Do tej pory rewolucje arabskie kojarzyły się na Zachodzie także z wyzwoleniem kobiet. Do znudzenia powtarzano, że w pierwszych szeregach demonstrujących zawsze były kobiety. "Nawet te z tradycyjnych środowisk, całe zakwefione, wyszły na ulice domagać się swoich praw" - mówili nieco zdumieni dziennikarze relacjonujący wydarzenia.
W najnowszym numerze "Courrier International" (taki francuskojęzyczny odpowiednik naszego magazynu "Forum" przedrukowujący najciekawsze artykuły z zagranicznej prasy) znalazłam tekst, który rzuca nieco inne światło na zagadnienie praw kobiet w dobie rewolucji. Alija Daud z egipskiej gazety "Al-Masri Al-Yum" pisze, że wielu spośród protestujących przeciw dyktaturze Mubaraka mężczyzn "uznało, że obalenie reżimu to będzie świetna okazja do >odzyskania< praw, jakich zostali pozbawieni".
Chodzi o to, że za rządów Mubaraka, z inicjatywy jego żony Suzanne, zmieniono kilka najbardziej dyskryminujących kobiety przepisów w prawie egipskim. Egipcjanki dostały na przykład możliwość żądania rozwodu.
Problem polega na tym, że zmiany wprowadzano nie tak jak to się dzieje w demokracji, w efekcie kampanii publicznej, debatując nad ich skutkami i tłumacząc społeczeństwu ich konieczność. Odbywało się to w ciszy gabinetów. Pierwsza dama interweniowała u męża i on kazał powolnym egipskim organom władzy zmieniać
przepisy, które wskazała jego małżonka. I choć oczywiście były to zmiany na korzyść kobiet, to pokątny sposób ich wprowadzenia nastawiał do nich negatywnie dużą część społeczeństwa. Nazywano te nowe ustawy "prawem Suzanne Mubarak".
Zamiast kojarzyć się z wolnością i postępem kojarzyły się z dyktaturą i po obaleniu dyktatora odezwały się potężne organizacje, takie jak "Koalicja na ratunek rodzinie" czy "Rewolucja mężczyzn egipskich", które zażądały ich zniesienia.
Pierwsze efekty już widać. W
wyborach parlamentarnych zniesiono kwoty dla kobiet.
Przeczytaj: Makijaż?Jak mąż się zgodzi">>