http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Ponad 5 tys. Brytyjek "brakuje" w kadrach kierowniczych

Agnieszka Filipiak
21.08.2011 , aktualizacja: 21.08.2011 12:31
A A A Drukuj
W niektórych branżach liczba zatrudnionych kobiet zamiast rosnąć, maleje. Do takiego wniosku doszła Equality and Human Rights Commission (EHRC) w swoim raporcie "Sex and Power 2011".
Nadgodziny, drugi etat, umowa cywilna lub własna firma - to czyni nas najbardziej zapracowanymi na świecie. Gorzej mają tylko Koreańczycy
fot. Przemyslaw Kozlowski / AG
Nadgodziny, drugi etat, umowa cywilna lub własna firma - to czyni nas najbardziej zapracowanymi na świecie. Gorzej mają tylko Koreańczycy
Badanie EHRC monitoruje liczbę kobiet na kierowniczych stanowiskach w 27 kategoriach zawodowych, zarówno sektora prywatnego jak i państwowego. By osiągnąć parytet kolejne 5,4 tys. kobiet powinno zostać przyjętych do brytyjskiej kadry zarządzającej, alarmują autorzy

Zgodnie z raportem w 17 z 27 kategorii liczba kobiet w porównaniu z latami 2007-2008 wzrosła. Dotyczy to między innymi stanowisk wyższych funkcjonariuszy policji, przedstawicieli związków zawodowych czy sądownictwa. Nieznaczny wzrost odnotowano w siłach zbrojnych, gdzie awans trzech kobiet zwiększył udział tej płci do 1 proc.

Dobrego przykładu nie dają jednak sami politycy. Udział kobiet znacznie spadł w 10 sektorach, w tym w rządzie, władzach lokalnych, na stanowiskach publicznych, w służbie zdrowia czy instytucjach kulturalnych. Choć w latach 2007-2008 liczba kierujących obiektami kultury wzrosła do czterech, to obecnie spadła do jednej - Zoe van Zwanenberg stojącej na czele Scottish Ballet.

Reprezentacja pań w rządzie to 17,4 proc. (4 ministerstwa), w parlamencie 22,2 proc., wymienia "Independent". Nie lepiej wygląda sytuacja w mediach. Liczba redaktorek naczelnych ogólnokrajowych gazet spadła z czterech do dwóch - Dawn Neesom w "Daily Star" i Tina Weaver w "Sunday Mirror". Stanowi to 9,5 proc.

- Wyniki naszych badań pokazują, że potrzeba kolejnych 70 lat, by osiągnąć równą liczbę kobiet w FTSE 100 [największe spółki na londyńskiej giełdzie-przyp. red.] i kolejne 45 lat by wyrównać poziom kobiet w wyższym sądownictwie. Potrzeba kolejnych 14 powszechnych wyborów - to jest ponad 70 lat - by osiągnąć równą liczbę kobiet i mężczyzn w parlamencie - wyjaśnia Kay Carberry z EHRC.

Zdaniem Anny Bird z Fawcett Society za szklany sufitu jest odpowiedzialna mieszanina bezpośredniej i pośredniej dyskryminacji. Pracownice nadal karane są za macierzyństwo, ponieważ społeczeństwo oczekuje liniowego rozwoju kariery. - Kobiety są pomijane w wyborze na najwyższe stanowiska, bo nie pasują do kulturowych oczekiwań wobec lidera - wyjaśnia i dodaje, że wyniki badania są jasnym "wezwaniem do broni". - Oczekujemy od polityków wszystkich partii odpowiedzi na ten raport, przedstawienia planu działania wobec tej surowej i trwałej niesprawiedliwości - dodaje.

- Szklany sufit to mit - mówi natomiast Heather McGregor, liderka 30% Club, organizacji założonej w zeszłym roku w celu lobbowania na rzecz udziału 3 kobiet w 10 osobowych zarządach największych brytyjskich firm.

- Ukończenie uniwersytetu z dobrymi stopniami jest dopiero pierwszy krokiem, mężczyźni i kobiety jednakowo muszą inwestować w swoją karierę, jeśli chcą zdobyć wysokie stanowisko. Mężczyźni są w tym lepsi - twierdzi McGregor. Jej zdaniem to nie szklany sufit hamuje awanse kobiet, ale fakt, że są one mniej skłonne do budowania relacji, skupiania się na priorytetach kariery czy poświęcania sporej części czasu na budowaniu swojego PR. - Jak masz zdobyć dobrą pracę, jeśli nikt o tobie nie wie? - pyta.

Parlamentarzystka Lady Goudie, autorka artykułu o niedostatecznej reprezentacji kobiet w brytyjskiej polityce winą za obecną sytuację obarcza natomiast headhunterów. - Szklany sufit nie jest wynikiem seksizmu ze strony kadr kierowniczych, która często chce więcej kobiet w swoich zarządach - wyjaśnia gazecie "Guardian". Winne jest lenistwo firm headhunterskich. Poszukujący pracowników powinni wyznaczać im limity 50 proc. kandydatek. - Jest wiele wysoko wykształconych, zdolnych kobiet. Trzeba tylko zwrócić na nie uwagę tym, którzy zatrudniają - dodaje.

Podziel się