W większości krajów na świecie informacja o zatrudnieniu kobiet w sklepach z bielizną i kosmetykami nie byłaby żadnym "newsem". Sprawa dotyczy jednak Arabii Saudyjskiej, kraju gdzie każda zmiana prawa dotycząca Saudyjek zdaje się być krokiem milowym.
W tym miesiącu rozpoczęła się rewolucja społeczna, która nie jest w żaden sposób powiązana z arabską wiosną, pisze "New York Times". Saudyjskie ministerstwo
pracy rozpoczęło realizację wydanego latem ubiegłego roku dekretu królewskiego. Zgodnie z nim w handlu odzieżą czy kosmetykami, kobiecie towar sprzedawać może tylko
kobieta. Chętnych do takiej pracy zgłosiło się ponad 28 tys. Saudyjek, wynika z danych ministerstwa.
To ważny przełom, podkreśla nowojorska gazeta. Problem dotyczy nie tylko intymności przy zakupie bielizny, ale także kwestii samego zatrudnienia. Saudyjki są bowiem systematycznie niedopuszczane do branży detalicznej, głównie z obawy przed licznymi kontaktami z mężczyznami, a to jest zabronione.
Tabu mogą złamać teraz sprzedawczynie majtek, biustonoszy czy kremów. Ekonomiczni planiści Arabii Saudyjskiej szacują, że jeżeli kobiety zaczną się kształcić za publiczne pieniądze to co raz więcej z nich zacznie oczekiwać pracy. To dobrze, bo gospodarka będzie już wkrótce potrzebować ich jako siły roboczej, zapowiadają. Samo społeczeństwo zdaje się też przychylniej patrzeć na kwestię pracy kobiet poza domem. Do tej pory Saudyjki, jeśli pracowały, to głównie w dziedzinie medycyny i edukacji.
"New York Times" zwraca uwagę na jeszcze jedno, jak twierdzi jedno z najdziwniejszych zjawisk w Arabii Saudyjskiej. Kobiety w burkach, całkowicie ukrywające swój wygląd, chodzą do sklepów z bielizną, które śmiało można porównać do filii Victoria's Secret. Tam obsługiwane są wyłącznie przez mężczyzn, z czego większość pochodzi z południowej Azji. Tak absurdalna sytuacja zawstydza wiele z klientek, które ostatecznie bieliznę kupują dopiero za granicą.
Kampania by zmienić zasady sprzedaży rozpoczęła się już kilka lat temu. Pierwsze postanowienia w tej sprawie wydał rząd już w 2006 roku, jednak konserwatyzm społeczny i religijny establishment nie pozwoliły na zmiany. Głównym argumentem w walce przeciw stał się islam, który ponoć zabrania kobietom pracy poza domem. Właściciele sklepów tłumaczyli przy tym, że Saudyjkom brak stosownych szkoleń.
Po problemach z 2006 roku król Abdullah użył swojego autorytetu i wydał dekret. Stanowisko ministra pracy objął przy tym Adel Fakieh. Człowiek, który w sieci supermarketów należących do jego firmy, zezwolił na zatrudnianie kobiet. Zgodnie z dekretem królewskim do czerwca tysiące sklepów z bielizną czy kosmetykami musi męskich pracowników zastąpić kobietami.
Już w 2006 roku nie istotnym problemem była sprawa transportu. Kobieta w Arabii Saudyjskiej nie może bowiem prowadzić samodzielnie samochodu. Jest to zresztą oddzielna sprawa, o czym przypomina przykład Manal al-Sherif. Saudyjka w maju ubiegłego roku trafiła do aresztu za publikację na serwisie YouTube filmiku
wideo z prywatnej jazdy po mieście. Jeśli kobieta chce pracować to w jakiś sposób musi dotrzeć do miejsca zatrudnienia. Ponieważ w Arabii Saudyjskiej praktycznie nie funkcjonuje transport publiczny, potrzebuje do tego mężczyzny. Tej kwestii nie rozwiązał niestety nawet dekret z 2011 roku, co w znacznym stopniu może ograniczyć możliwości chętnych do pracy.
Choć król Abdullah twierdzi, że wspiera rozwój kobiet, to jego decyzje są raczej wynikiem przemian w kraju. Saudyjki nie tylko coraz częściej chcą pracować, ale też uczą się jak być bardziej słyszalne. "NYT" zwraca uwagę, że choć nadal ograniczone przez prawo, religię czy tradycję, saudyjskie kobiety wykształcą się lepiej od swoich poprzedniczek, będą później wychodzić za mąż i mieć mniej
dzieci. Poszerzać się będzie też lista dostępnych stanowisk. Na liście przygotowanej przez ministerstwo pracy wpisano także zawody związane z egzekwowaniem prawa.