Magda: - Jak mi się żyje? Cudownie. Rozwijam się, oddycham.
Kamil: - Kryzysu nie odczuwam. Państwo spłaca za mnie kredyt. Przez pół roku odłożyłem na samochód.
Robert: - Za 8 euro za godzinę z domu się nie ruszam.
Szum oceanu
Jest szósta rano, a my w kompletnych ciemnoś-ciach maszerujemy przez pole golfowe.
Przyjechałam do Irlandii, żeby zobaczyć, jak się żyje Polakom, którzy stracili pracę. Myślałam, że na bezrobociu człowiek przynajmniej nie musi się rano zrywać z łóżka. Nic z tego.
Magda (36 lat, z tego prawie dwa na zasiłku w Irlandii): - Dzień zaczynam zawsze tak samo: idę na plażę zobaczyć wschód słońca. To mnie ładuje na resztę dnia. Kiedyś spałam do południa, teraz szkoda mi życia.
Do najbliższej plaży ma spacerkiem pięć minut. Jak szukała domu, to warunek był jeden: żeby można było z okien usłyszeć ocean. Potem pomyślała, że musi być światło i przestrzeń, żeby człowiek się nie dusił; kominek na chłodne wieczory i czynsz góra 85 euro tygodniowo, bo inaczej nie dostanie rent allowance, czyli dopłaty z urzędu pracy.
- Jak mi się żyje? Cudownie. Rozwijam się, oddycham. Dostaję zasiłek - 188 euro tygodniowo plus 59 na mieszkanie. Zimą dodatkowo 20 na opał. Wychodzi 267 euro na tydzień. Bez szaleństw, ale na spokojne życie wystarcza.
Donegal, hrabstwo na północnym krańcu Irlandii, to dla jednych najpiękniejsze miejsce na świecie, dla innych - największe zadupie. Gdziekolwiek się rozejrzysz, zielone wzgórza i plaże po horyzont, jak na pocztówce.
Z drugiej strony możesz iść plażą przez godzinę i spotkasz jednego staruszka w sztormiaku.
- Wszystko tu jest, poza pracą - śmieje się Magda. - Połowa Donegalu wyjechała, druga siedzi na zasiłku.
Z miejscowości D. ("perła Donegalu", jak piszą w folderach) do Dublina jedzie się cztery godziny. W weekendy klasa średnia przyjeżdża tu pograć w golfa, latem zjeżdżają turyści. Centrum można obejść w dziesięć minut: kościół, kawiarnia, dwa sklepy z pamiątkami i pub. Naprzeciwko pubu ławeczka z widokiem na zatokę i słynne donegalskie owce, które skubią trawę na drugim brzegu.
Przy skwerku niedawno otworzono szkółkę surfingu, gdzie spotykają się młodzi ludzie, którzy jeszcze nie wyjechali za pracą do Australii albo Stanów. Za rogiem - siedziba urzędu, który ma zadanie wspierać lokalną społeczność. W tym miesiącu polecają darmowe kursy języka migowego. O pracę radzą popytać w hotelu albo kawiarni.
- Pracować za najniższą stawkę? Nie opłaca się. W hostelu na rękę miałam 200 euro tygodniowo, a zajęta byłam od rana do nocy. Najpierw
śniadanie dla gości, potem recepcja, między drugą a trzecią sprzątanie pokoi, potem znowu przy telefonie. Niby fajnie, spotykasz ludzi z całego świata, ale jak pukają do drzwi o jedenastej wieczorem, to masz ochotę ich zamordować.
- Na kelnerowaniu można wyciągnąć trochę więcej - ale ile można biegać z tacą? Zdarzało się, że na weselu sama jedna obsługiwałam dwa stoły na 36 osób. Nie było kiedy do toalety wyskoczyć. Jak już doprosiłam się o pomoc, to dali mi sprzątaczkę - talerze leciały jej z rąk, a do tego ani słowa po angielsku.
- Poza tym menedżer kelnera nie szanuje. Jak szłam po wypłatę, to się nigdy nic nie zgadzało: a to godziny źle obliczone, a to tipy gdzieś przepadły. W Irlandii jest taki zwyczaj, że państwo młodzi dają kopertę na staff party, imprezę dla obsługi. I ja o tę kopertę zawsze się musiałam z menedżerem wykłócać.
Nerwy ją zjadały, z pracy odeszła bez żalu.
Masaż hawajski Na bezrobociu, jak sama przyznaje, odżyła.