maria. Mija ją z ogłuszającym hukiem motocyklista i Maria wyobraża sobie, że on wpada na mur i rozwala się o czerwoną cegłę jak mięso na kotlet mielony. Spada po kawałku na ziemię, na beton. Takie ciche - pac - plask- pac. Maria nie rozumie jak można nie szanować życia. Kiedy życie to wartość największa, jakie by nie było. Maria naprawdę nie rozumie. Zostawia za sobą babę z pietruszką i serem, nic już więcej nie kupi. Już wszystko ma. Auta cicho szumią, buty zakurzone, stopy napuchnięte. Słonica. Czas iść do domu. Krok za krokiem. Powoli. Mija przed klatką gołębie - o jeszcze ty - mówi i podnosi z ziemi foliowy woreczek. Wytrzepuje go z okruszków i chowa do kieszeni fartucha, po czym wchodzi do kamienicy. Ściany są wilgotne. Śmierdzi kocimi sikami i stęchlizną ale Maria się przyzwyczaiła. Lubi swoje mieszkanie z meblościanką w kolorze koniaku, kolekcją porcelanowych gołąbków i lal, starym, zdeptanym dywanem, który dawno już swój kwiatowy wzór zamienił na abstrakcyjne mazy zasnute szarą mgiełką, serwetkami, które niegdyś wydziergała. Lubi nawet żółte firanki. W jej domu wszystko jest z resztą w kolorze sepii, nawet Maria i jej włosy, i jej paznokcie, i jej zęby oraz białka oczu. Wszystko jest zażółcone i nikomu to nie przeszkadza. Nie Marii w każdym razie.
A wracając do życia, kiedyś życie miało sens. Maria była specjalistką. Specjalistką jak wszystkie kobiety - od wyrywania dla siebie pojedynczych chwil. Od pochwycenia swojej przyjemności w dniu codziennym, wyłamywaniu jej, precyzyjnym, cichym, skutecznym. Tak żeby coś dla siebie mieć, ale żeby innych w oczy nie bodło. Między praniem a gotowaniem. Chwila na słowo zamienione z listonoszem, chwila na herbatę w szklance obłożonej koszyczkiem, koniecznie z cytryną. Chwila kiedy wygląda przez okno, papieros tli się jej w dłoni, przechodnie przechodzą i jeżdżą tramwaje. Myślała, że tak będzie zawsze bo przecież zawsze tak było. Kiedy mąż już w końcu umarł a dzieci poszły na swoje zostawały wnuki, krzyżówki, plotki, papierosy, zakupy na targu. Czasem kościół, czasem cmentarz. Groby wysprzątać, świeczki ustawić, liście zmieść, napisy odnowić. Żeby było godnie, porządnie, wszystko na swoim miejscu. Upiec placek z kruszonką. Śliwkowy - to tak. Włączyć telewizję. Słuchać
radia, głównie jak mówią. Mogą się modlić. Maria nie wierzy w Boga ani w los ale to jej w ogóle nie przeszkadza jak oni się modlą. Właściwie jakby ją zapytać, choć dawno już nikt Marii o nic nie pytał, to ona wierzy w pracę. Nie, że tam w etos zaraz. Po prostu - że człowiek się rodzi, matce musi pomóc, do roboty potem, dzieci oporządzić. Że nie ma czasu na narzekanie, na użalanie, na jakieś modne teraz depresje. Po prostu człowiek ma zgodnie z listą, systematycznie, po kolei. Godnie. Porządnie. To tak.
Teraz jednak zmieniły się zasady gry, tak jak zmienia się egzamin dojrzałości. Niby idziesz starym szlakiem ale zmieniają się reguły i nie wiadomo co z tobą zrobić. Jak masz sobie radzić? Co Maria ma do zaoferowania światu? Marii piersi nie wykarmią już żadnego dziecka i nie dadzą rozkoszy mężczyźnie. Co więcej nawet, nie są już Marii ozdobą, gdyby rozpatrywać je pod tym kątem. One są kompletnie bezużyteczne. Jak dwa ordery, przypięte do piersi, ale nie trudu macierzyństwa, tylko takie ordery prześmiewcze, pokazujące dokładnie kim Maria już nie jest. A Maria nie jest już kobietą.
Nie, nie zauważyła tego gdy nagle mężczyźni przestali na nią patrzeć. Szczerze mówiąc miała ich serdecznie dość. Okres, który zniknął był tylko pozbyciem się uciążliwej rutyny, nieprzerwanej wiadomości, mówiącej, że oto Maria jest zwarta w sobie i gotowa by zaludniać planetę! Teraz go nie ma i nie jest jej żal. Zawsze myślała, że to szczęście mieć dzieci. Dzieci słuchają cię na starość, podadzą szklankę wody, będą podporą. Syn naprawi zlew, córka umyje cię, gdy złamiesz rękę. A wnuki? Wnuki wniosą po prostu radość do twojego życia. Jeśli dzieci są złe to też dobrze. Żadna matka nie chce złych dzieci ale możesz śledzić ich poczynania, martwić się, napominać, masz czym zająć głowę. Ale Maria nie ma dzieci. To znaczy owszem, ma dwoje, chłopca i dziewczynkę a właściwie to już dorosłych ludzi, nigdy jednak Marii nie przyszło do głowy, ze można dzieci mieć a potem nagle nie. Po prostu nie rozumiała tego. Co prawda, owszem, miała piątkę rodzeństwa a zostało ich tylko czworo. Tak, Jaś, młodszy brat utopił się w stawie, wielka tragedia! Ale z piątki cztery zostały. A Maria miała dwa i nie ma ani jednego a przecież żyją. Siedzą sobie, jedno w Australii, a drugie w Niemczech. Jak tak można - zastanawia się Maria. Oni tłumaczą, że to ich życie, że ich wybory. Że nie po to się rodzi dzieci by nimi sterować ale po to, żeby spełniały swoje marzenia, swój potencjał, żeby żyły wolno jak strzały wypuszczone z łuku. Mówią jej - Mamo, twoja ręka wypuszcza strzałę, nadaje jej początkowo tor lotu, ale potem potem strzała sama szybuje a w końcu kiedyś, gdzieś pada - tak już jest. Postaraj się to zaakceptować. Weź się mamo w garść. Zrób sobie przyjemność jakąś, do ludzi wyjdź, rozerwij się.
Maria siada na kanapie, zdejmuje dłonią niewidoczne okruszki ze stołu, rozprasowuje niewidziane zmarszczki i wyciąga druty. Zegar z kukułką kuka na czwartą. Maria wyciąga foliowy woreczek z fartucha i odkłada go do kosza z innymi woreczkami. Gładzi poszczególne egzemplarze, dziurawe i nie. Będą z nich serwetki, wydzierga też ozdoby na butelki - na przykład pudla z fikuśnym ogonkiem. Z przezroczystych foliówek, takich jak ta co ją dziś znalazła przed klatką. Łapie za srebrny koniec i zaczyna ścieg, a myśli dalej powoli przechodzą przez jej głowę. Wędrują od ucha do ucha. Maria wplata je, jedno oczko, drugie oczko i kolejne.
I nie rozumie tego z tą strzałą. Bo jeśli tak jest, to ona dała się oszukać. Z resztą nigdy tak nie było, żeby ludzie żyli po to, żeby się spełniać czy tam realizować. Nawet jak był władca, najgorszy tyran to on nie żył po to, żeby było mu dobrze, on martwił się ciągle czy go nie otrują, jak się pokazać z dobrej strony, jak zmusić innych do posłuszeństwa, czy buntu nie będzie, czy kochanka go nie udusi poduszką podsycana obietnicami składanymi przez rywala, czy aby własny kucharz go nie zabije i czy nie będzie rozruchów. Nikt nie miał łatwego życia. I ona, choć poświęciła tyle lat z siebie, dała się wycisnąć jak cytrynę, teraz nie ma nic. Nawet dzieci, na które można narzekać, bo jak się nic nie wie o ich życiu to i narzekanie jest krótkie. Nie wiem co u moich dzieci, nie odzywają się, zadzwonią na pewno z życzeniami te kilka razy do roku. To wszystko co Maria może powiedzieć. Niewiele. Myśli i sięga po kolejny woreczek.
Gdyby miała wybierać nie widziałaby co wybrać dla siebie. Nie jest przyzwyczajona do możliwości. Owszem, kiedyś kochała chłopca, pisał dla niej wiersze, był z kamienicy obok. Ale za mąż nie wyszła z miłości tylko dlatego, że jej przyszły mąż był zaradny, miał stabilną pracę, wysoki był, poważany. Nie żeby bardzo ale dość. Czy ona przeszła z nim piekło? Chyba nie - myśli sobie. Bić nie bił. Pić nie pił. Nie za dużo w każdym razie. Chodził na baby, prawda, ale Marii nawet to odpowiadało. Przynajmniej nie zwalał się obok niej na wersalkę, nie zadzieraj koszuli nocnej, spocony, śmierdzący. Kiedy planował to wcześniej było jeszcze gorzej. Maria pamięta, że kiedy po pracy mył się i śpiewał w łazience, ona dostawała mdłości. Raz zwymiotowała nawet w paprotkę. Podczas seksu można myśleć o gotowaniu
zupy. Albo o tym, że dzieci powinny mieć lekcje odrobione. Z resztą taki seks nie trwa długo. Wielki mąż, z brzuchem nabrzmiałym jak plażowa piłka wtacza się na nią, a trzy minuty później jest po wszystkim. Można wstać i zająć się swoimi sprawami. Facet śpi na amen i jest spokój. Ale jak chodzi na baby to spokój nawet większy. I z tego Maria się cieszy, to się jej podoba. Bo jak czyta teraz magazyny dla kobiet (z rocznym opóźnieniem, owszem, ale za dwa
złote na targu dają) to nie wyobraża sobie, żeby miała jeszcze wyginać się jak flądra i mówić mu jaki jest dobry, żeby on był zadowolony. Bo oni teraz nie śpią tylko chcą wiedzieć. Jej też na początku się starał, sapał, buczał jak wentylator, poobcierał ją tylko, nic przyjemnego. Ale z miłości? Z miłości Maria małżeństwa też sobie nie wyobraża. Bo i co? Patrzyliby sobie w oczy? A ten jej to taki był niezaradny, dobrze, że za niego nie wyszła, wierszem się nie najesz. Maria spuszcza rządek z druta, znów coś jej się pomyliło, srebrna folia miga pod jej placami. Z resztą potem wpadł pod tramwaj. Nogi mu obcięło. Jest w zakładzie jakimś. Rodzice to mu ze zgryzoty pomarli. Ale to jak już by dorosły. Żonę miał. Maria nie wie czy ją kochał czy nie. Nie interesuje to jej.
Teraz żyje sobie spokojnie. Tapety mają kwiatowy wzorek, za oknem buczy tramwaj, wygina się na szynach, młodzi spacerują za rękę. Lep na muchy dynda sobie z żyrandola, przyklejone plecami owady ruszają nogami jakby stepowały w powietrzu. A Maria dzierga. Właściwie nie wie skąd te całe przemyślenia o życiu, jest nawet trochę zła, że jeszcze żyje. Jest trochę oburzona tym faktem i może dlatego nie wierzy w Boga. Bo gdyby ten Bóg był to by jej dzieci nie zabrał hen daleko. Maria opiekowałaby się wnukami, dla dzieci gotowała, na dzieci narzekała. Byłaby babcią. Babcia to jest jakaś funkcja. A Maria całe życie wykonywała obowiązki, obowiązki takie czysto kobiece, ze swojej listy, z listy jej matki i babki i nagle ta lista się skończyła i Maria żyje ale nie ma co robić. Wszystko zostało zrobione. Nie jest już potrzebna żywym, tyle co się umarłym zasłuży tym sprzątaniem grobów, ale że w życie pozagrobowe Maria nie wierzy, wierzy jedynie w porządek, to właściwie niewielka to zasługa. No i wszyscy jej mówią, zrób coś dla siebie, zrób coś co da ci przyjemność, w czym odnajdziesz sens.
Dlatego Maria ratuje foliówki. Zbiera je po całym Krakowie. Po drożdżówkach, po preclach, po nie wiadomo czym. Jednorazowe, ze ścisłym przeznaczeniem, zaprojektowane na setki lat, wyrzucone po jednym użyciu. Latają jak duchy nad krawężnikami, szarpane wiatrem, nikomu niepotrzebne. Wszystkie obowiązki z listy wykonane, foliówki czekają na śmierć. Czeka i ona. Maria formuje głowę pudla. Nie będzie jej może ten pudel cieszył ale pudel ma sens na jej kredensie, ma swoją formę i swoją logikę i swoją funkcję.
Maria z foliówek i swojego życia dzierga porządek, dzierga życie wieczne.