''Nazywam się Chueh Lee. Urodziłam się 15 marca, mieszkam w Tajpej przy ulicy Hangzhou, w domu numer 13, w mieszkaniu 3A. Przyszłam tu specjalnie dla ciebie i aby cię prosić, żebyś mi pomogła znaleźć męża. Tylko żebym miała z tym mężem o czym rozmawiać, żebyśmy dzielili się obowiązkami, a jak się urodzą dzieci, żebym nadal mogła robić to, co lubię''.
Możliwe, że młoda kobieta, którą widziałam w bocznej salce świątyni boga miasta, szeptała właśnie takie słowa. W taoizmie modlitwy kieruje się do różnych bóstw zgodnie z ich specjalizacją. A żona boga miasta znana jest w całym Tajpej z tego, że pomaga ludziom szukającym partnera, radzi, jak rozwiązać kłopoty małżeńskie, i czuwa nad pomyślnością rodziny.
Najpierw trzeba się przedstawić i trochę poprzymilać (''Przyszłam tu specjalnie dla ciebie''). Potem wypowiedzieć życzenie. Im bardziej precyzyjne, tym lepiej. Taoistyczne bóstwa lubią konkrety.
Za tym, że kobieta przyszła do świątyni prosić o szczęśliwy związek, przemawia także statystyka. Koło trzydziestki, dobrze ubrana, starannie uczesana, ewidentnie wyglądała na wykształconą reprezentantkę klasy średniej.
Prawie połowa takich kobiet na Tajwanie jest niezamężna i nie ma dzieci. Im szybciej Tajwan się rozwija, tym takich kobiet jest więcej. A im jest ich więcej, tym na wyspie rodzi się mniej dzieci. Od 40 lat zmniejsza się tajwański współczynnik dzietności. W 1984 r. spadł poniżej magicznej granicy zastępowalności pokoleń, czyli 2,1 dziecka na kobietę. Władze początkowo bardzo się ucieszyły, że ich polityka planowania rodziny dobrze się sprawdza. Jednak kiedy w kolejnych latach dzieci ubywało, zaczęły się martwić. Od kilku lat tajwański współczynnik jest najniższy na świecie i wynosi niecałe 0,9 dziecka na kobietę. Pikanterii całej sprawie dodaje to, że z tych dzieci, które się rodzą, prawie 20 proc. ma matki cudzoziemki.
Wymyśliłam sobie, że kobieta ze świątyni nazywała się Chueh Lee. Nie znam jej. Niech zostanie anonimowa. Będzie symbolem wszystkich innych Tajwanek w podobnej sytuacji. Tu informuję dociekliwych czytelników, że to, iż spotkałam kobietę w świątyni, nie znaczy, że należy ona do mniej nowoczesnej, hołdującej tradycyjnym wartościom części tajwańskiego społeczeństwa. W Tajpej świątynie są pełne każdego dnia. Przychodzą do nich bezzębne staruszki, ale też mnóstwo młodych ludzi ubranych zgodnie z najnowszymi trendami zachodniej mody. Studenci proszą bogów o zdanie egzaminu, biznesmeni radzą się, czy zawierać kontrakt z nowym klientem.
Teraz w jej imieniu niech przemówi kilka innych Tajwanek, z którymi udało mi się porozmawiać.
Z dzieckiem siedzi się w domu- Jutro idziemy na polski film ''Komeda -
muzyczne ścieżki życia'' - chwali mi się Tzin.
W Tajpej właśnie trwa festiwal filmowy. Tzin kocha kino. Chodzi na kilka filmów dziennie. Mówię jej, że ja też kiedyś tak robiłam, ale teraz mam dwoje dzieci i nie mam tyle czasu.
- No właśnie. I dlatego ja nie chcę dzieci - odpowiada mi.
Tzin ma 34 lata, jest o rok młodsza ode mnie, ale żyje tak jak ja, kiedy miałam niespełna 20 lat. Mieszka z rodzicami i nawet nie myśli o założeniu własnej rodziny. Skończyła
studia, pracuje na rządowej posadzie - w szkole jako administratorka.
- Nie chcę wiązać się z kimś za wszelką cenę. Jeśli poznam faceta na poziomie i zakocham się, to tak. Ale do tej pory nie spotkałam nikogo, z kim chciałabym założyć rodzinę - mówi.
Większość jej koleżanek ze studiów to także singielki. Kolegów zresztą też, ale to trudno powiedzieć, bo chłopaków na roku było kilku. Spotykają się do tej pory. Chodzą czasem razem na kolację, a w weekendy na
obiad do knajpy. Gadają o filmach, książkach i w ogóle o życiu.
- Jak ktoś ma dziecko, to weekendy musi spędzać z rodziną. Nie może sobie pozwolić na wyjścia z przyjaciółmi - tłumaczy mi Tzin. Nie rozumiem dlaczego. Ale dziewczyna szybko mi uświadamia, że zabieranie niemowlaków na spotkania towarzyskie jest tu nie do przyjęcia. Tajwańczycy uważają, że z dzieckiem w ogóle nie można wychodzić na dwór, póki nie skończy stu dni. A potem im rzadziej, tym lepiej, ''po co narażać malucha na zanieczyszczone powietrze, zarazki, hałasy''.
Tzin lubi podróżować. Na ogół jeździ z jakąś koleżanką, żeby dzielić koszty noclegu. Tak jest taniej, a ona nie zarabia dużo.
- W zeszłym roku wybierałam się do Tunezji. Jedna z moich koleżanek, ona akurat ma dwójkę dzieci, mówiła, że strasznie mi zazdrości, więc zaproponowałam jej, żeby pojechała ze mną. To tylko dziesięć dni. Może chyba zostawić dzieciaki z mężem i mieć krótkie wakacje. Ale oczywiście nie pojechała - krzywi się Tzin.
Reportaże, wywiady, portrety. Najciekawsze teksty roku Wysokich Obcasów">>